Zachęcamy do głosowania na najlepszą książkę tegorocznego finału. Głosy z krótkim uzasadnieniem prosimy przysyłać na adres: Nagroda Literacka "Nike", ul Czerska 8/10, 00-732 Warszawa, lub mailem: nagrodanike@gazeta.pl. Nagrodą dla autora najciekawszego uzasadnienia będzie voucher turystyczny o wartości 4 tysięcy złotych.
Wywiady ze wszystkimi nominowanymi do nagrody, prezentacje książek, rozmowa z Iwoną Smolką, członkinią jury - w specjalnym serwisie poświęconym Literackiej Nagrodzie Nike.
Izabela Klementowska: Chwaląc pana opowiadania, Kazimiera Szczuka powiedziała, że jest pan Chaplinem polskiej literatury. Dodała jeszcze: typem zgorzkniałego, wściekłego faceta. Janusz Rudnicki: Chaplin? Prędzej chyba Harold Lloyd. Wiszący na wskazówkach zegara. Albo Groucho Marx, z jego anarchią. Albo wszyscy bracia Marx razem.
Zgorzkniały i wściekły? Jakiś rodzaj neurastenii prędzej niż wściekłość, ale zgorzkniały? Nie. Jaki mógłbym mieć ku temu powód? W sumie przecież jest dobrze.
To napis na murze, którego nie zapomnę. Przyjechałem do kraju w '89, Kędzierzyn-Koźle. Polska wyglądała wtedy jak olana moczem bezpańskich psów chata wuja Toma. No i na ścianie w środku miasta napis: "Jest dobrze!". Ja bym to jeszcze podrasował, na: "Jest, kurwa, w pytę!".
Dlaczego wyjechał pan z Polski, skoro jest tak dobrze? Zaraz wyjechałem! Skoczyłem sobie na parę lat za Odrę i wróciłem. No dobra, byłem internowany, fakt. Pretensji do nikogo nie mam, dlaczego? Chcieliśmy rozwalić system za pomocą konia trojańskiego w postaci "Solidarności". Albo my, albo oni. Gdybyśmy wtedy mogli ich internować, to też byśmy ich internowali.
Wyjechałem w '83, w marcu. Ale nie dlatego, że byłem internowany. Ten stan to nie był przecież aż taki wojenny, a reżim komunistyczny nie aż taki reżim. Tutaj przecież Rumunii, a nawet enerdowcy i Czesi powinni się obrazić, bo to jakaś sezonowa wyprzedaż słów.
Dlaczego więc? Bo żyłem na prowincji. Bo nigdy nie byłem na mitycznym Zachodzie. Bo wtedy niemożliwym było przenieść się do dużego miasta, mieszkań nie było. Wyjechałem nie z powodów politycznych, ale obyczajowych. Do Niemiec wyłącznie dlatego, że one kraju blisko. I że prędzej czy później będę mógł przyjeżdżać. I trwa to moje tam i z powrotem po tęczy.
Pamiętam, jak stałem w sklepie przed słoikami, w których leżały w wodzie obrane ziemniaki. Pamiętam pierwszy zakup. Poszedłem po pół chleba do piekarni. Przez całą drogę i w kolejce powtarzałem sobie: "Ein halbes Weissbrot, bitte". Wydukałem, dostałem tę połówkę chleba i uśmiecham się szeroko, a ekspedientka mówi: "Außerdem?" ("A poza tym?"). A ja nic, dalej ten uśmiech, taki ze strachu debilnie przyjazny, a ona dalej: "Außerdem?". A ja z tymi zębami na wierzchu, jak koń, który mówi, więc domyśliła się w końcu, że koń się najadł i nic więcej nie chce.
Pomagałem chłopce sprzedawać warzywa na targu. Dostawałem za to jakieś pieniądze i wór warzyw. I z tym worem na plecach wracałem do domu. W zimie, jak Dziadek Mróz. To była moja pierwsza praca.
Teraz często bywa pan w kraju. Co by pan w nim zmienił? Przekłułbym balon tego anachronicznego wzdęcia patriotycznego. Uleciałyby z niego wszystkie narodowe, ksenofobiczne i ultrakatolickie gazy. W pizdu w przestworza.
Polskość boli? Przejmuje. Irytuje. Trapi. Mierzi. Poza tym ja mówię, a ta Polska mnie w ogóle nie słucha.
A nie przeszkadza panu, że Polacy lubią, gdy się innym nie udaje, marudzą, z nosem na kwintę chodzą? Ja nie znam w zasadzie tego "polskiego malkontenctwa". Spotykam się z tyloma ludźmi i nikt prawie nie "myrczy", jak mówią Czesi, a wręcz przeciwnie. Przy czym, umówmy się, mówię o ludziach z wielkomiejskich kręgów.