http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Dom zwyczajnie niedoskonały

Paweł T. Felis
2010-09-18, ostatnia aktualizacja 2010-09-17 19:10

Od wczoraj w kinach "Matka Teresa od kotów" późnego debiutanta Pawła Sali - najlepszy, najdojrzalszy film tegorocznego festiwalu polskich filmów w Gdyni

Matka Teresa od kotów. Mateusz Kościukiewicz z prawej
Matka Teresa od kotów. Mateusz Kościukiewicz z prawej
Z kilku powodów debiut Sali kojarzy się ze słynnym "Długiem" Krzysztofa Krauzego: oba filmy odsłaniają okoliczności brutalnego morderstwa, oba wychodzą od autentycznej historii z pierwszych stron gazet. Przede wszystkim jednak każą spotkać się z przerażającym, a raczej przerażająco swojskim złem, które i u Sali, i u Krauzego ma twarz sympatycznego przeciętniaka zmieniającego się na naszych oczach w terroryzującego wszystkich demona. Demona, który w "Długu" zostaje zabity, a w "Matce Teresie " zabija.



W antykryminale Pawła Sali dowiadujemy się o tym na samym początku, kiedy policja aresztuje dwóch braci - 20-letniego Artura (Mateusz Kościukiewicz) i kilka lat młodszego Marcina (Filip Garbacz). Uciekli do niewielkiego motelu prowadzonego przez zaprzyjaźnioną z ich rodziną panią Krysię (Ewa Szykulska). W domu, w szafie cuchnącego pokoju, zostawili owiniętą w folię odciętą głowę własnej matki. Zabili ją pięć dni wcześniej.

Odwrócenie perspektywy

Brutalne matkobójstwo - według policyjnych statystyk zbrodnia niesłychanie rzadka, łamiąca ostatnią regułę współczesnego świata bez zasad - jest tu tylko punktem wyjścia. Fabułę Sala opowiada bowiem na wspak: gdy już poznamy tragiczny finał, razem z bohaterami cofamy się o dzień, dwa, tydzień, miesiąc, wreszcie rok. Ten prosty w gruncie rzeczy zabieg (tylko w naszym kinie, które formalnie przypomina grzeczne czytanki dla dzieci, uznać go można za rewolucyjny) genialnie odwraca jednak perspektywę: film Sali skupia się nie na pytaniu, dlaczego bracia zamordowali matkę (tego nie dowiemy się do końca), ale dlaczego matka weszła w rolę ofiary.

Żeby to sprawdzić, poprzez kolejne retrospekcje reżyser coraz głębiej zanurza się w codzienność domu, w którym tytułowa Teresa i jej synowie zabójcy mieszkali przez lata. Domu skąpanego w szarościach, dziwnie wypłowiałego, jakby przeniesionego z lat 80., chociaż współczesnego - żywe kolory pojawiają się w filmie bodaj raz, podczas sylwestrowej nocy, gdy cała rodzina odpala na dachu fajerwerki.

Jest to właściwie dom bez ojca: zawodowy żołnierz Hubert (Mariusz Bonaszewski) po wielu miesiącach w Afganistanie z trudem odnajduje się po powrocie do domu, a w końcu wyprowadza od żony i dzieci. Jest to też rodzina z nieobecną właściwie matką (Ewa Skibińska) - rzadko uśmiechającą się agentką ubezpieczeniową, miłośniczką kotów, które wynajduje na ulicy (ma ich pewnie kilkanaście), przyglądającą się dorastającym synom z bezradnym niedowierzaniem. W rolę gospodyni domowej wchodzi więc młoda kuzynka Ewa, ojca chce nieudolnie zastąpić syn Artur.

