http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Oddajcie mi mojego Jezusa

Tadeusz Sobolewski
2011-01-07, ostatnia aktualizacja 2011-01-06 17:53

Hadewijch
Hadewijch

Kino zachodnie pyta o wiarę. Czym ona jest? Co znaczy wobec ekspansji islamu? Bruno Dumont, reżyser filozof, głęboko wnika w paradoksy ludzkich pragnień. Od piątku w kinach jego "Hadewijch"

W 'Hadewijch' kamera nieustannie podąża za bohaterką
materiały prasowe ENH
W 'Hadewijch' kamera nieustannie podąża za bohaterką
Pod pewnym względem przypowieść filmowa Brunona Dumonta jest odwrotnością "Lourdes" Jessiki Hausner. Tam niewierząca doznawała cudu - tu dziewczyna żarliwie wierząca odczuwa nienasycony głód religijny. Chce żyć dla Boga, ale nie może go znaleźć. Kocha Chrystusa zaborczą miłością, ale czuje się przez niego opuszczona.

W pierwszych scenach widzimy ją w przyklasztornym lesie. Marznie, umartwia się. Kromką chleba, którą dostała od zakonnicy, karmi ptaki. Ale nie ma w niej franciszkańskiej radości, tylko wielkie oczekiwanie, wyniszczające pragnienie. Ta dziewczyna wciąż wypatruje Boga - może za wysoko i za daleko, choć na pewno żarliwie i szczerze. Równocześnie, z czego nie zdaje sobie sprawy, w jej kierunku też ktoś patrzy - nieznajomy człowiek. W pewnym momencie poda jej rękę. Ten zbawczy - dosłownie, nie w przenośni - gest odwraca dotychczasową perspektywę.

"Hadewijch" to przypowieść o Europie na manowcach. O świecie, w którym religia usunęła się z życia publicznego, a młodzi ludzie zdani są na indywidualne poszukiwania. Upraszczając, można ująć to tak: puste kościoły - pełne meczety. Chłód wyciszonej, ukrytej religijności Zachodu styka się z żarliwością islamu. To musi wywoływać napięcie. Wśród zeświecczonego życia powstają ośrodki fundamentalizmu, które kuszą i mamią.

Hadewijch jest postulantką w klasztorze. Matka przełożona (starą zakonnicę gra profesorka filozofii z Sorbony) przenikliwie dostrzega, że zbytnie przywiązanie dziewczyny do umartwień jest formą egoizmu. "W tym nie ma Boga". Niech lepiej wraca do świata, może tam znajdzie więcej okazji praktykowania bożej miłości. Hadewijch spełnia to zalecenie, wraca do ludzi. Ale tu również czeka pułapka, w którą wpada na skutek swojej otwartości i wielkoduszności. Trafia do muzułmańskiej grupy teologicznej i tam staje się postulantką. Jej poczucie oddania zostanie wykorzystane. Zaakceptowana jako chrześcijanka, razem z różnokolorową publicznością słucha wykładu, który ujmuje swoją głębią: o Bogu niewidzialnym, ale "obecnym w swojej nieobecności", Bogu, którego dzieło stworzenia człowiek powinien naśladować w swoich czynach. Okaże się jednak, że tym czynem może być także walka.

Studentka teologii (w tej roli amatorka Julie Sokolowski) nosi nazwisko XIII-wiecznej flamandzkiej mistyczki i poetki Hadewijch. Jest jej współczesnym wcieleniem. Tamta Hadewijch żyła w czasach truwerów, średniowiecznych poetów opiewających miłość idealną, czystą. Głosiła, że "miłość jest jedyną rzeczą, jaka może zaspokoić ludzkie pragnienia". W wizjach oglądała na własne oczy "tego, kogo szukała".

Współczesna Hadewijch, córka arystokratycznej rodziny, z którą nie ma żadnego kontaktu, na próżno szuka swego mistycznego Oblubieńca - najpierw w modlitwie i umartwieniach, potem między ludźmi. Znajduje przewodnika w islamskim nauczycielu. Z jaką przerażającą konsekwencją jej mistyczna tęsknota godzi się w pewnym momencie z nakazem odwetu, walki, wreszcie - terroru. Przejmująca scena, gdy Hadewijch deklaruje swoje oddanie i wiarę, mówiąc terrorystom: "jestem gotowa", pozwala w jednym błysku zrozumieć akt 11 września, wniknąć w stan umysłu wykonawców zamachu. Dumont ukazuje ten moment bezstronnie. Bez żadnej z góry przyjętej intencji, bez ideologii towarzyszy swojej bohaterce - jesteśmy przy niej na manowcach ambiwalentnych uczuć. Dominuje rozpacz i opuszczenie. Czy pod bombami terrorystów nie ginie także idea Boga?

