Soul Kitchen
reż. Fatih Akin
Niemcy 2009, dystr. Kino Świat
Rozpięty w swoich filmach między Niemcami a Turcją Fatih Akin (laureat Złotego Niedźwiedzia w Berlinie za "Głową w mur") tym razem postawił na bajkę. Bajkowa jest tu przemiana ulokowanej w hali fabrycznej, zapyziałej knajpy w kultowe miejsce Hamburga, w którym można znaleźć wykwintne jedzenie, muzykę na żywo oraz undergroundowy klimat przyciągający niepokornych artystów. I bajkowo wyglądają też perypetie głównego bohatera, niemieckiego Greka Zinosa, który z pomocą ekscentrycznego kucharza (znany z "Głową w mur" Birol Unel) i wychodzącego na przepustki z więzienia brata walczy z urzędem skarbowym, gangsterskim rywalem i takimi przeciwnościami losu jak uraz kręgosłupa czy wyjazd ukochanej dziewczyny.
Anarchistyczne podejście do życia tym razem przybiera u Akina formę nonszalanckich, chwilami slapstickowych żartów i cudownych zwrotów akcji. Jest tu szlachetny fajtłapa i nieudolny cynik, kryminalista gotowy do duchowej przemiany i kucharz broniący swojego gustu za wszelką cenę. Tej romantyczno-kulinarnej komedii patronuje przesłanie szlachetne - jeśli w coś wierzysz, nie może ci się nie udać.
Rozmowa z Fatihem Akinem Mariola Wiktor: "Soul Kitchen" to pana pierwszy film o domu, własnym miejscu do życia, a nie o jego poszukiwaniu. Fatih Akin: Bohaterowie „Głową w mur” szukali rozpaczliwie swojej przestrzeni do życia i nowej tożsamości w liberalnych obyczajowo Niemczech. W filmie „Na krawędzi nieba” Nejat, który wykształcił się w Niemczech i pracuje tutaj jako nauczyciel i znawca Goethego, nieoczekiwanie przeprowadza się do Stambułu, gdzie otwiera małą księgarnię, bo dopiero wówczas czuje się bardziej - choć znów nie do końca - u siebie. Po raz pierwszy właśnie w „Soul Kitchen” bohaterowie zachowują się inaczej. Oni już wiedzą, gdzie jest ich miejsce, dom, korzenie, i robią wszystko, by ich bronić. Do tej pory widziano w moich filmach napięcia etniczne, kulturowe, obyczajowe między Niemcami a Turkami czy innymi środowiskami emigranckimi. Mówiono, że robię kino polityczne, rozrachunkowe, porównywano do Fassbindera. To przesłaniało uniwersalny wymiar moich filmów. „Na krawędzi nieba” interpretowano jako próbę przerzucania mostów między kulturami Turków i Niemców. Tymczasem dla mnie to historia luki pokoleniowej między dziećmi i rodzicami. Takich dyskusji na temat kina politycznie zaangażowanego nie ma przy „Soul Kitchen”. Nareszcie.
Ale w "Soul Kitchen" są antyglobalistyczne aluzje. - Kiedy główny bohater Zinos, niemiecki Grek i właściciel małej tawerny w Hamburgu, rozprawia się z bezwzględnymi urzędnikami skarbowymi i deweloperami, widzowie się z nim solidaryzują. Przywiązanie do miejsca i walka o nie budzi sympatię. Już w moich wcześniejszych filmach nie tylko drugie pokolenia emigrantów z Turcji, Grecji czy Włoch próbowały się odnaleźć w nowej Europie. W "Soul Kitchen" dotyczy to również samych Niemców, którzy coraz gorzej czują się u siebie. Moritz Bleibtreu, który zagrał w moim filmie, zazdrości dzieciom emigrantów ich patriotyzmu. Uważa wielu z nich za bardziej niemieckich niż rdzenni, rozczarowani ojczyzną Niemcy.
