Pisarzy, z którymi Bereza w różnych okresach mniej lub bardziej intensywnie obcował i o których pisywał. Głównie w "Twórczości", z którą związany jest - bagatela - lat niemal 60; szefował tam najpierw działowi krytyki, później prozy, pełnił funkcję zastępcy redaktora naczelnego, prowadził autorską rubrykę "Czytane w maszynopisie".
Po prostu kocham książki
Pisząc przed ponad ćwierć wiekiem posłowie do dzieł Edwarda Stachury, na określenie jego twórczości ukuł Bereza mocne słowo - "życiopisanie". W pewnym sensie stworzył je także dla siebie, bo przylgnęło do niego w formie parafrazy - "życioczytanie".
Wywiad rzeka przeprowadzony z nim przez Adama Wiedemanna i Piotra Czerniawskiego to właśnie opowieść o jego "życioczytaniu"; czytanie to wszak dla niego praca, rozrywka, odpoczynek, przyjemność, namiętność, powinność - życie po prostu.
No więc wszystko tam obraca się wokół książek, zaprzyjaźnionych pisarzy, samego procesu czytania, a przy tym nie ogranicza do intelektualnych rozważań, ale tętni od pasji, uczuć i wszelakich emocji.
Bereza zresztą nie waha się używać słowa "miłość" w kontekście lektur i obcowania z ich autorami ("Serce moje było rozdarte między miłością do Nałkowskiej i miłością do Iwaszkiewicza"; "To, co mnie tak wiązało z Markiem Hłaską, było to coś, do czego pasuje słowo miłość"; "Czy to nie najprawdziwsza miłość, i to wzajemna, bo ja za Januszem Rudnickim przepadam, i on robi wszystko, żebym ja myślał, że on też bardzo mnie lubi?", "Miłosno-literacka przygoda, jak stosunek do Adolfa Rudnickiego, Jerzego Andrzejewskiego i ze starszych pisarzy Teodora Parnickiego ").
Urodzony na peryferiach Skierniewic, najmłodszy z piątki rodzeństwa w niezamożnej rodzinie, szybko odnalazł swe powołanie do czytania. Etap dziecięcych i młodzieżowych lektur ominął, od razu zabrał się za klasyków, nim skończył dziesięć lat, miał już za sobą "Próby" Montaigne'a. Od dzieciństwa o swych życiowych doświadczeniach potrafił myśleć wrażeniami z lektur. I tak, kiedy we wrześniu 1939 r. obserwował paniczny exodus ludności na wieść o zbliżaniu się Niemców, przypomniał sobie "Hermana i Dorotę", gdzie klasycznym heksametrem opisał Goethe ucieczkę mieszkańców Salzburga przed wojskami francuskim. A później? Czy ktoś, kto w dzieciństwie zachwycił się "Trylogią" Sienkiewicza, mógł nie wstąpić do Armii Krajowej?
Po pierwsze, nie masakrować
Studia na warszawskiej polonistyce rozpoczął Bereza w 1947 r., a choć zaraz potem zaczął się najbardziej ponury - również dla pisarzy i literatury - okres w naszej powojennej historii, on w tamtych czasach, jak mówi, "ludzi umysłowo zniewolonych nie znał". I ja mu wierzę, bo z jego opowieści wyłania się pewien styl życia - luzacki, artystowski - który nawet w czasach stalinizmu pozwalał jakoś tam unieważniać zniewolenie, bylejakość, wszechobecną PRL-owską mizerię. Jeśli zatem Bereza opowiada o uciążliwościach natury politycznej, dajmy na to problemach z cenzurą czy paszportem, zawsze jest to tło, nigdy plan pierwszy. "Nic mnie nie obchodzą i nie obchodziły żadne role polityczne" - to było jego motto przez całe życie, po dziś dzień zresztą.
