"Król Bólu" Jacek Dukaj, Wydawnictwo Literackie, Kraków Jacek Dukaj pytany o to, nad czym pracuje, od wielu lat wymieniał tytuł "Król Bólu". Wśród polskich miłośników fantastyki ten tytuł zaczął funkcjonować niemalże na prawach podobnych do "Pół wieku poezji", dzieła życia, nad którym ciągle pracuje poeta Jaskier w książkach Sapkowskiego.
Już-już zdążyliśmy się nastawić na to, że "Król Bólu" będzie kolejną słynną książką-widmo - a tymczasem pod koniec roku dostaliśmy od pisarza osiemset stron wspaniałej prozy. W "Postscriptum" Dukaj przeprosił za tak długie oczekiwanie.
"Nie poszło według planu" - napisał. Dwa opowiadania wymknęły w międzyczasie spod kontroli i rozrosły do osobnych powieści, "Wroniec" i "Lód". Ta ostatnia objętościowo jest większa nawet od opasłego "Króla Bólu".
Trzy inne dalej "się piszą", dodaje Dukaj. Pięknie, a więc polscy miłośnicy fantastyki dostali nie tylko tomik opowiadań, ale też temat do dyskusji na najbliższe lata: o czym dokładnie będą zapowiedziane przez Dukaja powieści "Fabla", "Rekursja" i "Stroiciel luster".
Postscriptum pokazuje, że Dukaj wreszcie uświadomił sobie ważną cechę swej prozy: że nawet gdy pisze opowiadania, planuje je jak powieść. Dlatego właśnie tak łatwo je rozwinąć - już w fazie pomysłu mają "mocny szkielet epicki". Podobne, powieściowe wrażenie sprawiały już opowiadania z jego poprzedniego zbioru - "W kraju niewiernych". Ukazał się równe 10 lat przed "Królem Bólu", gdy pisarz - w co trudno uwierzyć - miał zaledwie 26 lat.
Aż szkoda, że Dukaj, wtedy jeszcze nieświadomy swojej przyrodzonej epickości, zmarnował świetne pomysły na powieści, paląc je w krótszych formach. Taka np. "Ziemia Chrystusa" ma zaledwie 80 stron, a oparta jest na pomyśle, z którego zdolny anglojęzyczny rzemieślnik w typie Harry'ego Turtledove'a zrobiłby dziesięcioksiąg. W niedalekiej przyszłości ludzkość wynalazła metodę podróży między światami alternatywnymi. Każdy z odkrytych w ten sposób światów nazywany jest od osoby, która wywarła największy wpływ na jego historię. Nasz nazywany jest "Ziemią Stalina", bo tylko u nas Józef Wissarionowicz władał sporą częścią świata. Z tym, że to żaden powód do wstydu, bo 80 proc. światów nosi nazwę od jakiegoś krwawego dyktatora. W tym krótkim utworze Dukaj naszkicował przebieg historii ludzkości w światach alternatywnych, opisał toczone między nimi konflikty i dyplomatyczne przepychanki oraz dodał tak kapitalne pomysły, jak międzyświatowy handel dziełami sztuki. Szkoda, że nie zrobił z tego porządnej, dukajowskiej powieści na tysiąc stron...
W "Królu Bólu" nie ma już palenia pomysłów na powieść. Tytułowe opowiadanie ma 120 stron i starczy. Akcja dzieje się w postapokaliptycznym świecie, którego większość pokrywa "dżunkla": zmutowana biosfera, którą wytworzyły sztuczne organizmy wyprodukowane przez terrorystów, organizacje przestępcze, tajne służby lub kosmitów - do końca nie wiadomo. Stanom Zjednoczonym i Unii Europejskiej udało się swoje terytorium ochronić przed "dżunklą", jednak ich mieszkańcy nie mogą fizycznie opuszczać bezpiecznych granic. Popularne są więc
podróże przez "proksyk", czyli zdalnie sterowane ciała z wypożyczalni.
Główny bohater przyszedł na świat na początku genetycznej apokalipsy. Mutacja spowodowała, że cierpi na chorobę nieustającego bólu, za sprawą której jego umysł rozwinął się wyjątkowo intensywnie. Życie toczy jednak głównie w sieci, w której posługuje się przydomkiem "King of Pain", zaczerpniętym z piosenki
The Police.
Mieszka w Polsce, a więc: w Unii. Dukaj to pierwszy polski pisarz s.f., który zerwał z modnym w latach 90. przedstawianiem Polski przyszłości jako peryferyjnych pustkowi wyniszczonych przez nową wojnę albo kolejne zabory. W jego utworach Polska konsekwentnie pokazywana jest jako element cywilizowanego Zachodu - może i peryferyjny, ale przeważnie wyglądający atrakcyjniej niż prawdziwe pustkowia w Afryce.
Oczywiście, sama wizja przyszłości bywa ponura, jak w opowiadaniu "Linia oporu", które dzieje się w świecie, w którym ludziom jest już, bardzo dosłownie, za dobrze. Nie ma realnych problemów, nawet starość i choroby odeszły w przeszłość razem z opanowaniem ludzkiej fizjologii na poziomie molekuł. Najcenniejszym towarem staje się sens życia. Bo skoro wszystko można, to po co w ogóle robić cokolwiek? Tu główny bohater jest zdolnym projektantem takich sensów, który zostaje przypadkowo wkręcony w pewną aferę.
