Joanna Derkaczew: Z wyników badań czytelnictwa opublikowanych kilka dni temu przez Bibliotekę Narodową wynika, że połowa Polaków nie ma w ogóle kontaktu z książką i dłuższymi tekstami. Przygotowując badania, spodziewała się pani takiego wyniku? Izabela Koryś: Poniżej 50 proc. zeszliśmy już w 2006 r. Nieczytająca mniejszość stała się wtedy większością, a trzeba pamiętać, że kryteria naszego badania były minimalne. Pytaliśmy: "Czy w ciągu ostatnich 12 miesięcy przejrzał pan/i lub przeczytał jakąś książkę?". Analizując przyczyny spadku czytelnictwa, mieliśmy jeszcze nadzieję, że część czytelników tradycyjnych "dwustu stron z grzbietem" odpłynęła do sieci. Że może zmienił się tylko sposób, a nie intensywność czytania. W końcu w internecie funkcjonuje coraz więcej zeskanowanych książek i tekstów dostępnych wyłącznie w formie zdigitalizowanej. Dlatego teraz zapytaliśmy respondentów, czy w ciągu ostatniego miesiąca przeczytali tekst dłuższy niż trzy strony. W portalu, gazecie, na jakimkolwiek nośniku. 46 proc. odpowiedziało: nie. Okazało się też, że bardzo nikły procent czyta literaturę w sieci. Poszukiwane są głównie informacje bieżące, fachowe dane, hasła z Wikipedii.
Internet nie przyczynił się do podtrzymania czytelnictwa. Więc może przyspieszył jego spadek? - Kiedy w 1992 r. zaczęto systematyczne pomiary czytelnictwa, pierwsze modemy dopiero trafiły na polskie uczelnie. Masowy dostęp do internetu pojawił się znacznie później. W 2002 r. 86 proc. użytkowników internetu sięgało również po książki, w 2006 już tylko 69 proc., w 2008 r. - 51 proc. W 2010 r., kiedy już wprost pytaliśmy o czytanie książek również w formie elektronicznej, odsetek czytelników tradycyjnych książek wśród internautów zmalał do 42 proc. Więc związek pozornie wydaje się oczywisty.
Ale jeśli uwzględnimy fakt, że w badaniu z 2002 r. korzystanie z internetu deklarowało jedynie 25 proc. respondentów i byli to głównie studenci oraz pracownicy umysłowi, a więc grupa tradycyjnych odbiorców książek, to spadek czytelnictwa wśród internautów można wyjaśniać także większą "demokratyzacją" korzystania z internetu. W 2010 r. korzystanie z internetu zadeklarowało już 57 proc. respondentów, więc w grupie tej znaleźli się i ci, którzy także wcześniej po książkę sięgali sporadycznie lub wcale. I zachowania te przenieśli do internetu - korzystali z portali społecznościowych, informacyjnych czy YouTube'a, a nie z książek.
Podstawowy problem z internetem jest jednak inny. Czy dzięki treściom tam dostępnym faktycznie można uzupełnić kompetencje kulturowe? Dokształcić się wystarczająco, by przezwyciężyć uwarunkowania ekonomiczne i społeczne rodziny? Czy dziecko z rodziny długotrwale bezrobotnych robotników z PGR-ów ma szansę zostać cenionym analitykiem finansowym?
Nie wierzy w to pani? Niedługo w powszechnym dostępie internetowym będzie przecież cały "papier": lektury, podręczniki, literatura fachowa. - Tak, ale czy wszyscy je znajdą i zrozumieją? Czy w ogóle będą mieli pomysł, by ich tam szukać, i narzędzia, by ich użyć? Bez odpowiedniej motywacji, treningu umysłowego i wsparcia otoczenia dziecku trudno jest samodzielnie przeskoczyć od czytania prostych, przyjemnych komunikatów do tekstów bardziej skomplikowanych, abstrakcyjnych. Ich czytanie i rozumienie wymaga odpowiednich kompetencji poznawczych, które najłatwiej rozwinąć właśnie przez intensywne praktyki lekturowe. Trudno jest dobrze pisać, samemu nie czytając. To pewnie wyjaśnia trudności, jakie obecni studenci mają z pisaniem prac zaliczeniowych. Bo tu już nie wystarcza algorytm kopiuj/wklej. Z morzem danych z internetu coś jeszcze trzeba zrobić - ocenić ich wiarygodność, sformułować problem, tezę lub pytanie, uporządkować argumenty, wreszcie podsumować.
