Z zalewu filmów ukazujących w manierze dokumentalnej upadek człowieka i kryzys cywilizacji, filmów, które nazwałem na własny użytek "prosektoryjnymi", bo powracały w nich obrazy martwych ciał i sekcji zwłok, jury pod przewodnictwem Quentina Tarantino wybrało te, które tworzą metaforę, wciągają widza do
gry.
W czasie festiwalu narzekaliśmy na jego super niszowy charakter, nagromadzenie filmów szokujących, które widz musiał dosłownie przechorować. Spośród nich wyróżniała się chińska "Jama" Wang Pinga - o więźniach chińskich obozów pracy w czasach rewolucji kulturalnej. Typowano ją na zwycięzcę. Jednak Złoty Lew przypadł nieoczekiwanie, choć zasłużenie, Sofii Coppoli.
"Somewhere" jest ironiczną komedią o kilku dniach z życia gwiazdora filmów akcji. Dla celebryty, którego
gra - będąc po części sobą - hollywoodzki aktor Stephen Dorff, momentem prawdy jest spotkanie z 11-letnią córką. Jak w "Między słowami", Coppola buduje film z pustych momentów. I jak tam, za pomocą minimalnych środków tworzy przejmujący, a zarazem nieodparcie śmieszny film o niespełnieniu i oczekiwaniu. Ale też o pokrewieństwie dusz. Ojciec i córka z rozwiedzionego związku są do siebie w gruncie rzeczy podobni. Kiedy są razem, przypominają dwoje dzieci. On też w przeszłości musiał być cudownym dzieckiem, jak jego córka, która "tańczy, śpiewa, recytuje". Tylko że ona robi to jeszcze bezinteresownie, dla sztuki, podczas gdy on stał się towarem na sprzedaż. Na zewnątrz pełni funkcję idola, w rzeczywistości jest przedmiotem przestawianym z miejsca na miejsce, pogardzanym.
Widzimy go podczas kampanii promocyjnej. Ulokowany w
luksusowym hotelu, zapełnia martwy czas zabawami przy barze i w łóżku. Zasypia podczas występów go-go girls wykonujących w jego pokoju program ze składaną rurą. On sam w pewnym sensie jest taką "go-go girl", beznamiętnie wykonując kolejne punkty programu. Zdjęcia do tabloidu z rzekomą flamą, z którą w rzeczywistości nic go nie łączy; wizyta podejrzanego masażysty-jogina; konferencja prasowa, podczas której nie musi nic mówić (nie ma zresztą nic do powiedzenia); odbieranie nagrody "za całokształt" na jakimś idiotycznym włoskim festiwalu.
Wszystkie te wydarzenia, oglądane od kulis, stanowią ciąg pozbawionych sensu, pustych momentów, które wsysają bohatera. Pojawianie się córeczki jest momentem prawdy. Zapełnia pustkę, a równocześnie budzi bolesną frustrację. Dzieje się tak nie dlatego, że dziewczynka demaskuje ojca - przeciwnie, jest nim zachwycona, niczego poza nim nie widzi, jest szczęśliwa, że mogą być razem. Ona też przeżywa swoją pustkę, gdy jest bez ojca, a z kolei on widzi w niej jak w lustrze swoją własną samotność. Ukryta ironia tego filmu polega na tym, że córeczkę gra dziecięca hollywoodzka gwiazda, Elle Fanning, znana m.in. z filmu "Babel", debiutująca w wieku trzech lat, nie mniej sławna niż jej ekranowy tata.
Ten bezpretensjonalny film odwołuje się do sentymentów dobrze znanych z kina. Było wiele inteligentnych filmów o kulisach show-businessu (np. "Celebrity"), były też filmy o spotkaniu mężczyzny i dziewczynki (pamiętny "Papierowy księżyc"). Sofia Coppola, nie uderzając w wielki dzwon, dotknęła "między słowami" tej smutnej komedii czegoś, co dotyczy współczesnej kultury, jej zrutynizowania, poczucia permanentnego niedosytu. Miał je także uczestnik festiwalu weneckiego. Codziennie w drodze na seans wbiegałem do budynku dawnego Kasyna, gdzie niegdyś święcili triumfy: Fellini, Pasolini, Antonioni, Visconti, Olmi, Kurosawa, Rohmer, Kieślowski, Zanussi. Słuchałem jałowych konferencji prasowych i wyjmowałem z kasetki sterty press-kitów, czekając na spełnienie, którego nie było.
Dwa konkursowe filmy wyróżniono podwójnie: "Essential Killing" Jerzego Skolimowskiego (Nagroda Specjalna Jury i Puchar Volpi dla Vincenta Gallo za najlepszą rolę męską) oraz hiszpańską "Balada triste de trompeta" Aleksa de la Iglesia ("Smutna ballada na trąbkę" - Srebrny Lew za najlepszą reżyserię i nagroda za najlepszy scenariusz).
Obaj reżyserzy odnoszą się w swoich filmach do polityki i historii - Skolimowski do wojny afgańskiej, de la Iglesia do hiszpańskiej wojny domowej. Ale nie są to filmy polityczne ani historyczne. Może dlatego spodobały się reżyserowi "Bękartów wojny"? Oba filmy - hiszpański i polski - są przypowieściami pozwalającymi odejść od stereotypowego obrazu walczących stron, dotknąć absurdu wojny, którą de la Iglesia w swojej "Balladzie" nazywa "cyrkiem".