A jednak psychologiczne wytrychy do sytuacji w rodzinie Bielickich mają się nijak. Owszem, Hubert jest wobec Artura obcesowy, protekcjonalny, jakby szukał pretekstu, by chłopaka upokorzyć. Teresa nie ma pojęcia, jak zachowywać się wobec syna, który stał się nagle dorosłym facetem. Ale w tym bardzo zwyczajnie niedoskonałym domu (Ewa: "Czasem wyglądali tak, jakby się nawet kochali") rozgrywa się coś jeszcze - jakaś erotyczno-duchowa gra, niewytłumaczalny racjonalnie pojedynek o ciało i duszę, który przegrają wszyscy.

Fantazmaty bezradności

Na tym właśnie polega finezja świetnej reżysersko "Matki Teresy " - Paweł Sala buduje świat absolutnie realistyczny i wiarygodny (w polskim kinie, które współczesność nieudolnie udaje, to rzadkość), nie ucieka w groteskę, a jednak z tego "czarnego" dramatu w typie "Cześć, Tereska" Glińskiego wyciąga znacznie więcej, jakby samym nasyceniem gęstych emocji chciał realizm rozsadzić.

Mam wrażenie, że nie tylko tytuł filmu nawiązuje do słynnej "Matki Joanny od aniołów". Kostiumowe arcydzieło Kawalerowicza zaludniały postaci symbole, które tytułową przełożoną klasztoru i zakochanego w niej egzorcystę wprowadzały w swoisty teatr opętania, spektakl pożądania i szaleństwa. Ten sam spektakl rozgrywa się w "Matce Teresie od kotów", nawet jeśli nie przemawiają tu przez nikogo demony, nie straszą stosy i czarne świnie, nie pojawiają się anielscy pasterze. "Nie ma żadnych aniołków" - mówi Teresa kilkuletniej córce, która chce wyjaśnienia, co stało się z nieżywym kotem Tycjanem.

A jednak i ona wierzy w to, że nie wszystko da się logicznie wytłumaczyć. W synu Arturze widzi kogoś, kto potrafi "sprowadzać sny" i "wpływać na cudze myśli" ("jak to możliwe? Przecież to szaleństwo!"). Wierzy w to również sam Artur, który twierdzi, że nauczył się "przekazywać energię", że może przewidywać przyszłość (np. to, że za chwilę wywróci się w restauracji kelnerka), rozpoznaje na odległość, co robi matka i gdyby chciał, mógłby nawet zwrócić życie zmarłej ciotce ("ratuje" za to chorego kota). Zbiór przypadków? Psychiczna manipulacja? Demoniczna, nadnaturalna siła?

W przeciwieństwie do "Długu", w którym szatańska władza Gerarda była rozbrojonym w finale złudzeniem, w "Matce Teresie " Artur do końca pozostaje tajemnicą. Sala sugeruje, że to bezradność każe nam zastępować wiarę pustym religijnym gestem - jak w przypadku Teresy, która w akcie desperacji szuka ratunku w zamkniętym kościele, daje na mszę za rodzinę i idzie na pielgrzymkę. Z drugiej strony "szatańska" władza Artura, który zamierza "studiować parapsychologię", to coś więcej niż cynicznie zakładana maska - jakby machina, którą rozkręcił 20-letni chłopak, okazała się od niego silniejsza, niezależna, niemożliwa do kontrolowania.

"Złe" pożądanie

Cały film zasadza się właściwie na rewelacyjnej roli Mateusza Kościukiewicza (razem z Filipem Garbaczem uznanego za najlepszego aktora tegorocznego festiwalu w Karlowych Warach). We "Wszystkim, co kocham" Borcucha Kościukiewicz grał magnetycznego, nastoletniego buntownika, po omacku stąpającego po "dorosłym" gruncie. W "Matce Teresie " wciąż jest uwodzicielski i nonszalancki, ale jednocześnie w spojrzeniu, w twarzy, każdym ruchu ma coś nieludzkiego: jakiś szatański i zarazem anielski błysk.

