''Teraz będziemy spać, leżeć bez ruchu lub ubierzemy się na powrót'' Brian Patten, przeł. Jerzy Jarniewicz, Tadeusz Sławek, Piotr Sommer, Andrzej Szuba; Biuro Literackie, Wrocław
„Powinno się ją widywać raczej w towarzystwie złodziei i kochanków niż dziennikarzy i wydawców” - dodaje w „Wierszu prozą definiującym samego siebie” Brian Patten.
W latach 60., gdy współtworzył w Liverpoolu pop-poetry - nurt poezji egalitarnej, dostępnej wszystkim i niebywale popularnej - próbował sprzedać światu kilka prawd: do wiersza nie trzeba siadać nabożnie, z bagażem lektur, erudycją, kluczami, jakie stara się dawać krytyka. Poezja nie musi być poważna ani "liryczna", nie musi w ogóle być żadna, bo definiuje się za każdym razem na nowo i jednocześnie stara się definicje rozsadzać. Tę jej niezwykłą właściwość z wdziękiem pokazuje wybór wierszy Pattena w kapitalnych przekładach.
Niektóre z tych wierszy były podobno pisane "na scenę" - tak jak "na scenę" piszą współcześni uczestnicy poetyckich slamów. To istotne, bo wiersz "medialny" jest specyficzny: rytmiczny, wyrazisty. Musi mieć dynamikę, dobrze, żeby był zaskakujący, dowcipny i co najważniejsze - musi przykuwać uwagę, przebić się przez szum baru. Jak choćby otwierający tom wiersz "Wyznanie Małego Johnny", którego siedmioletni bohater - wielbiciel Psa Pluto i Mocarnej Myszki - pożyczył od ojca karabin maszynowy i "zlikwidował pewną ilość małych nieprzyjaciół". Jest jaskrawo i niebezpiecznie, bo skąd czytelnik ma wiedzieć, jak to czytać? Jako gorzką diagnozę wychowania we współczesnym społeczeństwie? Oskarżenie mass mediów? A może bohater jest umowny, rysunkowy, jak Myszka Miki i Pies Pluto, i to wszystko jest żartem z naszych czytelniczych przyzwyczajeń? Byłoby to ożywcze i w duchu Pattenowskiej antydefinicji poezji.
Ale takie pop-omówienie poezji Pattena byłoby dużym uproszczeniem. To w końcu jeden z niewielu pop-poetów, który zyskał szacunek wśród głównonurtowej krytyki. Nic dziwnego, gołym okiem widać, że czas nijak tym wierszom nie zaszkodził: pozostają przejmujące, współczesne. Ich tajemnica nie straciła uroku. Niektóre trochę nieokrzesane, rozchełstane, ale zawsze wiedzą, czego chcą: zdecydowane, dynamiczne. I każdy wrażliwy czytelnik łatwo znajdzie pod popową powierzchnią pokłady bólu, który Patten poutykał głęboko. Bo poezja "niech nigdy nie płacze, chyba że jest sama, i to tylko wtedy, gdy zakryje lustra i utka wszystkie szpary".
Takie wiersze też znajdziemy w tomie: mniej w nich chłopackiego szarżowania, a więcej refleksji, jak w smutno-pięknej "Pieśni dla tej, co w zeszłym roku była moją żoną". Bohater wyobraża sobie Alice, "jak budzi się w innym mieście, dotknięta tą samą godziną", "w swojej znajomej sukience".
Z liverpoolczyków się wyrasta - napisał kiedyś Jerzy Jarniewicz. Do liverpoolczyków się mimo wszystko wraca - dodaje po latach i zaznacza, że wiersze Pattena i jego kolegów są "warte grzechu". Wciągną was na swoją orbitę.