http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Jafa i trudna miłość

Paweł Smoleński
2011-01-19, ostatnia aktualizacja 2011-01-19 21:19

ZOBACZ TAKŻE
Od jutra w kinach "Ajami" - pierwszy film po arabsku, który reprezentował Izrael w wyścigu po Oscara. Arabowie - muzułmanie i chrześcijanie spleceni dziwnymi zależnościami - złoszczą się w nim na Żydów i odwrotnie. Podstępna opatrzność skazała ich na chodzenie tymi samymi ulicami do tych samych dilerów trawy

Szedłem tam kiedyś, to plażą, to szeroką nadmorską promenadą, obok eleganckich hoteli, jakich nie powstydziłyby się wypasione kurorty. I nagle, jak za dotknięciem różdżki, miejsce wysokich budynków zajęły baraki, ulice zwęziły się w plątaninę klaustrofobicznych zaułków. Na suku ktoś pchał wózek pełen warzyw, ktoś wykładał skrzynki pełne ryb. W knajpie skwierczały w oleju kulki falafla. Już nie pachniało morzem, lecz nieznanymi przyprawami, spalinami i gnijącymi odpadkami.

Pierwszy raz byłem w Jafie, przyklejonym do kosmopolitycznego Tel Awiwu arabskim mieście, jeszcze niedawno zakazanej dziurze omijanej szerokim łukiem. A dziś, no właśnie...

Ajami to nazwa biednego kawałka Jafy. I tytuł filmu, który nakręcił reżyserski tandem - Arab Scandar Copti i Żyd Yaron Shani. Zamiast aktorów wzięli naturszczyków, Żydów i Arabów, wcześniej urządzając im krótkie warsztaty. Nie napisali im ani słowa dialogu, tylko objaśniali, o czym ma być filmowana scena. W efekcie jak w prawdziwej Jaffie miesza się tu zaimprowizowany uliczny hebrajski z arabskim slangiem, a całość wygląda jak chropowaty dokument skrzyżowany z thrillerem. Ciężar "Ajami" wtłacza w fotel. Hipnotyzuje brudne piękno parszywych miejskich krajobrazów. Amatorzy grają jak zawodowcy. Zadziwia absurdalność i niewytłumaczalność prawdziwych w końcu konfliktów, w których leje się krew, zemsta pogania niegodziwość, a kłamstwo jest normą organizującą świat.

Film zgarnął w Izraelu wszelkie możliwe nagrody, Złotą Kamerę w Cannes, był nominowany do Europejskiej Nagrody Filmowej i do Oscara (był trzecim izraelskim filmem z szansą na nagrodę amerykańskiej Akademii w ciągu ostatnich trzech lat, ale pierwszym, w którym mówi się głównie po arabsku; przegrał z argentyńskim "Sekretem jej oczu"). Wart jest wszystkich tych wyróżnień.

To pięć równolegle dziejących się historii, pozornie tak odległych jak Warszawa od Jafy i bez najmniejszego związku. A jednak przenikają się jak w greckiej tragedii. Ogląda je, bierze w nich udział i komentuje dziecięcymi rysunkami Nasri, arabski chłopiec dorastający w Ajami, gdzie nie ma apartamentowców (choć można stąd dostrzec ich dachy), butików i kultowych knajp. Początek - w ulicznej strzelaninie ginie przypadkowa ofiara; celem zamaskowanych gangsterów był starszy brat Nasriego. To kolejne ogniwo w klanowej wendecie, która nie ma końca.

Potem jest coraz gęściej: Arabowie - muzułmanie i chrześcijanie - spleceni dziwnymi zależnościami, interesami i pieniędzmi, które raz są drobne, a raz - ogromne. Arabowie złoszczą się na Żydów, lecz podstępna opatrzność skazała ich na chodzenie tymi samymi ulicami do tych samych dilerów trawy.

Jest w tym filmie zakazana, bo międzyreligijna miłość. W Ajami nie da się szczęśliwie kochać.