Choć w początkach kariery zdarzały mu się recenzje miażdżące, dość szybko - jak opowiada - przestała go interesować "krytyka unicestwiająca". Zdecydował się na analizę połączoną z zachwytem. W byciu krytykiem literackim obowiązuje według niego ta sama zasada, co w medycynie: "po pierwsze, nie szkodzić". "Zajmowanie się literaturą - tłumaczy - jest zajęciem tak odpowiedzialnym, jak odpowiedzialność chirurga, który operuje żywe serce albo żywe oko".
Zachwycać się arcydziełami, chwalić klasyków, dowartościowywać pisarzy już uznanych - to jest działalność bezpieczna, ale Berezie nigdy to nie wystarczało: nie bał się lansować własnych literackich hierarchii w kategorii młody pisarz, a nawet debiutant (nie żebym często podzielała jego gusta, ale zawsze zachwyca mnie jego bezinteresowny upór w tej materii). Bez śladu fałszywej skromności cytuje Bereza, co na ten temat uważał Andrzej Kijowski: "On miał respekt dla mojej rzetelności, dla mojej cierpliwości w obcowaniu z polską literaturą współczesną".
Po drugie, lojalność
W czasach bezpardonowej tabloidyzacji mediów ktoś taki jak Bereza, od sześciu dekad uczestnik i obserwator tego, co w braku lepszego określenia możemy nazwać życiem artystycznej bohemy warszawskiej, to łakomy kąsek. Ale trudno się u niego pod tym względem pożywić, jest na to zbyt lojalny. Z jednej strony szczerość w odpowiadaniu na pytania, z drugiej - niedopowiedzenie. I nie są to wcale w wykonaniu Berezy pojęcia wykluczające się czy choćby przeciwstawne.
Komentując zabiegi dziennikarki, która wmawia mu romans z Markiem Hłaską, wyjaśnia z prostotą: "Od niemowlęctwa kochałem tych, z którymi nie łączyły mnie sprawy natury erotycznej czy seksualnej. To, co było miłością, i to niezależnie od płci tych, których kochałem, najczęściej nie wiązało się ze spełnieniami. Spełnienia, można powiedzieć, i to swobodne, były bez miłości".
Takich "dyskretnych wyznań" jest u Berezy więcej. Jego pisanie o znajomych i przyjaciołach, wszystkich związanych z literaturą, charakteryzuje czułość, delikatność i serdeczność (poświęca im dość obszerną część "Końcówki").
Świat według Henryka Berezy jest światem totalnie literackim i on sam jest postacią totalnie literacką. Przypominając mu, że jest ukrytym bohaterem minipowieści Janusza Głowackiego "Paradis", jego rozmówcy wyzwalają prawdziwą lawinę: Bereza wymienia długą listę pisarzy, którzy zadedykowali mu utwór, umieścili go w nim, odnieśli się do niego. Są na tej liście Jerzy Andrzejewski, Leopold Buczkowski, Marek Hłasko, Wiesław Myśliwski, Marek Nowakowski, Adolf Rudnicki, Edward Stachura, by wymienić najbardziej znanych.
Codziennie przez lata Henryk Bereza przychodził do redakcji "Twórczości" i toczył tam z Adamem Ważykiem rozmowy o literaturze. "Z nikim w życiu nie rozmawiałem o Kochanowskim tak istotnie, nawet z Zygmuntem Kubiakiem" - mówi. I dodaje, że kiedy po zawale przyszło mu leżeć kilka miesięcy w szpitalu w Aninie, do tych rozmów z Ważykiem o Kochanowskim, a też Mickiewiczu i Słowackim, bardzo tęsknił.
Jeśli miałabym klimat "Końcówki" Berezy z czymkolwiek porównywać, to z "Kwestią gustu" Adama Ważyka właśnie. Łączy ich bowiem ta sama zachłanność w lekturze, to samo poczucie, że jesteśmy tym, co przeczytaliśmy, i przekonanie, że liczy się tylko literatura.
Końcówki. Henryk Bereza mówi
Adam Wiedemann, Piotr Czerniawski
Korporacja Halart, Kraków
Źródło: Gazeta Wyborcza