Ucieszyłem się, że Wenecja nagrodziła Skolimowskiego. Dwa lata temu w Gdyni przy "Czterech nocach z Anną" jury nie umiało docenić świetnego powrotu reżysera uprawiającego kino, o którym w Polsce zapomnieliśmy - będącego połączeniem perfekcji i intuicji, wchodzącego na teren nierozpoznany, jak na pole minowe. Bardzo brakuje nam takiego kina. "Essential Killing" to film dziwny ("bizarre" - mówiono w Wenecji), wprowadzający widza w błąd, zmuszający (na ile skutecznie?) do wyjścia poza kategorie: swój - obcy, ofiara - prześladowca. W pierwszych scenach, dziejących się w niesamowitych skalnych wąwozach, w symbolicznym labiryncie wojny, Amerykanie i samotny talib obchodzą siebie w kółko, wzajemnie przed sobą się broniąc i na siebie polując. Kamera jest na przemian po obu stronach. Gdyby ten film został zrealizowany tuż po straszliwym 11 września, można by przypisać mu zdanie Susan Sontag, które wywołało w świecie burzę - o tym, że terroryści nie byli tchórzami, że byli na swój sposób odważni.
"Essential Killing" to film całkowicie wyprany z nienawiści. Nie pasują do niego żadne ideologiczne ani religijne hasła, które dzielą ludzi i wywołują społeczną nienawiść. Ucieczka, którą oglądamy, i której siłą rzeczy sekundujemy, jest aktem niemożliwym. Nie zobaczymy jej rezultatu - tylko biel śniegu. Ale właśnie to, co niemożliwe, imponuje. W polskim kinie od dawna nikt nie chwytał się za rzeczy niemożliwe. Dlatego wenecki sukces Skolimowskiego jest tak ważny - niezależnie od tego, że gdy ogląda się "Essential Killing", mnożą się pytania, że bezstronność budzi opór, że chwilami ma się wrażenie, jakby reżyser zastawiał na nas pułapkę, mieszając obrządki i zmuszając do rozszyfrowywania siatki symboli, do których nie mamy klucza.
Ciekawy także jest status tego filmu: niszowy, a równocześnie pełen rozmachu, jak z "kina akcji", prosty i zarazem enigmatyczny.
Hiszpańska "Smutna ballada na trąbkę" rozpięta między czasami wojny domowej a końcem epoki Franco również jest filmem, który miesza szyki i style, przechodząc od realizmu do fantasmagorii. Zaczyna się realistycznym epizodem z wojny domowej, ale już animowana czołówka (po której w kinie wybuchły brawa) będąca kolażem zdjęć z epoki stawia na równi w swoim okrucieństwie obie walczące strony.
Jest rok 1937. Oddziały republikańskie wdzierają się na przedstawienie cyrkowe dla dzieci. Cyrk staje się linią frontu. Upokorzony przez oficera apolityczny klaun musi stanąć do walki. Ale równocześnie jego strój sprawia, że wojna upodabnia się do cyrku.
W tej "groteskowej tragedii" - jak nazywa swój film reżyser należący do gatunku filmowców bliskich Tarantino, mający na swoim koncie pastiszowe horrory i western - alegorią Hiszpanii staje się cyrk. O akrobatkę rywalizują dwaj klauni. Ich walka przybiera monstrualne, okrutne kształty. W finałowej wizji przenosi się na gigantyczny krzyż pojednania wystawiony przez Franco na cmentarzu poległych w wojnie domowej. On teraz staje się terenem akrobatycznej, krwawej rozprawy - jak niegdyś u Hitchcocka skalne głowy prezydentów amerykańskich.
De la Iglesia mówi tym filmem: walka wciąż trwa. Ale prawdziwa wojna nie toczy się już między ideologiami. Dwie strony tej wojny przedstawia dwóch związanych ze sobą klaunów. Jeden z nich jest okrutny, mówi: "Gdybym nie był klaunem, byłbym mordercą". Drugi jest smutnym, białym klaunem, tym, który zawsze jest bity. On powinien zwyciężyć. Przytłoczony i nieco zdezorientowany alegoryczną treścią tej tragicznej bufonady, ale też zafascynowany jej rozmachem, wiem jedno: nie ma takiej narodowej czy religijnej świętości, która nie mogłaby stać się przedmiotem symbolicznej gry, kina, karnawału.
Złoty Lew - "Somewhere", reż. Sofia Coppola (USA);
Srebrny Lew za najlepszą reżyserię - Alex de la Iglesia za film "Balada triste de trompeta" (Hiszpania, Francja);
Nagroda Specjalna Jury - "Essential Killing", reż. Jerzy Skolimowski (Irlandia, Norwegia, Polska, Węgry);
Puchar Volpi za najlepszą rolę męską: Vincent Gallo ("Essential Killing");
Puchar Volpi za najlepszą rolę kobiecą: Ariane Labed ("Attenberg", reż. Athina R. Tsangari, Grecja);
Nagroda im. Mastroianniego dla młodego aktora: Mila Kunis ("Czarny łabędź", reż. Darren Aronofsky, USA);
Najlepszy scenariusz: Alex de la Iglesia ("Balada triste de trompeta");
Najlepsze zdjęcia: Michaił Kriczman ("Owsjanki" ("Trznadle"), reż. Aleksiej Fedorczenko, Rosja);
Lew Specjalny dla "wielkiego autora kina": Monte Hellman;
Lew Przyszłości za najlepszy debiut: "Cogunluk" ("Większość") - reż. Seren Yuce, Turcja (sekcja Venice Days);
Nagroda krytyków FIPRESCI: "Owsjanki" ("Trznadle") - reż. Aleksiej Fedorczenko, Rosja.