http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Złote Globy. Facebook górą!

Paweł T. Felis
2011-01-17, ostatnia aktualizacja 2011-01-17 16:55

Zaskoczenia nie było - triumfował "The Social Network" Davida Finchera. Z nagrodami Natalie Portman, Colin Firth i Annette Bening

Reżyseria: David Fincher za
Fot. HO REUTERS
Reżyseria: David Fincher za "The Social Network"
Colin Firth, najlepszy aktor
Fot. HO REUTERS
Colin Firth, najlepszy aktor
Natalie Portman, najlepsza aktorka
Fot. AP/Mark J. Terrill
Natalie Portman, najlepsza aktorka
Gwiazdy pokazują plecy na ceremonii wręczenia Złotych Globów - zobacz Duży Kadr

"Cieszę się, że jesteśmy tutaj razem - filmowcy, którzy robią filmy i członkowie Hollywoodzkiego Stowarzyszenia Prasy Zagranicznej, którzy pozują do zdjęć z gwiazdami filmowymi" - mówił podczas gali wyróżniony specjalną nagrodą Cecile'a B. DeMille'a Robert De Niro, delikatnie ironizując z zacnego grona dziennikarzy przyznających Złote Globy. Ledwie kilka godzin po gali De Niro już zresztą ma wrogów, według których powiedział za dużo (zwłaszcza zdanie o dziennikarzach ze stowarzyszenia, który przed uroczystością "zostali deportowani razem z kelnerami i Javierem Bardemem"), ale w równy sposób atmosferę towarzystwa wzajemnej adoracji próbował zakłócić prowadzący Ricky Gervais - to on dworował sobie z "Turysty" ("podobno nominowano go tylko dlatego, żeby na gali pojawili się Johnny Depp i Angelina Jolie"), Charlie'ego Sheena (i jego zamiłowania do alkoholu) czy poprawnych politycznie ról Sundry Bullock ("mówiła mi za kulisami, że biedni ludzie kiepsko pachną").

W głównych kategoriach niespodzianek nie było - zgodnie z przewidywaniami triumfował "The Social Network" Davida Finchera, który zdobył aż cztery statuetki, w tym dla najlepszego filmu dramatycznego, za reżyserię i scenariusz. "Słyszałem o tym filmie na facebooku od przyjaciela, którego nigdy nie spotkałem" - żartował ze sceny Steve Carell. Ale "The Social Network" kapitalnie trafia w swój czas nie tylko dlatego, że mówi o pokoleniu uzależnionym od Internetu i nowych formach "wirtualnej" komunikacji, ale też dlatego, że pokazuje nowy typ bohatera (a raczej antybohatera). Czyli niespecjalnie atrakcyjnego, gburowatego nastolatka, który ma obsesję na punkcie Internetu, jest w stanie szybko zarobić fortunę i fascynuje głównie dlatego, że wcale fascynować nie chce.

Straconą szansę sprzed roku odrobił Colin Firth - wtedy nie dostał ani Złotego Globa, ani Oscara (chociaż dzięki roli w "Samotnym mężczyźnie" wydawał się pewniakiem), tym razem zachwycił dziennikarzy rolą Jerzego VI w "Jak zostać królem" Toma Hoopera, przeciętniaka wrzuconego w nieswoją rolę, który jąka się, nie znosi publicznych wystąpień i nie ma napinki na władzę, ale potrafi wyczuć dziejową konieczność (i dziejową szansę). Popisem pretensjonalności zabłysnęła z kolei na scenie nagrodzona za najlepszą kobiecą rolę dramatyczną Natalie Portman, chociaż jej rola w "Czarnym łabędziu" to bezsprzecznie majstersztyk - aktorka nie tylko przez wiele miesięcy ćwiczyła balet (i torturowała się drakońską dietą), ale musiała udźwignąć na barkach niemal cały, konsekwentnie skupiony na niej film.

Niewątpliwymi przegranymi tegorocznych nagród są pominięta w werdyktach "Incepcja" Christophera Dolana, skromne, zrealizowane w stylistyce przypominającej domowe wideo, ale też dziwnie mechaniczne "127 godzin" Danny'ego Boyle'a, ale przede wszystkim "Blue Valentine" Dereka Cianfrance'a - rewelacyjna psychodrama o rozpadającym się i klejonym na przemian małżeństwie, która okazała się prawdopodobnie zbyt zniuansowana i zbyt bliska nieefektownej codzienności, by zwrócić uwagę głosujących. Bo w tego typu plebiscytach-rankingach największe szanse mają gracze najbardziej wyraziści - to przykład brutalnego "Fightera" powielającego hollywoodzki schemat o bohaterze wydostającym się z prowincjonalnego niebytu dzięki pasji (nagrody za role drugoplanowe dla Christina Bale'a i Melissy Leo) czy nawet świetnego "Carlosa" Assayasa (nagroda za najlepszy film telewizyjny lub mini-serial) o słynnym, zakochanym w sobie terroryście Edgarze Ramirezie.

Jeśli wyłomem mogą się wydawać nagrody dla błyskotliwie nonszalanckiego "Wszystko w porządku" Lisy Cholodenko (najlepszy film i najlepsza aktorka - Annette Bening - w kategorii komedia lub musical), to jest to wyłom politycznie poprawny - film Cholodenko opowiada przecież o parze lesbijek, które w perwersyjnie nieskandaliczny, mieszczański sposób wychowują córkę i syna(Bening dziękowała ze sceny Markowi Ruffalo, "naszemu niezwykłego dawcy spermy").

Czy Złote Globy traktować można jako trafną prognozę przed Oscarami, które wręczone zostaną 27 lutego (ogłoszenie nominacji 25 stycznia)? Ostatnie lata pokazują, że niezupełnie - rok temu na przykład Akademia postanowiła niepokornie przyznać główne nagrody Kathryn Bigelow i jej filmowi "The Hurt Locker", chociaż po Złotych Globach James Cameron wydawał się absolutnie pewny zwycięstwa. Czy podobnie będzie z Fincherem i "The Social Network"?

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':