Dekada w sztuce
03.01.2011
, aktualizacja: 03.01.2011 18:54
Kariera Wilhelma Sasnala (ur. 1972), którego obrazy znalazły się w wybitnych muzeach i kolekcjach (na zdjęciu jego ?Samoloty? sprzedane w 2006 r. w nowojorskim domu aukcyjnym Christie's za 396 tys. dol.), pokazuje specyfikę tej dekady w sztuce na świecie. Zainteresowanie budziły... (Fot. Christie's)
Dla mnie ta dekada zaczęła się w Zachęcie w grudniu 2000 r., kiedy posłowie RP Witold Tomczak i Halina Nowina-Konopka postanowili wyzwolić Jana Pawła II od straszliwego jarzma, jakie narzucił mu Maurizio Cattelan przygniatając go wielkim czarnym kamieniem
ZOBACZ TAKŻE
- Penis na Dworcu Śródmieście (04-12-11, 14:00)
- Dziesięć lat strachu i wolności (05-10-11, 13:34)
- Zbigniew Libera zrobi film fabularny (30-09-11, 17:12)
- Skazani na wygraną (21-07-11, 02:00)
- Stawiaj na wolność, ona zawsze przegrywa (26-01-11, 01:00)
- Dekada w teatrze (03-01-11, 18:39)
- Dekada w kinie - film polski (31-12-10, 13:13)
- Dekada w muzyce - Polska (30-12-10, 18:00)
Po prostu weszli na wystawę i zepsuli pracę włoskiego artysty, strącając z figury papieża kamień. Rzeźba nazywała się "La nona ora" i przedstawiała papieża upadającego pod ciężarem trosk całego świata, które symbolizował kamień.
Brzmi komicznie, prawda? Dzisiaj wszystkie media wyśmiałyby takich posłów, którzy nie potrafią odróżnić sztuki od rzeczywistości. Jednak wtedy opinia publiczna była podzielona. Publicyści zastanawiali się, czym tak naprawdę jest sztuka, i aż 90 posłów w polskim Sejmie poparło tę absurdalną akcję, żądając odwołania ze stanowiska dyrektora Zachęty Andy Rottenberg.
Politycy zobaczyli, że łatwo można sobie zrobić darmowy PR, atakując sztukę. Gdyby nie to, może nikt po roku nie zauważyłby wystawy Doroty Nieznalskiej "Pasja" w niszowej galerii Wyspa w Gdańsku, a politycy LPR Gertruda Szumska i Robert Strąk nie zyskaliby wątpliwej sławy jako ludzie, którzy złożyli donos do prokuratury, że artystka obraziła ich uczucia religijne. Zapewne też w 2001 r. kurator wystawy "Irreligia" w Brukseli Kazimierz Piotrowski nie spotkałby się z podobną próbą oskarżenia go o obrazę uczuć religijnych - na szczęście oddaloną przez prokuraturę.
Niedawno Anda Rottenberg ujawniła, że Harald Szeemann, autor wystawy z okazji stulecia Zachęty, miał pomysł alternatywny dla rzeźby Cattelana: zagrodę z żywymi świniami Rosemarie Trockel i Carstena Höllera. Wtedy też pewnie ktoś by się obraził, tylko debata potoczyłaby się w innym kierunku - nie obrazy religii, ale obrazy narodu. Artyści w latach 90. stawiali sprawę wolności artystycznej szczególnie ostro, przesuwając granice tego, co "wolno", rozbijając estetyczne stereotypy. Spotykali się z krytyką i niezrozumieniem, jednak dopiero około roku 2000 w akcję wkroczyli politycy. I nastąpiła decydująca bitwa w tym, co Zbigniew Libera określił jako "zimna wojna sztuki ze społeczeństwem".