Ten sam motyw świata, w którym jest za dobrze, Dukaj rozwija w niepremierowym opowiadaniu "Crux" (ukazało się przed laty w antologii "PL+50"). To wizja Polski za pół wieku. Dukaj wyobraził sobie kraj, w którym panuje już "ekonomia drexlerowska", nazwana tak od futurologa próbującego przewidzieć, jak będą wyglądały społeczeństwa, w których ludzka praca zostanie w całości zastąpiona przez darmową nanotechnologię. Ekonomia Drexlera oznacza masowe
bezrobocie, o tyle mało dotkliwe, że podstawowe produkty będą dostępne za darmo.
W opowiadaniu Dukaja polski proletariat tylko na to czekał "od pokoleń, od czasów Szeli, Gierka i Kwaśniewskiego". Dukaj z humorem opisuje polskie "ziomalstwo z przyszłości", subkulturę ludzi pracujących na czarno i zajmujących się przekrętami nawet wtedy, gdy nie ma to już żadnego sensu ekonomicznego.
Dla mnie perełką tomu jednak utwór, w którym Dukaj niczego nie próbuje przewidzieć, tylko świadomie sięga po konwencję retro. Opowiadanie "Oko potwora" zaczyna się mottem z "Terminusa" Stanisława Lema - utworu, w którym Lem z kolei oddawał hołd swojemu mistrzowi, Stefanowi Grabińskiemu.
"Oko potwora" dzieje się w Kosmosie, jaki znamy z Lemowskich "Opowieści o pilocie Pirxie". A więc z jednej strony ogromny postęp: prawie cały Układ Słoneczny jest już mniej lub bardziej przez człowieka skolonizowany. Z drugiej strony bohaterowie nadal używają papierowych książek, alfabetu Morse'a i palą tytoń na pokładzie statków kosmicznych.
To opowiadanie, napisane absolutnie serio, nie jest parodią, ale kto pamięta starą fantastykę, ten uśmiechnie się, czytając ewidentnie pastiszowe zdania, jak: "Było już po peryhelium, odchodziliśmy w chłód - opowiadał pierwszy pilot, postukując cybuchem fajki o kościste kolana".
Odtwarzając język i obyczajowość fantastyki sprzed pół wieku, Dukaj przypomina, że jej literackim praźródłem była marynistyka: to dlatego w załogach statków kosmicznych opisywanych przez Lema czy Van Vogta w ogóle nie ma kobiet. Całe science fiction wywodzi się więc od "morskich opowieści", które - jak w szancie - najlepiej się snuje, "kiedy rum zaszumi w głowie".
To opowiadanie Dukaja serwuje czytelnikowi podobny szok cywilizacyjny, jak telewizyjny serial "Mad Men". Jego akcja dzieje się w latach 60., mniej więcej wtedy, gdy Lem pisał "Pilota Pirxa", i choć nie jest komedią, to scenarzyści wciąż rozgrywają kontrast między dzisiejszą a ówczesną obyczajowością.
Patrzymy, jak główny bohater pali papierosy w miejscu pracy lub molestuje seksualnie współpracownice - i bawi nas, w jak krótkim czasie takie zachowania z ogólnie akceptowanych stały się surowo karanymi. Podobnie jest z "Okiem potwora": kolonizacja Układu Słonecznego jeszcze się nie zaczęła, ale już wiemy, że nie będzie taka, jak to sobie wyobrażano w latach 60.: nie dokonają jej czysto męskie załogi, stukające cybuchem do taktu "morskich opowieści".
Paradoksalnie, właśnie tym utworem retro Dukaj pyta o przyszłość: skoro świat tak bardzo zmienił się przez ostatnie pół wieku, jak bardzo zmieni się przez następne?
Dukaj dla początkujących Jego książki robią coraz większą karierę nie tylko w Polsce, więc szanującemu się czytelnikowi już trochę nie wypada ich nie znać. Na "pierwszego Dukaja" dla początkujących polecałbym zbiór opowiadań "W kraju niewiernych". To w nim ukazała się słynna "Katedra", za której filmową adaptację Tomasz Bagiński zyskał nominację do Oscara. Wszystkie opowiadania trzymają równy, niebywale wysoki poziom i pokazują to, co Dukaj umie robić najlepiej.
Specjalnością pisarza są zuchwałe pomysły i słowotwórczy talent przywodzący na myśl lemowskie "sepulki", "pćmy" i "murkwie". Dukaj potrafi nie tylko napisać powieść o tym, jak wyglądałaby science-fiction, gdyby prawdziwe były wyobrażenia starożytnych Greków o fizyce ("Inne pieśni"), ale też dodatkowo wymyślić, jak w tym świecie nazywano by machinę latającą.
Komuś, kto ma dużo wolnego czasu, polecam natomiast najwybitniejsze dzieło Dukaja - "Lód", czyli imponującą refleksję nad polskim charakterem i rolą, jaką przepisała nam Historia przez wielkie H. A do tego - bo u Dukaja zawsze jest jakieś "do tego" - to próba wyobrażenia sobie alternatywnej fizyki, w której można zejść poniżej temperatury zera absolutnego. Wszystko razem rozlane na tysiąc stron, w których, dodajmy, nie ma żadnej dłużyzny!
wo