Poczucie opuszczenia przenika w filmie szerokie panoramy Paryża opustoszałego na czas wakacji. Chłodne kolory. Hadewijch chodzi po pustym mieście, jak niegdyś bohaterka filmu Érica Rohmera, ale nie może dostrzec swojego "zielonego promienia". Nie dozna epifanii. Choć jest lato, wydaje się, że dziewczynie jest zimno.

W jednej ze swoich głośnych modlitw Hadewijch mówi coś podobnego jak Różewicz w wierszu o Bogu, który nie umarł, tylko opuścił ludzi. Różewiczowski niepokój mógłby patronować kinu Dumonta. Myślę, że spodobałby mu się wiersz "Widziałem Go", w którym podmiot liryczny rozpoznaje Syna Człowieczego pod postacią włóczęgi ("spał na ławce/ z głową złożoną/ na plastykowej torbie"). Podobny kontrast zastosował Dumont przed kilkunastu laty w głośnym debiucie zatytułowanym prowokacyjnie "Życie Jezusa". Bohater filmu nie był do Jezusa w niczym podobny, poza tym, że był człowiekiem. W życiu brzydkiego syna sklepikarki z prowincjonalnego miasteczka w północnej Francji nie było nic prócz jazd na motorze, seksu i agresji. W następnych filmach - "Ludzkości", "Flandrii" - w podobnych postaciach, zredukowanych do prymitywnych odruchów, reżyser odnajdywał poczucie uwięzienia, rozdarcia. W tym właśnie byli ludzcy. W "Hadewijch" w subtelnej dziewczynie odnajdujemy podobne rozdarcie, poczucie ograniczenia. Pozornie w niczym nie przypomina tamtych postaci - mieszka w starożytnym pałacu na Wyspie św. Ludwika. Ale ona również znajduje się w niewoli. To niewola wyższych potrzeb, które mogą okazać się równie destrukcyjne. Zarówno świat bez Boga, jak i świat wypełniony w nadmiarze Bogiem, nastawiony wyłącznie na niego, staje się niebezpieczny, wyjałowiony, nieludzki. Dumont stawia swoją bohaterkę i widzów przed dylematem, który nie ma rozwiązania - to właśnie nadaje filmowi bergmanowską głębię i prawdziwość. Zaledwie kilka sekund trwa ostatni obraz, ale to w nim zawiera się symboliczny sens przygody Hadewijch. Jest nim spotkanie dwojga ludzi: on mógłby być "człowiekiem bez Boga", prymitywnym bohaterem "Życia Jezusa". Ona, niekochana, jest udręczona swoją tęsknotą do Boga.

Co znaczy to spotkanie? Co chce powiedzieć Dumont? Co nasyci głód Hadewijch? Chrześcijaństwo bez Boga? Religia, która broni człowieka przed szaleństwami duszy, nadmiernie rozpętanymi uczuciami, iluzjami umysłu? Wszystko pozostaje otwarte. Można wyczuć w tym filmie tęsknotę za religią, która przyjdzie w nowej, humanistycznej formie, jako coś bardzo potocznego, międzyludzkiego, co wyraża otrzeźwiające ewangeliczne zdanie: "Boga nikt nigdy nie widział. Jeżeli się miłujemy wzajemnie, Bóg trwa w nas". Choć ani Bóg, ani miłość nie przebywają w człowieku na stałe. Ci, którzy uwierzą, że Bóg przez nich przemawia, również mogą popaść w iluzję.

Niecały film jest przeniknięty chłodem - jest w nim moment jasny, ciepły: scena w kościele w Dzielnicy Łacińskiej. W ławkach siedzi kilkanaście osób. Przy ołtarzu zespół kameralny wykonuje arię "Oddajcie mi mojego Jezusa" - w "Pasji wg św. Mateusza" śpiewa ją zagubiony, zrozpaczony Judasz. Kamera obserwuje na przemian twarz Hadewijch i postacie muzyków. To moment międzyludzkiego porozumienia, spokoju, chciałoby się powiedzieć - komunii. Ale wszelkie wzniosłe pojęcia są tu zbędne. Po skończonej grze - krótka wymiana uśmiechów między Hadewijch a muzykami. Jest tu wszystko, czego dziewczyna bezskutecznie szuka.

















Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 7 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':