"Soul Kitchen" wpisuje się w nurt tzw. heimat-films, kino propagujące małe ojczyzny? - Ja już po prostu od dawna chciałem nakręcić film w Hamburgu, moim rodzinnym mieście, i w miejscach, gdzie się wychowałem. Lubię to miasto. Do tego stopnia, że w ogóle nie myślę o emigracji, np. do Nowego Jorku albo Szanghaju, gdzie przenosi się wielu młodych Niemców - jak w moim filmie dziewczyna Zinosa. Hamburg nie wydawał mi się do tej pory miastem filmowym. Jednak kiedy kręciliśmy "Soul Kitchen" i mogłem przyjeżdżać na plan na rowerze, poczułem, że to mój teren. Odkryłem nieturystyczne oblicze miasta, które utrwaliłem w filmie. Dziś mało kto pamięta Hamburg taki, jaki zarejestrował Wim Wenders w "Amerykańskim przyjacielu". Po tych kamienicach i ulicach nie został już żaden ślad.
Duch miasta to także muzyka. Podobno soul najpełniej wyraża klimat Hamburga. - Jeśli Berlin jest miastem punka, to Hamburg - muzyki soulowej. Przywiązuje dużą wagę do muzyki, bo to jedna z nielicznych przestrzeni autentycznego dialogu, porozumienia ponad podziałami. Hamburg to portowe, otwarte miasto. W czasie zimnej wojny stacjonowało tu wielu brytyjskich i amerykańskich żołnierzy, a dziś mieszka sporo dzieci z mieszanych afroamerykańskich i niemieckich rodzin. Hamburscy Grecy, Włosi czy Hiszpanie także identyfikują się z tą amerykańską muzyką. Mój dokument "Życie jest muzyką" zaczyna się słowami Konfucjusza, pod którymi się podpisuję: "Jeśli chcesz poznać cywilizację, to posłuchaj jej muzyki".
Natomiast metaforą ścierania się tradycji i nowoczesności jest w filmie nowy styl gotowania, który wprowadza szalony kucharz. Ja bym jeszcze powiedział, że to mój pierwszy film o filmowaniu właśnie. Porównuję gastronomię z kinem. Sznycel z frytkami z jednej strony i gazpacho z drugiej to jak, nie przymierzając, multipleks i kino arthousowe. Kucharz to rodzaj reżysera, który improwizuje w kuchni, a właściciel knajpy to producent.
Zanim zacząłem studiować kino, byłem kelnerem, barmanem, pracowałem jako didżej i w ogóle kochałem clubbing. Adam Bousdoukos, który zagrał Zinosa i z którym napisałem scenariusz, 10 lat temu prowadził właśnie taką tawernę na peryferiach Hamburga. Ten scenariusz powstał jeszcze przed sukcesem "Głową w mur". W pewnym momencie poczułem się wyeksploatowany filmami, które kończyły się tragicznie. Nie przypuszczałem tylko, że o wiele trudniej jest zrobić dobrą komedię niż dobry dramat. Musiałem odkryć na nowo mistrzostwo Chaplina, Lubitscha, Wildera, Allena.
A grający kucharza Birol naprawdę może rzucić nożem w reżysera. Potrafi też w biegu otworzyć drzwi taksówki i wyskoczyć, jeśli go zdenerwujesz. Jego nie da się reżyserować. Trzeba zaufać jego intuicji. Sam jest dobrym kucharzem, z tym że jego kuchnia po przygotowaniu kolacji wygląda, jakby przejechał przez nią walec.
Następny film także będzie o Hamburgu? - Jak się kocha kino, to trzeba też kochać Amerykę... Mam pomysł na film o europejskich emigrantach w Ameryce na początku XX w. Interesują mnie również historie nowojorskich taksówkarzy z Bangladeszu, którzy wożą bogatych klientów. Albo losy gangów z Kambodży w Los Angeles. To inspirujący świat. Jednak ja już zawsze będę chłopakiem z Hamburga.