"Żydówkę z pomarańczami" namalował Gierymski w czasie dla siebie szczególnym. W 1880 roku, po pięciu latach samotnego pobytu w Rzymie, wypełnionego katorżniczą niemal pracą, niedostatkiem, artystycznymi nadziejami i frustracjami, wyczerpany artysta wrócił do ojczyzny. 31 marca 1880 roku wysłał z Krakowa do siostry w Warszawie kartkę: "Carissima! Zostaję tu jeden dzień, pojutrze wyjeżdżam do Warszawy... Rzymem jestem terriblemente znudzony. Do Krakowa przyjechałem popatrzeć się na Żydów...".
W Warszawie miał Gierymski patrzeć na Żydów miesiącami. Przez najbliższe dwa lata pochłonął go motyw żydowskiej kobiety sprzedającej owoce południowe. Na rysunku z roku 1880 Żydówka jest stosunkowo młoda, stoi z dwoma koszami zwrócona do widza lewym bokiem. Na innym rysunku kredką ujęta z profilu kobieta siedziała, kosz stał u jej stóp. W rękach Żydówki pojawiła się robótka na drutach.
Na chronologicznie najwcześniejszym szkicu olejnym, też z 1880 roku, Pomarańczarka jest starą Żydówką, którą Gierymski miał unieśmiertelnić w dwóch arcydziełach - "Żydówce z pomarańczami", zrabowanej w czasie wojny z Muzeum Narodowego w Warszawie, i bardzo podobnej "Żydówce z cytrynami", znajdującej się w zbiorach Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu.
Wspaniałe studium, sygnowane ironicznie w lewym górnym rogu: "A. GIERYMSKI 80. IDIOTENBURG", jest ostatnią przymiarką do obu arcydzieł. Na tym szkicu stara kobieta, jakby skurczona pod ciężarem trosk, machinalnie snująca swe druciane robótki, patrzy prosto w oczy widza ze spopielałą już nadzieją na sprzedanie choć paru owoców.
"Żydówka z cytrynami" w Bytomiu i zrabowana z warszawskiego muzeum "Żydówka z pomarańczami" różnią się detalami, ale nie tym, co najważniejsze. Trud, gorycz istnienia, trwanie na przekór straconym złudzeniom są w cieniu wokół jej oczu, w zmarszczkach poradlonej twarzy, w opadłych kącikach ust. Oto człowiek - samotny, tragiczny, zniszczony, przygięty do ziemi, ale nie złamany. Piękny.
Prezent dla przyjaciela
Gierymski od razu wiedział, że namalował wspaniałe obrazy. "Żydówkę z pomarańczami" najpewniej podarował swojemu przyjacielowi Prosperowi Dziekońskiemu. Czterdziestoletni wówczas Dziekoński, weteran powstania styczniowego, pracował w naprawczych warsztatach kolejowych Drogi Żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej. Był typowym poszlacheckim inteligentem, którego fatalna sytuacja ekonomiczna zmusiła do utrzymywania się z pracy najemnej, ale nie zdołała zabić jego ambicji literackich.
I Prosper, i jego starszy brat Józef Pius Dziekoński, z czasem znany architekt, poznali w Warszawie około roku 1870 starszego brata Aleksandra Gierymskiego - Maksymiliana. Prosper Dziekoński miał wspólnych z Gierymskimi bliskich znajomych z kręgów młodych artystów, w tym braci Chmielowskich, Antoniego Sygietyńskiego, Stanisława Witkiewicza. Aleksander zawsze mógł liczyć na jego życzliwość i wsparcie. Antoni Sygietyński opracowany przez siebie, a wydany przez "Wędrowca" w roku 1886 "Album Maksa i Aleksandra Gierymskich" zadedykował: "Prosperowi Dziekońskiemu, przyjacielowi Gierymskich".
Wyjeżdżając do Wiednia, Gierymski zabrał ze sobą „Żydówkę z pomarańczami”. Zimą 1884 roku wystawił kilka dzieł na wystawie wiedeńskiego Kunstvereinu. W grudniu pisał do Prospera i Józefa Dziekońskich: „... »Żydówka « była może najlepszym obrazem, nie, jednym z najlepszych były pejzaże Aschenbachów. Diablo plastyczna i kolorowa. Być może, że przesadzam - ale w każdym razie, jeżeli kiedy na serio wrócę do malarstwa, to dla mnie pozostaną tylko duże albo średnie figury - nic pejzażu”. Pod piórem wiecznie niezadowolonego z rezultatów swej pracy Gierymskiego to ocena najwyższa z możliwych.
"Żydówkę z pomarańczami" na przełomie XIX i XX wieku nazywano "Przekupką z pomarańczami". Pod takim też tytułem zaprezentowano ten obraz na "Wystawie pośmiertnej śp. Aleksandra Gierymskiego w gmachu TZSP w Królestwie Polskim" w 1902 roku. W katalogu Zachęty umieszczono ją na pozycji 18.