Są Żydzi z Jafy, biedni i zmarniali jak ich arabscy sąsiedzi, wściekli na Arabów, ale też na siebie. Dociera okrucieństwo i bezsens konfliktu izraelsko-palestyńskiego, który słychać w Jafie tak bardzo, że można ogłuchnąć.

Jafa kąpie się w sprzecznościach i ten film to dobrze pokazuje. Poznałem tu Mohameda, trochę artystę, społecznika i marzyciela, do którego zjeżdżają Żydzi z Tel Awiwu uczyć się arabskiego, a on psioczy na Izrael, lecz nie wyobraża sobie życia gdzie indziej. Georga, niedoszłego księdza, obrażonego na swoją Cerkiew, po tym jak biskup sprzedał stary jafski cmentarz deweloperom. Ahmed, radny z Jafy, tłumaczył mi, jak wespół z Żydami stara się, by jego miasto nie było ubogim krewnym Tel Awiwu. Zaś szejk z meczetu objaśniał mi, dlaczego Izrael musi zniknąć, a Palestyna stać się islamskim kalifatem.

W Jaffie meczety sąsiadują z kościołami i cerkwiami, a bicie dzwonów miesza się z zaśpiewem muezinów. Można przysiąść w kebabowym barku lub w pubie-księgarni. Chcecie wydać fortunę na wspaniałe mieszkanie z widokiem na morze - pytajcie w agencjach nieruchomości o Jafę. Jeśli telawiwska strojnisia pragnie niepowtarzalnej kiecki, buszuje w jafskich butikach. Jeśli smakosz ma ochotę na najlepszy humus, odwiedzi Jafę. Podoba wam się sztuka nowoczesna? Zajrzyjcie do jafskich galerii. Kiczowaty oleodruk z wielbłądami na pustyni? Znajdziecie w składzie z mydłem i powidłem na jafskim targu. Pewnie dlatego Jafa jest tak bardzo sexy, zrobiła się modna.

Ale to tylko jedna z jej twarzy. Jafa to również brud, lęk i wegetacja. Bezrobocie i przestępczość nieznana w Tel Awiwie. Rzut beretem od apartamentowców z jasnego kamienia stoją rudery. To tu można zobaczyć, jak biedowano, gdy na mapach Bliskiego Wschodu nie było jeszcze Izraela, albo jak w środku miasta można hodować owce niczym w beduińskiej wiosce. Można tu stracić radio w samochodzie zostawionym na kilka minut, wystraszyć się typów przesiadujących na skwerze wytartym z trawy, choć ostatnio i tak jest spokojniej - w Jaffie krak i trawa dostępne są o każdej porze, w detalu i w hurcie, a do takich interesów potrzebna jest cisza.

Dlaczego według moich izraelskich znajomych powinienem był zobaczyć "Ajami"? Dla pewnego młodego pisarza zakochanego w prawicy to obraz, jak nisko chodzą izraelscy Arabowie. Izraelski dyplomata powiedział mi, że "Ajami" to więcej niż naturalistyczny dokument. Dla pisarza Etgara Kereta film pokazuje, co kraj z europejskimi ambicjami, a nawet po prostu europejski, choć na Bliskim Wschodzie, oferuje niekochanej mniejszości, a więc co koniec końców robi sam z sobą. A dla ludzi z Jafy "Ajami" to... Chyba sami nie wiedzą. Bo z jednej strony to miasto jest egzotyczne i dzikie. Z drugiej - kiedy zgłodnieją w środku nocy, idą na ulicę Yafet, gdzie za trzy czwarte tego co w Tel Awiwie można wyprawić ucztę, a u chrześcijan wypić jasne piwo z miasteczka Tajba leżącego na Terytoriach.

Dla mnie "Ajami" to świetny film o historiach, które mogą zdarzyć się tylko w Jaffie i tylko w Izraelu, przerażających i zachwycających.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':