Z perspektywy społeczeństwa istotne jest, czy ktoś pochodzący z dysfunkcyjnego środowiska nabędzie bez czytania książek i tekstów umiejętności niezbędnych do radzenia sobie na rynku pracy w świecie, w którym wciąż pojawiają się nowe technologie. Czy nauczy się interpretować złożone procesy, selekcjonować wartościowe informacje?
Do tej pory tę bezcenną funkcję spełniały książki. Zapewniały dostęp do wiedzy i umożliwiały awans społeczny, choć potrzebna była w tym asysta systemu szkolnego. Były też korelatem pozycji społecznej. Oczytanie dodawało prestiżu.
Dziś już nie dodaje? - Ludzie są racjonalni i minimalizują wysiłek. Jeśli dostrzegają, że więcej uznania w oczach otoczenia przynosi im wielki dom z wypielęgnowanym trawnikiem,
samochód i wakacje na Mauritiusie, to będą się inwestować właśnie w takie wyznaczniki statusu.
Polacy uznali, że kupowanie książek się nie opłaca? - Finanse to osobny temat. Nasz interesuje przede wszystkim to, kto i co czyta. A to nie musi pokrywać z tym, co kupuje. Ale pewne prawidłowości widać. Patrząc na lata ubiegłe, można zauważyć że w 2004 r. wśród zakupionych książek pojawiało się więcej pozycji wybitnych. Nazywamy to „efektem »Gazety Wyborczej «”.
Brzmi intrygująco. - Agora wypuściła wtedy serię Literatura XX Wieku, której oddziaływanie było spektakularne. Grupa odbiorców "Gazety", która postrzegała się w kategoriach inteligencji czy postinteligencji, rzeczywiście ruszyła do kiosków po książki. To był jedyny rok, gdy wśród najczęściej kupowanych książek, oprócz nieśmiertelnego Sienkiewicza, książek Coelho i Grocholi, ludzie kupili też "Imię róży" Eco, "Blaszany bębenek" Grassa czy "Zniewolony umysł" Miłosza. Duch był co prawda ochoczy, ale entuzjazm czytelniczy wygasł dość szybko. W ostatnich latach popularni, oprócz Tolkiena i Eco, byli Katarzyna Grochola i "Harry Potter".
Nadal zdarza się przecież sporo "hitów" wydawniczych, jak "Millennium" Stiega Larssona czy książki Małgorzaty Kalicińskiej. - A zauważyła pani, że to są zaskakująco grube książki? Wraz ze wzrostem cen czytelnicy zaczęli stosować zasadę "value for money". Jak już wydaję pieniądze, to chcę mieć za to wielogodzinną przyjemność. 30-stronicowy tomik poezji się "nie opłaca".
Przed erą internetu i audiowizulanych pokus nie byliśmy ambitniejsi? - W latach 90. czytaliśmy sporo, bo wiele książek pojawiło się na naszym rynku po raz pierwszy. Do księgarń trafiały wreszcie zakazane tytuły z drugiego obiegu. Powstawały niezależne wydawnictwa, tłumaczące autorów dotąd u nas nieznanych. Na książki się polowało, gromadziło się je "na zapas". Gdy jednak przyszło pierwsze nasycenie, czytelnicy stali się bardziej wybredni. Wydawcy szukali sposobów, by sprzedać te same tytuły po raz kolejny. Oprawiali je w bardziej atrakcyjne okładki, wkomponowywali je w serie wydawnicze. Ale ile książek kucharskich, albumów ze sztuką czy nawet egzemplarzy "Archipelagu GUŁag" można kupić? Dziś widać, że tracimy odruch gromadzenia książek, kupujemy raczej to, co faktycznie mamy ochotę przeczytać. Spada znaczenie księgozbioru indywidualnego, rzadziej pożyczamy książki od znajomych.