Odbywający się od ponad 20 lat festiwal przyciąga filmowców "zaangażowanych", znajdujących tematy tam, gdzie nikt oprócz dziennikarzy pomóc już nie może. W rezultacie w Amsterdamie kino może się wydawać narzędziem wojującej publicystyki, a jednak filmy pokazywane na IDFA są odległe od wszelkich telewizyjnych "spraw dla reportera". Nawet w niedoskonałym duńskim
"Blood in the Mobile" ("Krew w komórce"), tropiącym powiązania zachodnich korporacji z bandyckim przemysłem z Konga, rozpoznać można rasowe kino dokumentalne. Reżyser Frank Poulsen próbuje dotrzeć do kontrolowanych przez bojówki kopalni rud cyny używanej do produkcji telefonów. Szefom korporacji próbuje zadać niewygodne pytanie: czy
Nokia kupuje kruszce z tych kopalni, de facto finansując paramilitarne bandy w Kongu? Co prawda Poulsen zapomina, że także film może się stać narzędziem opresji: w kopalni jeden z górników krzyczy w złości, by wyłączyć kamerę, ale zostaje zignorowany - dzięki temu powstanie przecież dodatkowy ciekawy materiał.
Jak wiele wyczucia trzeba było, by z materiałów, jakimi dysponowali twórcy
"You Don't Like the Truth - 4 Days Inside Guantánamo" (Nagroda Specjalna Jury) - a były to ledwie widoczne nagrania z przesłuchań służb specjalnych - zbudować dokument o nadużyciach władzy, a równocześnie tak bardzo zbliżyć widza do bohatera, który ani razu nie wypowiada się w filmie do kamery. Kanadyjski muzułmanin Omar Khadr miał w 2002 r. 15 lat, gdy niejasne interesy ojca wrzuciły go w sam środek zamachu w Afganistanie. Nie wiemy, czy Omar zabił żołnierza, o co został oskarżony (wszystko wskazuje, że tego nie zrobił) - istotna jest jednak nie jego wina, ale to, jak bardzo nie miała ona znaczenia w grze służb specjalnych. I znów jednak widać, jak w filmach kręconych w obronie praw człowieka pojawia się pokusa manipulacji i nadużyć. Patricio Henriquez i Luc Ceté w nagranie modlitwy bohatera wpletli komentarze jego współwięźniów, których zachwycał "anielski" głos Omara, niepostrzeżenie wykonując krok ku idealizacji bohatera.
Grand Prix otrzymał indonezyjsko-holenderski reżyser Leonard Retel Helmrich za kręcony w slumsach Dżakarty
"Stand van de sterren" ("Pozycja wśród gwiazd"). Jedna z bohaterek, nastoletnia Tari, marzy o telefonie Nokii. I może jeszcze o miłym chłopaku i fajnych wyjściach na miasto; tymczasem babcia Tari pokłada nadzieje w starannym wykształceniu dziewczyny. Jest gotowa na to oddać pod zastaw jedyny swój majątek. Film pokazuje życie rodzinne jak wielopiętrową, pełną niuansów fabułę. Bystrości obserwacji - sytuacji, ludzi, zwierząt, zdarzeń - towarzyszy intuicja i zwyczajna mądrość reżysera, dzięki którym udało się pokazać rodzinną sagę jako egzystencjalną metaforę.
Na trwającym 10 dni festiwalu nie zobaczyłam ani jednego słabego filmu. W pamięci pozostaną mi bohaterowie
"Marathon Boy" ("Mały maratończyk") Gemmy Atwal,
"The Hangman" ("Kat") Netalie Braun czy "Katka" Heleny T eštikovej: pierwszy to czteroletni maratończyk z Indii, drugi - skromny sefardyjski Żyd zmuszony do wykonania egzekucji na Adolfie Eichmannie, trzecia - obserwowana przez 12 lat narkomanka, która ze ślicznej dziewczyny przeobraża się we wrak człowieka. Nawet w sekcjach pozakonkursowych (tu trafił nowy film Marcina Koszałki "Deklaracja nieśmiertelności") znajdowały się filmy znakomite, jak brytyjski
"Donor Unknown" ("Dawca nieznany") Jerry'ego Rothwella: historia kilkunastu młodych ludzi, którzy odnaleźli się w internecie jako przyrodnie rodzeństwo - dzieci anonimowego dawcy nasienia.
Albo
"El Bulli - Cooking in Progress" Gereona Wetzela, w którym słynny hiszpański chef Ferran Adria zamyka restaurację. Jest czynna przez pół roku, przez pozostałe miesiące ludzie Adrii wymyślają awangardowe menu na kolejny sezon. Patrzymy na kucharzy, a raczej eksperymentatorów, jak pochylają się nad nierozpoznawalnymi kawałkami jedzenia i poddają je osobliwym procesom, włącznie z kąpielami w płynnym azocie. Oglądanie ludzi, którzy niczym mikrobiolodzy badają składniki i procesy prowadzące do określonego smaku, barwy, struktury, a nawet dźwięku dania, jest fascynujące. Celem barcelońskiego "laboratorium hedonizmu" jest - jak mówi Adria - poruszenie wszystkich zmysłów jedzącego. Twórcy "El Bulli" powściągliwie filmują proces twórczy, jakim może się stać
gotowanie - jednak chciałabym zobaczyć choć raz, jak niespodziewający się niczego gość degustuje Znikającego Pieroga albo Miętowe Jezioro Lodowe.