Trzeba powiedzieć, że była to wojna wygrana przez sztukę i artystów, a jej przebieg był jednym z najważniejszych procesów wpływających na kształt dzisiejszego społeczeństwa obywatelskiego. Wygrane Cattelana, Nieznalskiej, Libery, Katarzyny Kozyry, Artura Żmijewskiego są czymś takim jak w USA Pierwsza Poprawka do konstytucji gwarantująca wolność słowa. Obecnie każdy, kto dyskutuje o sposobie, w jaki sztuka porusza takie tematy, jak religia, ciało, seks, polityka, śmierć, choroba, Holocaust, musi powrócić do debat wokół tych artystów jako do modelu. Można to porównać z wpływem, jaki na sferę społecznych wyobrażeń miała równoległa debata o prawach kobiet. A także z dyskusją o polskim antysemityzmie, która wybuchła wraz z publikacją słynnej książki Grossa o Jedwabnem. Te wydarzenia przeorały język publicznej debaty, wykluczając z niej inwektywy antykobiece, antysemickie, ale też te związane ze sztuką. Nie na darmo właśnie około 2000 roku przypomniano, że atakowanie artystów oskarżeniami o "hochsztaplerstwo" "upadek" i "awanturnictwo" ma odrażające konotacje z czasów nazistowskiej wystawy "sztuki zdegenerowanej".
Znamienna jest ewolucja stanowiska władzy. W 2001 r. minister Ujazdowski pod naciskiem prawicowych polityków zmusił Andę Rottenberg do odejścia z Zachęty. Kiedy w 2009 r. poseł PiS Stanisław Pięta złożył w Sejmie interpelację w sprawie planowanej w Muzeum Narodowym w Warszawie wystawy "Ars Homo Erotica", spotkał się z bezwzględnym odporem ministra Zdrojewskiego.
Dla polityków sztuka w początku dekady była kozłem ofiarnym (Cattelan w Zachęcie) i odskocznią dla politycznej kariery (LPR i Nieznalska). W końcu dekady była już kołem zamachowym kampanii wyborczej do samorządów. W 2010 r. starający się o reelekcję prezydent Krakowa Jacek Majchrowski otworzył tuż przed wyborami Muzeum Sztuki Współczesnej, by zyskać społeczne poparcie. Wygrał.
Skąd i kiedy ta zmiana? W jaki sposób sztuka przestała być wrogiem publicznym i stała się sojusznikiem, a nawet narzędziem polityki? Nie można widzieć tego tylko w polskiej perspektywie.
Ostatnie dziesięć lat przyniosło zmianę w postrzeganiu naszej sztuki za granicą, a także w Polsce. Na początku dekady sztuka polska dostała się do światowego obiegu informacji dzięki skandalowi w Zachęcie. Ale nie tylko -także m.in. dzięki temu, że Katarzyna Kozyra w 1999 r. na Biennale w Wenecji otrzymała jedną z głównych nagród, i dzięki wytrwałej pracy ludzi sztuki, krytyków, kuratorów, którzy gdzie tylko mogli, propagowali jej dokonania. I tak uwaga powoli, ale skutecznie przesuwała się w kierunku osiągnięć polskich twórców, którzy coraz liczniej pojawiali się w muzeach na świecie i w obiegu rynkowym. Co nie jest bez znaczenia, bo ostatnia dekada to także zdemistyfikowanie roli rynku.
W okresie PRL, ale jeszcze i w latach 90., rynek był rodzajem tabu, przedmiotem lęku albo fetyszem. Dzisiaj stał się częścią normalnej artystycznej drogi - a prawda jest taka, że międzynarodowej sławy Wilhelma Sasnala, Moniki Sosnowskiej, Artura Żmijewskiego by nie było, gdyby nie wysiłki prywatnych galerii we wprowadzaniu ich także do obiegu komercyjnego. Drogę wielu polskim artystom przecierały Fundacja Galerii Foksal, galeria Raster, ale także krakowskie galeria Starmach oraz galeria Zderzak, nie tylko sprzedając, ale też proponując własną wizję sztuki współczesnej poprzez poważne i przemyślane wystawy. Dzisiaj takich polskich galerii, uczestników międzynarodowych targów, jest o wiele więcej.
