http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Zamachowcy Gomułki podbijają Amerykę

Rozmawiała Dorota Wodecka
2011-01-15, ostatnia aktualizacja 2011-01-14 23:38

Jerzy Pilch. Obok okładka angielskiego tłumaczenia książki
Jerzy Pilch. Obok okładka angielskiego tłumaczenia książki "Tysiąc spokojnych miast"

"Tysiąc spokojnych miast" Jerzego Pilcha jest w gronie 25 najlepszych powieści wydanych w Ameryce w 2010 roku

Okładka książki Jerzego Pilcha
Fot. Wydawnictwo Literackie
Okładka książki Jerzego Pilcha "Tysiąc spokojnych miast"
SERWISY
Listę The Best Fiction of 2010 ogłosiło prestiżowe czasopismo branżowe "Kirkus Reviews". Są na niej powieści m.in. Paula Austera, Dona DeLillo, Stiega Larssona i nominowanego do Nagrody Bookera Davida Mitchella.

"Tysiąc spokojnych miast" to opowieść z lat 60. Józef Trąba oraz ojciec narratora powieści Jerzyka postanawiają zabić I sekretarza PZPR Władysława Gomułkę. O ich planach dowiaduje się miejscowy milicjant, komendant Jeremiasz, a także cała wspólnota ewangelicka poddająca ów pomysł publicznej dyspucie. Narzędziem zbrodni ma być chińska kusza.

"Jeśli śmiech jest najlepszym lekarstwem, to szczęśliwi czytelnicy tej wspaniałej książki z pewnością cieszyć się będą doskonałym zdrowiem aż do końca swych dni" - rekomenduje powieść Pilcha "Kirkus Reviews".

W Polsce ukazała się ona w 1997 r. w Wydawnictwie Literackim. W Stanach wydała ją oficyna Open Letter w tłumaczeniu Davida Fricka. To trzecia książka Pilcha wydana w USA.

Dorota Wodecka: No i zaczęło się teraz dociekanie, czy zasłużył ten Pilch na sukces za oceanem, czy nie zasłużył.

Jerzy Pilch: W Polsce sukcesu się nie wybacza, nawet jeśli uznać za sukces elementarne w moim zawodzie wydarzenie, jakim jest przełożenie książki na język obcy. Miałem sporo tłumaczeń - od estońskiego, przez niemiecki, holenderski, włoski, hiszpański, litewski, po bułgarski i serbski czy nawet koreański - nie są to wielkie sensacje. Ale rozumiem, że mogą za takie uchodzić. Fraza: "Polak odniósł sukces w Ameryce" jest już zwrotem demonicznym i wszechmocnym. Niektórym się wydaje, że od "sukcesu za oceanem" dwa kroki do Hollywood, a trzy do miliarda dolarów. Za linijkę tekstu ma się rozumieć.

Więc czym jest dla pana ów sukces?

- Źródłem rozpaczy - ujmijmy rzecz ostrożnie - raczej nie jest. Jeśli po 14 latach od wydania powieść wciąż istnieje i jest dobrze - i to w samej Ameryce! - przyjmowana, to nie jest najgorzej. Literatura w końcu ma być wieczna, choć w praktyce, jeśli pominąć Homera, Szekspira czy z pewnymi zastrzeżeniami Dantego, liczba wiecznych dzieł jest skromna. Jeśli coś istnieje w świadomości czytelników dłużej niż 200 lat, to znak, że jest dziełem geniusza miary Flauberta. Na bieżąco tak arcydzielnie nie jest, choć jest obficie, w księgarniach regały z literaturą zagraniczną uginają się groźnie, tym groźniej, że wiele nazwisk nic nie mówi. Mnie to oczywiście też dotyczy, teraz dostałem widzialny sygnał, że moja książka na obcym rynku jest rozpoznawalna, ale do wielkiego świętowania się nie szykuję.

A miałby pan z kim świętować - Larsson, Auster, DeLillo

- Ja tak, oni mniej, tym mniej, że Larsson się całkowicie wycofał. Zresztą na obecnym etapie pożytek towarzyski jest ze mnie żaden. Ale skład drużyny - daj Panie Boże zdrowie.