Dziekoński zmarł w roku 1922. Kolekcję, wraz z "Pomarańczarką" i jej szkicową wersją, odziedziczyła jego jedyna córka Maria, zwana Mimi. I całą tę kolekcję wniosła Mimi do małżeństwa z inż. Ludwikiem Zagrodzkim, kolekcjonerem monet i wicedyrektorem Mennicy Państwowej. Brał on udział w tworzeniu Mennicy, a w 1928 roku został jej dyrektorem.
I w tym samym roku "Pomarańczarka" trafiła na sprzedaż do warszawskiego domu aukcyjnego Dom Sztuki. Był to bodaj najpoważniejszy warszawski dom aukcyjny zorganizowany jako spółka akcyjna. W skład jego zarządu wchodziły takie tuzy jak Hieronim Wilder, Mieczysław Rulikowski, Mieczysław Sterling czy Stanisław baron Dangel. Dom Sztuki prowadził zarówno aukcje, jak i sprzedaż komisową we własnej galerii, prócz tego oferował klientom odpłatne oceny obrazów i ich wyceny, a także udzielał pożyczek pod zastaw dzieł sztuki. Znany był z bliskiej współpracy z muzeami - ułatwiał im zakupy po zakończeniu licytacji, a nierzadko pośredniczył między właścicielami a zarządami muzeów.
Znawca losów, obyczajów i interesów międzywojennych sfer bankowych i numizmatycznych Lech Kokociński uważa, że powodem sprzedania obrazu mógł być awans inż. Zagrodzkiego na dyrektora Mennicy. - Zapewne po awansie czekały go spore wydatki reprezentacyjne w rodzaju nowej limuzyny - mówi Kokociński.
Zagrodzki był namiętnym kolekcjonerem, ale monet, nie malarstwa, i jeśli rzeczywiście musiał coś ze zbiorów sprzedać, niewątpliwie lżej mu było sięgnąć po obraz z posagu żony niż po swoje numizmaty.
Wszystkie drzwi wyłamane łomami
"Żydówkę z pomarańczami" kupiło w Domu Sztuki warszawskie Muzeum Narodowe za 9250 zł. Mimo niewielkiego spadku wartości złotego w 1928 roku była to suma bardzo poważna. Już jako własność muzeum obraz został pokazany na wystawie "Aleksander Gierymski", która zainaugurowała nowy gmach muzeum w 1938 roku.
Krótko po zajęciu przez Niemców Warszawy w gmachu muzeum zjawił się w towarzystwie gestapowców prof. dr Dagobert Frey z uniwersytetu we Wrocławiu, który od końca lat 30. pod pozorem nawiązywania w Polsce kontaktów naukowych zbierał informacje o dziełach sztuki, które miały być skonfiskowane. Towarzyszył mu inny historyk sztuki dr Josef Mühlmann, z pochodzenia Austriak. Prof. Frey wedle swych przedwojennych odręcznych notatek wskazywał w zbiorach muzeum dzieła do rekwizycji. "Żydówka z pomarańczami" Gierymskiego na szczęście nie wpadła mu w oko.
Pełnomocnik Hitlera do spraw tworzonego muzeum w Linzu dr Hans Posse zjawił się w okupowanej Polsce pod koniec listopada 1939 roku. W raporcie napisał: "...z wyjątkiem dzieł sztuki najwyższej rangi znanych nam już w Niemczech (tzn. ołtarza Wita Stwosza i panneaux Hansa von Kulmbacha z kościoła Mariackiego w Krakowie, Rafaela, Leonarda i Rembrandta ze zbiorów Czartoryskich) i kilku dzieł z Muzeum Narodowego w Warszawie nie ma tam wiele dzieł, które powiększyłyby niemiecką kolekcję wielkiego malarstwa...". "Żydówka z pomarańczami" znów uratowała się przed wywózką.
Bezpośrednio po kapitulacji Warszawy w gmachu Muzeum Narodowego pojawili się także konkurujący ze sobą hitlerowscy specjaliści od rekwizycji dzieł sztuki SS-Sturmbannführer Kai Mühlmann i prof. Peter Paulsen. Kai Mühlmann w ciągu paru miesięcy ukończył druk luksusowego katalogu zarekwirowanych w Polsce dzieł sztuki wydanego dla Hitlera. Także Mühlmann nie docenił arcydzieła Gierymskiego.
Płótno Gierymskiego, jak się wydaje, szczęśliwie przetrwało także w 1943 roku wywozy dzieł sztuki z Muzeum Narodowego do składnicy zrabowanych dóbr kultury urządzonej przez okupanta na Wawelu.
Źródło: Gazeta Wyborcza