Koniec dominacji państwa w kreowaniu wydarzeń artystycznych dokonała się także dzięki niezależnym instytucjom utrzymującym się poprzez działania rynkowe. Choć nie tylko. Uważam, że kluczowym wydarzeniem dla późniejszego rozkwitu całej sfery NGO-sów i organizacji non profit zajmujących się sztuką było to, co się stało w Gdańsku w 2001 r. Po wyrzuceniu ze stanowiska dyrektora Centrum Sztuki Współczesnej "Łaźnia" w wyniku konfliktu z lokalnymi władzami kuratorka i krytyk sztuki Aneta Szyłak postanowiła założyć własną instytucję sztuki. Tak powstał Instytut Sztuki "Wyspa". Do dzisiaj funkcjonuje, opierając się na modelu galerii publicznej, czyli organizując wystawy, konferencje, zapraszając artystów. Czerpie zarówno z publicznych, jak i prywatnych, zarówno z polskich, jak i europejskich środków, jednak jest niezależna od jakichkolwiek władz. Aneta Szyłak pokazała, że można działać w taki sposób, i to w dużej skali, w sporym budynku na terenie dawnej stoczni, na własny koszt, z własnym programem, bez kontroli z góry. To nadało dynamikę dekadzie. W Warszawie w 2002 r. powstała np. fundacja Bęc Zmiana, która wydaje świetne pismo o sztuce "Notes na 6 tygodni". Dzisiaj takich organizacji są dziesiątki, bez nich życie artystyczne byłoby uboższe.
Do gry weszło także państwo. Zmiana polityki państwa wobec sztuki współczesnej lokuje się gdzieś w połowie dekady. Najpierw była decyzja ministra kultury Waldemara Dąbrowskiego o założeniu sieci tzw. Zachęt, czyli regionalnych kolekcji sztuki, potem powołanie - wraz z prezydentem Warszawy Lechem Kaczyńskim - Muzeum Sztuki Nowoczesnej. To był przełom. Warszawa jeszcze go nie zbudowała, ale wycofać się już nie może. Tym bardziej że do budowy nowoczesnych centrów artystycznych ostro wzięły się inne miasta: Toruń, Kraków, Wrocław.
Co kończy dekadę? Uniewinnienie Nieznalskiej? Powołanie Artura Żmijewskiego na kuratora Biennale w Berlinie w 2012 r.? Wystawa "Ars Homo Erotica" w Muzeum Narodowym w Warszawie? Dla mnie klamrą epoki jest decyzja, by Polskę na Biennale w Wenecji 2011 reprezentowała izraelska artystka Yael Bartana. Ty wyłom w poprawnej, ale partykularnej dotychczas polityce kulturalnej, nastawionej na remanenty z okresu PRL, na ciągłe przebijanie się Polski "na Zachód". Otóż można myśleć inaczej. "Zachód" może być i u nas. W 2010 roku Fabio Cavallucci został dyrektorem CSW w Warszawie, pierwszym zagranicznym szefem instytucji sztuki w Polsce. To myślenie ponadnarodowe, koniec starej i początek nowej dekady.
Brzmi komicznie, prawda? Dzisiaj wszystkie media wyśmiałyby takich posłów, którzy nie potrafią odróżnić sztuki od rzeczywistości. Jednak wtedy opinia publiczna była podzielona. Publicyści zastanawiali się, czym tak naprawdę jest sztuka, i aż 90 posłów w polskim Sejmie poparło tę absurdalną akcję, żądając odwołania ze stanowiska dyrektora Zachęty Andy Rottenberg.
Politycy zobaczyli, że łatwo można sobie zrobić darmowy PR, atakując sztukę. Gdyby nie to, może nikt po roku nie zauważyłby wystawy Doroty Nieznalskiej "Pasja" w niszowej galerii Wyspa w Gdańsku, a politycy LPR Gertruda Szumska i Robert Strąk nie zyskaliby wątpliwej sławy jako ludzie, którzy złożyli donos do prokuratury, że artystka obraziła ich uczucia religijne. Zapewne też w 2001 r. kurator wystawy "Irreligia" w Brukseli Kazimierz Piotrowski nie spotkałby się z podobną próbą oskarżenia go o obrazę uczuć religijnych - na szczęście oddaloną przez prokuraturę.
Niedawno Anda Rottenberg ujawniła, że Harald Szeemann, autor wystawy z okazji stulecia Zachęty, miał pomysł alternatywny dla rzeźby Cattelana: zagrodę z żywymi świniami Rosemarie Trockel i Carstena Höllera. Wtedy też pewnie ktoś by się obraził, tylko debata potoczyłaby się w innym kierunku - nie obrazy religii, ale obrazy narodu. Artyści w latach 90. stawiali sprawę wolności artystycznej szczególnie ostro, przesuwając granice tego, co "wolno", rozbijając estetyczne stereotypy. Spotykali się z krytyką i niezrozumieniem, jednak dopiero około roku 2000 w akcję wkroczyli politycy. I nastąpiła decydująca bitwa w tym, co Zbigniew Libera określił jako "zimna wojna sztuki ze społeczeństwem".
