http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Amsterdam klasowych dokumentów

Barbara Kosecka, Amsterdam
2010-12-01, ostatnia aktualizacja 2010-11-30 19:58

Po seansach zakończonego w niedzielę Międzynarodowego Festiwalu Filmów Dokumentalnych w Amsterdamie (IDFA) reżyserzy wbiegali na scenę, by informować, jak pomóc bohaterom ich filmów, gdzie protestować, pod jakim adresem na Facebooku wpisywać komentarze. Jeżeli kino spełnia dziś misję społeczną, to właśnie tutaj.

Kadr z filmu
mat. prasowe
Kadr z filmu "Mały maratończyk"

mat. prasowe
"You Don't Like the Truth - 4 Days Inside Guantánamo"
ZOBACZ TAKŻE
Odbywający się od ponad 20 lat festiwal przyciąga filmowców "zaangażowanych", znajdujących tematy tam, gdzie nikt oprócz dziennikarzy pomóc już nie może. W rezultacie w Amsterdamie kino może się wydawać narzędziem wojującej publicystyki, a jednak filmy pokazywane na IDFA są odległe od wszelkich telewizyjnych "spraw dla reportera". Nawet w niedoskonałym duńskim "Blood in the Mobile" ("Krew w komórce"), tropiącym powiązania zachodnich korporacji z bandyckim przemysłem z Konga, rozpoznać można rasowe kino dokumentalne. Reżyser Frank Poulsen próbuje dotrzeć do kontrolowanych przez bojówki kopalni rud cyny używanej do produkcji telefonów. Szefom korporacji próbuje zadać niewygodne pytanie: czy Nokia kupuje kruszce z tych kopalni, de facto finansując paramilitarne bandy w Kongu? Co prawda Poulsen zapomina, że także film może się stać narzędziem opresji: w kopalni jeden z górników krzyczy w złości, by wyłączyć kamerę, ale zostaje zignorowany - dzięki temu powstanie przecież dodatkowy ciekawy materiał.



Jak wiele wyczucia trzeba było, by z materiałów, jakimi dysponowali twórcy "You Don't Like the Truth - 4 Days Inside Guantánamo" (Nagroda Specjalna Jury) - a były to ledwie widoczne nagrania z przesłuchań służb specjalnych - zbudować dokument o nadużyciach władzy, a równocześnie tak bardzo zbliżyć widza do bohatera, który ani razu nie wypowiada się w filmie do kamery. Kanadyjski muzułmanin Omar Khadr miał w 2002 r. 15 lat, gdy niejasne interesy ojca wrzuciły go w sam środek zamachu w Afganistanie. Nie wiemy, czy Omar zabił żołnierza, o co został oskarżony (wszystko wskazuje, że tego nie zrobił) - istotna jest jednak nie jego wina, ale to, jak bardzo nie miała ona znaczenia w grze służb specjalnych. I znów jednak widać, jak w filmach kręconych w obronie praw człowieka pojawia się pokusa manipulacji i nadużyć. Patricio Henriquez i Luc Ceté w nagranie modlitwy bohatera wpletli komentarze jego współwięźniów, których zachwycał "anielski" głos Omara, niepostrzeżenie wykonując krok ku idealizacji bohatera.



Grand Prix otrzymał indonezyjsko-holenderski reżyser Leonard Retel Helmrich za kręcony w slumsach Dżakarty "Stand van de sterren" ("Pozycja wśród gwiazd"). Jedna z bohaterek, nastoletnia Tari, marzy o telefonie Nokii. I może jeszcze o miłym chłopaku i fajnych wyjściach na miasto; tymczasem babcia Tari pokłada nadzieje w starannym wykształceniu dziewczyny. Jest gotowa na to oddać pod zastaw jedyny swój majątek. Film pokazuje życie rodzinne jak wielopiętrową, pełną niuansów fabułę. Bystrości obserwacji - sytuacji, ludzi, zwierząt, zdarzeń - towarzyszy intuicja i zwyczajna mądrość reżysera, dzięki którym udało się pokazać rodzinną sagę jako egzystencjalną metaforę.



Na trwającym 10 dni festiwalu nie zobaczyłam ani jednego słabego filmu. W pamięci pozostaną mi bohaterowie "Marathon Boy" ("Mały maratończyk") Gemmy Atwal, "The Hangman" ("Kat") Netalie Braun czy "Katka" Heleny T eštikovej: pierwszy to czteroletni maratończyk z Indii, drugi - skromny sefardyjski Żyd zmuszony do wykonania egzekucji na Adolfie Eichmannie, trzecia - obserwowana przez 12 lat narkomanka, która ze ślicznej dziewczyny przeobraża się we wrak człowieka. Nawet w sekcjach pozakonkursowych (tu trafił nowy film Marcina Koszałki "Deklaracja nieśmiertelności") znajdowały się filmy znakomite, jak brytyjski "Donor Unknown" ("Dawca nieznany") Jerry'ego Rothwella: historia kilkunastu młodych ludzi, którzy odnaleźli się w internecie jako przyrodnie rodzeństwo - dzieci anonimowego dawcy nasienia.

Albo "El Bulli - Cooking in Progress" Gereona Wetzela, w którym słynny hiszpański chef Ferran Adria zamyka restaurację. Jest czynna przez pół roku, przez pozostałe miesiące ludzie Adrii wymyślają awangardowe menu na kolejny sezon. Patrzymy na kucharzy, a raczej eksperymentatorów, jak pochylają się nad nierozpoznawalnymi kawałkami jedzenia i poddają je osobliwym procesom, włącznie z kąpielami w płynnym azocie. Oglądanie ludzi, którzy niczym mikrobiolodzy badają składniki i procesy prowadzące do określonego smaku, barwy, struktury, a nawet dźwięku dania, jest fascynujące. Celem barcelońskiego "laboratorium hedonizmu" jest - jak mówi Adria - poruszenie wszystkich zmysłów jedzącego. Twórcy "El Bulli" powściągliwie filmują proces twórczy, jakim może się stać gotowanie - jednak chciałabym zobaczyć choć raz, jak niespodziewający się niczego gość degustuje Znikającego Pieroga albo Miętowe Jezioro Lodowe.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':