"Dziś mieliśmy długi i trudny dzień zdjęciowy. Pokonaliśmy razem wiele problemów. Podtrzymywała mnie przy duchu pewność, że ja stąd kiedyś wyjadę, żeby tu nigdy nie wrócić, a wy, smutne gnojki, tu zostaniecie" - tak James Cameron przemówił do swojej ekipy podczas wyjątkowo trudnego dnia pracy nad filmem "Obcy: decydujące starcie".
Dochodowe piekło Taki obraz współpracy z reżyserem "Terminatora", "Titanica" i "Avatara" wyłania się z różnych hollywoodzkich opowieści - to jest piekło, z którego człowiek wychodzi z zespołem wstrząsu pourazowego, ale za to z Oscarem w jednej ręce i workiem pieniędzy w drugiej.
Dane mi było zaznać maleńkiej próbki temperamentu reżysera. Robiłem z nim wywiad z okazji premiery hollywoodzkiej adaptacji "Solaris" Lema. Cameron wdał się w długi wywód, dla polskiego czytelnika niezbyt odkrywczy, że ludzie nie powinni po tym filmie spodziewać się rozrywkowej fantastyki, bitwy kosmicznej i armii robotów.
Ośmieliłem mu się przerwać. - Co za "ale"? Jakie tu może być "ale"? - zaczął na mnie krzyczeć Cameron. Wybrnąłem z tego, kończąc zdanie hołdem złożonym jego prześwietnemu ego i powiedziałem: "ale samo pańskie nazwisko na plakatach widzowie kojarzą z widowiskową fantastyką".
Cameron udobruchany poczęstował mnie wywodem o filozoficznym przesłaniu "Terminatora", z którego wynikało nieledwie, że Stanisław Lem mógłby pod jego kierunkiem terminować w pisaniu ambitnej fantastyki. Gdzież tam przesłaniu "Solaris" do subtelnej refleksji o przeznaczeniu i wolnej woli obecnej w "Terminatorze"...
Lewicowiec z Malibu Sukces kasowy Cameron zawsze łączy z otwartym propagowaniem swoich poglądów filozoficzno-politycznych. W "Avatarze" bez trudu zauważymy głębokie ekologiczne i antykorporacyjne przesłanie, ale widać je już w "Terminatorze" i "Obcych".
W "Terminatorze" całe zło zrodziło się ze sztucznej inteligencji systemu Skynet, który korporacja Cyberdyne wyprodukowała dla amerykańskiej armii. W "Obcych" z kolei bohaterów na pewną śmierć wysyła korporacja Weyland-Yutani. Paul Reiser stworzył w tym filmie jedną z najlepszych kreacji oślizgłego korporacyjnego krętacza w całym kinie lat 80., a w tej dekadzie panowała tu ostra konkurencja.
Dodajmy do tego wyraźny feminizm - nie ma filmu Camerona bez choć jednej silnej, wyemancypowanej kobiety - oraz fascynację konfliktem klasowym (pamiętacie, kto się uratował z "Titanica"?) i wyłoni się obraz ideowego lewicowca, którego sztuka bije rekordy kasowego powodzenia!
Cameron drażni amerykańską prawicę, która wytyka mu, że namawia do opodatkowania nieekologicznych technologii i produktów luksusowych, a sam jeździ hummerem po luksusowej posiadłości w Malibu. Ale tu nie ma sprzeczności: Cameron nie chce zakazać hummerów, chce je opodatkować tak, żeby mogli sobie na nie pozwolić tylko on i Arnold, z którym regularnie się spotyka na motocyklowych przejażdżkach.
Matka składa strzelbę A jeśli chodzi o wrażliwość: kiedy w 1998 roku ojciec aktora Guillermo del Toro został w Meksyku porwany dla okupu, Cameron zadzwonił do przyjaciela i powiedział, że wszystkim się zajmie.
I skutecznie się zajął - wynajął profesjonalnego negocjatora, założył własne pieniądze na okup.
A wszystko to zrobił nie dla poklasku, bo cała sprawa wyszła na jaw przypadkiem dopiero w 2009. Kiedy nagłośniła ją dziennikarka Rebecca Keegan, posypały się inne opowieści ludzi, którym Cameron bezinteresownie pomógł w ich kłopotach.
Z dwóch pozornie sprzecznych ze sobą legend wyłania się obraz człowieka, który ma
złote serce i jednocześnie zredukowane umiejętności społeczne, więc nie umie skrytykować współpracownika bez użycia wyzwisk.
To typowe wśród moli książkowych. Cameron przyszedł na świat w robotniczej rodzinie w małym miasteczku na kanadyjskiej prowincji. Jego ojciec był elektrykiem, matka - wojskową pielęgniarką. Ponoć do najwcześniejszych wspomnień Camerona należy wspomnienie matki, która w mundurze uczy się rozkładać i składać strzelbę - to by tłumaczyło postacie takie jak Sarah Connor, Max z "Cienia anioła" czy księżniczka Neytiri z "Avatara".
Neutrino tak, balanga nie Choć od 40 lat Cameron mieszka w Kalifornii, nadal jest Kanadyjczykiem. Na początku stulecia zaczął starania o amerykańskie obywatelstwo, ale kiedy w 2004
George Bush został prezydentem, manifestacyjnie je wstrzymał.
Poza umundurowaną matką Camerona w dzieciństwie interesowały już tylko książki - zwłaszcza fantastyczne i popularnonaukowe. Sam się nauczył czytać i szybko stał się tak zwanym "geekiem", jak czasem nazywa się młodych ludzi, którzy wiedzą, co to neutrino, a nie wiedzą, co to balanga.