Trzeba powiedzieć, że była to wojna wygrana przez sztukę i artystów, a jej przebieg był jednym z najważniejszych procesów wpływających na kształt dzisiejszego społeczeństwa obywatelskiego. Wygrane Cattelana, Nieznalskiej, Libery, Katarzyny Kozyry, Artura Żmijewskiego są czymś takim jak w USA Pierwsza Poprawka do konstytucji gwarantująca wolność słowa. Obecnie każdy, kto dyskutuje o sposobie, w jaki sztuka porusza takie tematy, jak religia, ciało, seks, polityka, śmierć, choroba, Holocaust, musi powrócić do debat wokół tych artystów jako do modelu. Można to porównać z wpływem, jaki na sferę społecznych wyobrażeń miała równoległa debata o prawach kobiet. A także z dyskusją o polskim antysemityzmie, która wybuchła wraz z publikacją słynnej książki Grossa o Jedwabnem. Te wydarzenia przeorały język publicznej debaty, wykluczając z niej inwektywy antykobiece, antysemickie, ale też te związane ze sztuką. Nie na darmo właśnie około 2000 roku przypomniano, że atakowanie artystów oskarżeniami o "hochsztaplerstwo" "upadek" i "awanturnictwo" ma odrażające konotacje z czasów nazistowskiej wystawy "sztuki zdegenerowanej".
Znamienna jest ewolucja stanowiska władzy. W 2001 r. minister Ujazdowski pod naciskiem prawicowych polityków zmusił Andę Rottenberg do odejścia z Zachęty. Kiedy w 2009 r. poseł PiS Stanisław Pięta złożył w Sejmie interpelację w sprawie planowanej w Muzeum Narodowym w Warszawie wystawy "Ars Homo Erotica", spotkał się z bezwzględnym odporem ministra Zdrojewskiego.
Dla polityków sztuka w początku dekady była kozłem ofiarnym (Cattelan w Zachęcie) i odskocznią dla politycznej kariery (LPR i Nieznalska). W końcu dekady była już kołem zamachowym kampanii wyborczej do samorządów. W 2010 r. starający się o reelekcję prezydent Krakowa Jacek Majchrowski otworzył tuż przed wyborami Muzeum Sztuki Współczesnej, by zyskać społeczne poparcie. Wygrał.
Skąd i kiedy ta zmiana? W jaki sposób sztuka przestała być wrogiem publicznym i stała się sojusznikiem, a nawet narzędziem polityki? Nie można widzieć tego tylko w polskiej perspektywie.
Ostatnie dziesięć lat przyniosło zmianę w postrzeganiu naszej sztuki za granicą, a także w Polsce. Na początku dekady sztuka polska dostała się do światowego obiegu informacji dzięki skandalowi w Zachęcie. Ale nie tylko -także m.in. dzięki temu, że Katarzyna Kozyra w 1999 r. na Biennale w Wenecji otrzymała jedną z głównych nagród, i dzięki wytrwałej pracy ludzi sztuki, krytyków, kuratorów, którzy gdzie tylko mogli, propagowali jej dokonania. I tak uwaga powoli, ale skutecznie przesuwała się w kierunku osiągnięć polskich twórców, którzy coraz liczniej pojawiali się w muzeach na świecie i w obiegu rynkowym. Co nie jest bez znaczenia, bo ostatnia dekada to także zdemistyfikowanie roli rynku.
W okresie PRL, ale jeszcze i w latach 90., rynek był rodzajem tabu, przedmiotem lęku albo fetyszem. Dzisiaj stał się częścią normalnej artystycznej drogi - a prawda jest taka, że międzynarodowej sławy Wilhelma Sasnala, Moniki Sosnowskiej, Artura Żmijewskiego by nie było, gdyby nie wysiłki prywatnych galerii we wprowadzaniu ich także do obiegu komercyjnego. Drogę wielu polskim artystom przecierały Fundacja Galerii Foksal, galeria Raster, ale także krakowskie galeria Starmach oraz galeria Zderzak, nie tylko sprzedając, ale też proponując własną wizję sztuki współczesnej poprzez poważne i przemyślane wystawy. Dzisiaj takich polskich galerii, uczestników międzynarodowych targów, jest o wiele więcej.
