Tadeusz Sobolewski: Jest pan autorem sugestywnych, szerokoekranowych zdjęć do kręconego w Argentynie autobiograficznego filmu Pauli Markovitch. To ona jest tą dziewczynką, która za czasów dyktatury wojskowej w latach 70. mieszka z ukrywającą się matką w nadmorskiej miejscowości po sezonie, nieświadoma zagrożenia. Jak doszło do spotkania z reżyserką? Wojciech Staroń: To ona mnie odnalazła. Widziała wcześniej dwa moje dokumenty - "Lekcję syberyjską" i świeżo ukończoną "Lekcję argentyńską". Spodobał jej się sposób, w jaki portretuję ludzi - klasyczny, ciepły, jeden obiektyw filmuje twarze z bliska. Paula sama jest malarką, podchodzi do filmu trochę jak do obrazu. W "Nagrodzie" chodziło jej o efekt, który chyba udało się uzyskać: kamera "oddycha", jest czuła na to, co się wydarzy, i razem z małą bohaterką jakby dziwi się rzeczywistości. Na planie czyhaliśmy na reakcje postaci, dawaliśmy szansę przypadkowi.
Bohaterką filmu jest też
przyroda. Na sposób romantyczny staje się ona częścią dramatu - plaża, chmury, wiatr, wydmy porośnięte trzciną. Chcieliśmy, żeby temperatura tego miejsca udzielała się widzowi, żeby też było mu zimno. Pracowaliśmy niedogrzani, niedojedzeni, ale może dzięki temu nasza pasja odłożyła się w obrazie. Mało kto myśli dzisiaj w kinie w taki sposób.
Polskiemu kinomanowi te nadmorskie kadry kojarzą się z "Ostatnim dniem lata" Konwickiego. - Nie sugerowałem się bezpośrednio tym filmem, ale oczywiście dawne polskie kino mam we krwi. Choć obecnie w Polsce już nie dałoby się tak pracować jak w młodym kinie latynoskim, zwłaszcza argentyńskim. Tam pracują nad filmem wolniej, a równocześnie taniej. U nas nie wykształciły się mechanizmy wspierające prawdziwą twórczość filmową: praca nad scenariuszem, a później skrupulatność w realizacji, gdzie warunki dyktuje reżyser, a nie stojący mu nad głową producent. Tam panem jest reżyser - jak w Polsce epoki zespołów filmowych. Znamienne, że drugiego Srebrnego Niedźwiedzia za "Nagrodę" otrzymała scenografka Barbara Enriquez. Do San Clemente, gdzie kręciliśmy, przyjechała na wiele tygodni przez zdjęciami, kompletowała rekwizyty tworzące obraz życia, które tam nie zmieniło się od lat 70. Kręcenie filmu było prawdziwym aktem twórczym. Mieliśmy czas.
Dla Pauli Markovitch to był rodzaj psychodramy? - Nie wiem, czy tak bym to nazwał. Paula jest artystką: tworzy od dziecka, maluje, pisze prozę, dramaty, scenariusze. Z tym filmem nosiła się od 20 lat. Chciała zmierzyć się z traumatycznym tematem. Wiedzieliśmy wszyscy - co nie często zdarza się w filmie - że ta historia po prostu musi być opowiedziana.
Pan mógł z kolei do tej historii wnieść nasze wschodnioeuropejskie doświadczenie dwójmyślenia, ukrywania prawdy. - Wszyscy dobrze znamy te sytuacje z dzieciństwa: w domu mówi się co innego niż w szkole. Ale dla małej bohaterki "Nagrody" jest to wiedza nowa, trudna do pojęcia. Ona nie wie, czego się trzymać. Pociąga ją świat narzucany przez szkołę. Nagroda za wypracowanie o wojsku zachęca ją, żeby napisać tak, żeby się spodobało. Ten propagandowy świat pociąga ją także tym, że jest uporządkowany, w przeciwieństwie do chaotycznego, pełnego histerii i lęku świata matki, której reakcje ją stale zaskakują.
U nas podobne doświadczenia weszły w krew, trwały przez wiele pokoleń. -
Argentyna to młody kraj. Jego cała historia nie ma więcej niż 200 lat. Ale dyktatura lat 70., kiedy ludzie znikali bez wieści, wciąż jest odczuwana jako coś świeżego, bolesnego. Coś, o czym się nie mówi. Winni nie zostali skazani, a wielu tych, którzy wtedy współpracowali z władzą, szuka usprawiedliwienia, wmawia sobie, że nie było w tym nic złego. Duch nacjonalistyczny dalej panuje w tym kraju.
Pan żyje jak kosmopolita. Robi pan swoje filmy na trzech kontynentach: Syberia, Polska, Ameryka Łacińska. - Przy dzisiejszych środkach komunikacji daje się tak żyć. Podoba mi się sytuacja, gdy twórcy odnajdują się ponad granicami wokół jednego, bliskiego im wszystkim tematu w imię wspólnych wartości. Paula zawsze podkreśla, że ten międzynarodowy film kręcony w Argentynie powstał dzięki wsparciu dwóch instytutów filmowych - meksykańskiego i polskiego.
W "Lekcji syberyjskiej" pokazał pan rok życia własnej żony, która pracowała jako nauczycielka na Syberii. - A w "Lekcji argentyńskiej" moja żona uczy polskiego dzieci potomków dawnych emigrantów. Ale ten film opowiada bardziej o dzieciach niż o niej. Byliśmy razem na planie "Nagrody". Starszy syn Janek zagrał jednego z argentyńskich uczniów, żona pracowała jako dźwiękowiec. Dobrym przygotowaniem do pracy z dziećmi były dwa lata spędzone w Argentynie nad tym dokumentem. Dzięki temu mogłem w filmie Pauli portretować dzieci takie, jakie są. Grały siebie.
Zacierają się granice między dokumentem i fabułą. - To prawda. "Nagroda" ma charakter dokumentalny, a dokumenty ogląda się często jak fabuły - mają podobną szlachetność obrazu, dramaturgię, sposób opowiadania historii.
Robi pan zdjęcia do fabuł, ale sam nie dąży do reżyserowania. - Znajduję równowagę, pracując jako operator fabuł i autor dokumentów. Robiąc film z takimi reżyserami jak Paula Markovitch czy Jacek Bławut, mam poczucie, że wykonuję coś więcej niż rzemiosło, uczestniczę w procesie tworzenia razem z kimś, kogo cenię.
A dokument? - Daje mi lustro. Pokazuje, gdzie jestem.
Przeczytaj też rozmowę z Dorotą Kędzierzawską, również nagrodzoną w Berlinie