"Tysiąc spokojnych miast" jest mniej znaną pana powieścią. "Zaszkodziła" jej nominacja i ścisły finał Nike dla wydanych w tym samym roku "Tez o głupocie, piciu i umieraniu"?

- Zaszkodziła, a może pomogła. Nauka z tego jest jedna. Nie można przeciążać rynku i wydawać dwóch książek rocznie. Fachowcy twierdzą, że właśnie amerykański rytm - jedno dzieło raz na dwa lata - to optimum. Jak ktoś, rzecz jasna, ma się za zawodowca i takie rzeczy mają dla niego znaczenie. Ja w tamtych czasach chciałem być zawodowcem. Nie zagryzałem się jednak z powodu klęski, że "Tezy" znalazły się w finale Nike. Uważam samochwalczo , że równie dobrze mogło się w nim znaleźć właśnie "Tysiąc spokojnych miast". Dosyć tę rzecz lubię.

Dlaczego?

- Choćby dlatego, że zaczęła się od tytułu wymyślonego przez moją córkę, która wówczas mieszkała we Francji. Spodobał się jej pewien francuski zwrot, który po przetłumaczeniu brzmiał "Tysiąc spokojnych miast", i uznała, że byłby to bardzo dobry tytuł. Nie wiadomo czego, ale dobry. Też byłem tego zdania i po pewnym czasie dołączyłem resztę utworu, z moimi, wprawdzie umiarkowanie biegłymi we francuszczyźnie, ale w innych rzeczach dobrze zorientowanymi postaciami.

Ojciec Jerzyka i przyjaciel domu Józef Trąba przygotowują zamach na Gomułkę. Dlaczego mają go zabić chińską kuszą? Skąd pan w ogóle wiedział, jak taka machina działa?

- Pomysł zgładzenia towarzysza Gomułki chińską kuszą jest głęboko i trafnie uzasadniony. Zamachowcy rozważali inne sposoby, ten okazał się jedyny. Prawdopodobnie nie bez znaczenia jest tu fakt, że w dzieciństwie, a nawet trochę później, byłem przez ojca - profesora krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej - przygotowywany do zawodu inżyniera. W szerokim sensie, ale inżyniera. Stary abonował dla mnie pismo "Horyzonty Techniki dla Dzieci". Drukowali tam opowiadania o rozmaitych wynalazcach i innych szlachetnych postaciach, a na kolejnych stronach dokładne instrukcje, jak zmajstrować występujące w tych historiach rekwizyty. Opowiadaniu o Wilhelmie Tellu towarzyszył rzecz jasna przepis na zbudowanie kuszy.

Jakkolwiek to brzmi, zapragnąłem ją mieć. Ojciec też zapragnął. Ale miał skłonność do nadmierności. Żadna własnoręcznie wykonana zabawka go nie ciekawiła. Powiększył wszystkie parametry i zlecił wykonanie majstrom w uczelnianych warsztatach AGH. Potem przywiózł i triumfalnie mi wręczył oręż, którego nie byłem w stanie unieść!

Wystrzelona z tej kuszy strzała mogła spokojnie zabić nie tylko Gomułkę. Jak się strzelało w powietrze, bełt znikał z oczu. Już wtedy miałem okulary, już wtedy trzęsły mi się ręce, czyż muszę dodawać, że ludzie na mój widok - gdy z ulubioną zabawką wychodziłem z domu - gremialnie spierniczali? Przeświadczenie, że kusza to jest broń godna poważnego zamachu, miałem wbite w łeb wcześnie.

Pański tłumacz pisze, że nie sposób nie pokochać pijanego zamachowca, który próbuje zabić komunistycznego despotę chińską kuszą.

- No tak, pan Trąba gustuje w trunkach, ale to jego autorstwa jest zdanie: "Prawdziwy mężczyzna od wódki może umrzeć - zgłupieć nie śmie". Ta fraza jest kolejnym powodem, dla którego tę książkę "dość lubię". Swoją drogą nie znam przekładu, ale nie mam cienia wątpliwości, że zasługa tłumacza jest tu nie do zmierzenia.

Może po tym wyróżnieniu Polacy pobiegną do księgarń i z wypiekami na twarzach będą czytać o próbie zgładzenia tyrana?

- A istnieją jakieś powody, by historia imaginacyjnego zamachu była dziś pilniej czytana?

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 18 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    43 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':