Koniec dominacji państwa w kreowaniu wydarzeń artystycznych dokonała się także dzięki niezależnym instytucjom utrzymującym się poprzez działania rynkowe. Choć nie tylko. Uważam, że kluczowym wydarzeniem dla późniejszego rozkwitu całej sfery NGO-sów i organizacji non profit zajmujących się sztuką było to, co się stało w Gdańsku w 2001 r. Po wyrzuceniu ze stanowiska dyrektora Centrum Sztuki Współczesnej "Łaźnia" w wyniku konfliktu z lokalnymi władzami kuratorka i krytyk sztuki Aneta Szyłak postanowiła założyć własną instytucję sztuki. Tak powstał Instytut Sztuki "Wyspa". Do dzisiaj funkcjonuje, opierając się na modelu galerii publicznej, czyli organizując wystawy, konferencje, zapraszając artystów. Czerpie zarówno z publicznych, jak i prywatnych, zarówno z polskich, jak i europejskich środków, jednak jest niezależna od jakichkolwiek władz. Aneta Szyłak pokazała, że można działać w taki sposób, i to w dużej skali, w sporym budynku na terenie dawnej stoczni, na własny koszt, z własnym programem, bez kontroli z góry. To nadało dynamikę dekadzie. W Warszawie w 2002 r. powstała np. fundacja Bęc Zmiana, która wydaje świetne pismo o sztuce "Notes na 6 tygodni". Dzisiaj takich organizacji są dziesiątki, bez nich życie artystyczne byłoby uboższe.
Do gry weszło także państwo. Zmiana polityki państwa wobec sztuki współczesnej lokuje się gdzieś w połowie dekady. Najpierw była decyzja ministra kultury Waldemara Dąbrowskiego o założeniu sieci tzw. Zachęt, czyli regionalnych kolekcji sztuki, potem powołanie - wraz z prezydentem Warszawy Lechem Kaczyńskim - Muzeum Sztuki Nowoczesnej. To był przełom. Warszawa jeszcze go nie zbudowała, ale wycofać się już nie może. Tym bardziej że do budowy nowoczesnych centrów artystycznych ostro wzięły się inne miasta: Toruń, Kraków, Wrocław.
Co kończy dekadę? Uniewinnienie Nieznalskiej? Powołanie Artura Żmijewskiego na kuratora Biennale w Berlinie w 2012 r.? Wystawa "Ars Homo Erotica" w Muzeum Narodowym w Warszawie? Dla mnie klamrą epoki jest decyzja, by Polskę na Biennale w Wenecji 2011 reprezentowała izraelska artystka Yael Bartana. Ty wyłom w poprawnej, ale partykularnej dotychczas polityce kulturalnej, nastawionej na remanenty z okresu PRL, na ciągłe przebijanie się Polski "na Zachód". Otóż można myśleć inaczej. "Zachód" może być i u nas. W 2010 roku Fabio Cavallucci został dyrektorem CSW w Warszawie, pierwszym zagranicznym szefem instytucji sztuki w Polsce. To myślenie ponadnarodowe, koniec starej i początek nowej dekady.
Skomentuj:
Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX
- Wszystko
- PŁATNE
- 1.
Marek Jackowski nie żyje. Założyciel i lider Maanamu zmarł na zawał serca
- 2.
Współtworzył historię polskiej rozrywki. Napisał najważniejsze utwory Maanamu. Marek Jackowski zmarł w sobotę na zawał
- 3.
Niezwykła popularność fanpage'a z trudnymi polskimi słówkami. 120 tys. fanów w dwa dni
- 4.
"Przeciwko zboczeniom i ideologii gender". Kongres kobiet konserwatywnych
- 5.
"Panie ministrze! Melduję posłusznie, że mam kochankę w Czechach". Słowacy piszą tysiące maili, protestując przeciwko nowym przepisom
- 1.
Polecamy
Dodatki i kolekcje Gazety Wyborczej
Zamów na adres e-mail newslettera z najnowszymi wiadomościami kulturalnymi!
Przykładowy newsletter


