W oczach matki Artur to demon, dla którego nie ma ratunku (Teresa próbuje ratować jedynie Marcina zapatrzonego w starszego brata jak w obraz) - w oczach widza (i samego Artura) to raczej postać w stanie permanentnej walki, na przemian kat i ofiara, mężczyzna i dziecko, mroczna siła i cielesna słabość.

Ta walka podszyta jest wyraźnie, zresztą podobnie jak u Kawalerowicza, seksualnym napięciem, erotyczną gorączką, która nie potrafi znaleźć ujścia. W jednej ze scen Artur chce "uleczyć" matkę z bólu kręgosłupa, zaczyna ją masować, erotycznie dotykać, wreszcie agresywnie dusić. Podobnie zachowuje się wobec brata: wchodzi na przykład do łazienki, gdy Marcin bierze prysznic, zaczyna grozić mu nożem, zresztą tym samym, którym zabili wcześniej matkę.

"Nie tylko znęca się nad nami fizycznie, ale molestuje nas seksualnie" - mówi Artur o ojcu i grozi, że pójdzie z tym na policję. Nie wiemy, czy mówi prawdę, czy może zmyśla, wiemy jedynie, że cały dom przesiąknięty jest w filmie "złym" erotyzmem, niewypowiedzianym napięciem między członkami rodziny, którzy duszą się z nadmiaru wypieranego pożądania.

"Rwie się życia przędza"

Kilkakrotnie powraca w "Matce Teresie " znaczące ujęcie: nieruchoma kamera w rogu mieszkania Bielickich przygląda się domownikom jak zza zabrudzonego, pękniętego lustra. W świetnych zdjęciach Mikołaja Łebkowskiego, w błyskotliwym montażu przewija się zresztą sugestia, że ktoś na to wszystko patrzy. Kto?

Parę razy pojawia się w filmie pani Krysia, postać realna, ale będąca kimś w rodzaju pośrednika między światem żywych i umarłych: to ona jest świadkiem aresztowania obu braci, to ona spotyka Teresę w szpitalu, gdy umiera jej "ciotka-mama". Powraca też twarz milczącego sąsiada, który parokrotnie mija bohaterów na klatce, a w końcu stanie się policjantem, który eskortuje ich do więzienia.

Wszelkie symboliczne znaki Paweł Sala konsekwentnie zaciera, ubiera w cudzysłów, racjonalnie tłumaczy: zawodzący szaman okazuje się bohaterem nagrania w studiu radiowym, podobnie jak kobiety płaczki, które rozbijają trzymającą się ziemi narrację ludowym śpiewem: "Żegnam cię, mój świecie wesoły/już idę w śmiertelne popioły/rwie się życia przędza/śmierć mnie w grób zapędza".

Paradoksalnie jednak ten uciekający od wszelkiej metafizyki film, przez który przewija się wątek brutalnego umierania kotów i ludzi, postaci realnych (na wojnie w Afganistanie) i tych z gry komputerowej (gdzie można być "terro" albo "anty"), za pomocą logicznych znaków potrafi zbudować tajemnicę bezradnie czystą, niepotrzebującą moralizatorskich wyjaśnień ani pretensjonalnych dopowiedzeń.

Wszystko to w obrazie 52-letniego debiutanta, cenionego dramaturga z wieloletnim doświadczeniem w teatrze ("Gang Bang", "Od dziś będziemy dobrzy", "Mortal Kombajn"), który o swoją pierwszą fabułę walczył od lat. Dziś widać jeszcze wyraźniej niż w maju, że kompromitujący werdykt tegorocznego jury w Gdyni, które "Matkę Teresę..." całkowicie zignorowało, w niczym Pawłowi Sali nie zaszkodził. To my zyskaliśmy nie dobrze zapowiadającego się filmowca, ale dojrzałego twórcę, którego mocna reżyserska osobowość zaznaczy się w polskim kinie jeszcze nieraz.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    21 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':