BBC ogłasza listę nowych twarzy od siedmiu lat i na ogół trafia ze swoimi typami w dziesiątkę. W poprzednich edycjach "Sound of" na szczyt zestawienia trafili tacy wykonawcy, jak raper 50 Cent, zespół
Keane czy wokalistka Corinne Bailey Rae. A tuż za nimi plasowali się m.in.: Franz Ferdinand, Yeah Yeah Yeahs, Interpol, Plan B, Duffy, MGMT, a nawet sama Lady Gaga. Dziś wszystkie te nazwy i nazwiska to czołówka współczesnej sceny muzycznej.
Lista BBC jest tak wiarygodna dzięki dwóm zasadom. Po pierwsze, do głosowania zapraszana jest potężna reprezentacja brytyjskiego show-biznesu. W tym roku w zabawie wzięło udział ponad 160 osób - szefów portali muzycznych, ludzi odpowiedzialnych za rozrywkę w stacjach telewizyjnych, didżejów radiowych, dziennikarzy prasowych, producentów i promotorów koncertów. Po drugie, eksperci mogą wskazywać dowolnych artystów, mają tylko obowiązek trzymać się podstawowych zasad, takich jak na przykład umowna "nowość" wykonawcy na rynku (weryfikowana choćby przez to, że nie zdołał do tej pory wprowadzić żadnego singla czy albumu do Top 20 ogólnobrytyjskiej listy przebojów). Jednak i tak większość głosujących wybiera typy w miarę pewne - wykonawców, którzy mają już kontrakty płytowe i lada moment wejdą na rynek z nowym materiałem i związaną z nim sporą promocją.
Ten drugi czynnik można uznać równie dobrze za słabość "Sound of". Lista nie wskazuje zjawisk dopiero czających się w undergroundzie, lecz jedynie wyprzedza o kilka miesięcy to, co i tak jest już zapisane w planach marketingowych firm fonograficznych. Ale coś za coś - stąd właśnie bierze się trafność i wiarygodność zestawienia.
Czego więc będziemy słuchać w 2011 r.? Jeśli ktoś liczy na zdecydowany przełom, mocno się rozczaruje. W szerokim zestawieniu "Sounds of 2011" (zwycięzcę stacja ogłosi na początku stycznia) żaden trend wyraźnie nie dominuje. Jak zwykle sporo jest śpiewających kobiet, ale reprezentują one tak różne estetyki, że trudno robić z ich obecności jakiś główny trend. Niesamowita, śpiewająca nieomal operowym głosem
Anna Calvi mieszająca folk noir z rockabilly i muzyką klasyczną niespecjalnie daje się postawić obok
Jessie J, pochodzącej z Essex, ale nagrywającej w Stanach wokalistki, która - balansując między klasycznym soulem i zadziornym r'n'b - zdobyła już uznanie takich gwiazd, jak Justin Timberlake czy Christina Aguilera.
Także panowie nie dają się wcisnąć do jednej stylistycznej szufladki. Zakręcony londyńczyk
Jai Paul, melancholijny
Daley z Manchesteru czy czarnoskóry raper
Wretch 32 to zupełnie różne światy. Pierwszy miesza najróżniejsze elementy i podkręca je nowoczesną elektroniką (nie przypadkiem nagrywa dla tej samej wytwórni co M.I.A.), u drugiego słychać szacunek dla klasycznego soulu, trzeci to kolejny reprezentant sceny grime.
Może więc zespoły związane ze sceną indie? Na ''Sound of 2011'' do tej pojemnej kategorii zaliczyć można prawie połowę artystów. Ale i oni nie tworzą jednolitego frontu. Bo jak porównywać zapatrzone gdzieś w brzmienia rodem z Islandii
Esben and The Witch, nowozelandzkie
The Naked and Famous, które podąża drogą MGMT wyznaczoną na ich debiutanckim albumie, czy sympatyczną międzynarodową kapelę
Yuck, która jazgotem gitar i wpadającymi w ucho melodiami przywołuje na myśl zarówno Dinosaur Jr, jak i Pains of Being Pure at Heart?
Ktokolwiek w tym zestawieniu okaże się zwycięzcą, nie będzie to sygnałem trendu, który mógłby wywrócić do góry nogami dzisiejszą scenę muzyczną. Jeśli już lista "Sounds of 2011" czegoś w ogóle dowodzi, to chyba tylko tego, że w czasach internetu granice między stylami, gatunkami i muzycznymi epokami zacierają się coraz wyraźniej, a kolejna muzyczna rewolta staje się coraz mniej prawdopodobna.