Gdybym był fundamentalistycznym obrońcą tradycyjnych wartości, musiałbym protestować niemal po każdym filmie weneckiego festiwalu. Co by na przykład powiedział przerażony widz z kraju "obrońców" krzyża, oglądając japońską "Cold Fish" ("Zimną rybę") - horror pokazywany tu w sekcji "Horyzonty"? "Lśnienie" Kubricka wydaje się przy tym filmie bajką o Jasiu i Małgosi. Oto sekwencja rozgrywająca się w opuszczonej katolickiej kaplicy, pod krucyfiksem: seryjny zabójca w towarzystwie kochanki przywozi tam nocą zamordowane ofiary i do rana przy blasku świec, w obecności potrzaskanych kościelnych figur pracowicie "likwiduje" zwłoki, oddzielając ciało od kości, jakby przyrządzał sushi. Widownia festiwalowa wcale się tym nie gorszy, słychać śmiech, choć niejednemu zbiera się na wymioty.
Zabójca jest właścicielem sklepu z drapieżnymi rybami. Przypadkiem - nie przypadkiem, jak to w horrorze, poznaje bohatera filmu.
Nieznajomy, który jest wcielonym diabłem, pozwoli mu skonfrontować się z najgorszą prawdą o sobie i swojej rodzinie. Słabeusz, wzmocniony wyrzuceniem z siebie tej "prawdy", w końcu zaatakuje samego diabła. Ale atakując go, automatycznie wchodzi na jego miejsce. Więc nie ma wyjścia z pułapki zła? Gnostycki horror Sono Shiona kończy się obrazem widzianej z kosmosu kuli ziemskiej i rozpaczliwym okrzykiem mężczyzny zalanego własną i cudzą krwią: życie jest bólem!
Ciężka sprawa - to już piąty film na tym festiwalu, który każe mi obserwować z bliska ludzkie zwłoki lub być świadkiem sekcji. Po rosyjskich "Owsiankach" i chilijskim "Post mortem" scena prosektoryjna znalazła się także w "Czarnej Wenus" Abdellatifa Kechiche'a i "Obietnicach pisanych na wodzie" Vincenta Gallo (scenariusz, reżyseria, zdjęcia, montaż, rola główna) - nieznośnie narcystycznym, amatorskim filmie, który nie wiadomo jakim sposobem znalazł się w konkursie.
Obsesyjnie powracający obraz martwego ciała każe myśleć o symbolicznej "śmierci człowieka", o kryzysie dawnych wyobrażeń religijnych, według których człowiek jest nosicielem Boga. Natrętne obrazy raz wydają się przejawem dehumanizacji, kiedy indziej stają się protestem przeciwko niej, upomnieniem się o człowieka, jak w arcydziele tego konkursu, filmie sięgającym granic wytrzymałości widza, lecz w rezultacie bardzo ludzkim, współczującym - chińskiej "Jamie" Wang Pinga, gdzie paradokumentalne odtworzenie życia w chińskich obozach pracy lat 60. układa się w kształt wielkiej metafory.
Tak czy inaczej motywem przewodnim weneckiego festiwalu jest monotonne i namolne oskarżanie cywilizacji.
Wszyscy jesteśmy rasistami "Czarna Wenus", bohaterka francuskiego filmu Kechiche'a, jest postacią historyczną. Nazywała się Saartjie Baartman i pochodziła z Południowej Afryki. W początkach XIX wieku była atrakcją music-halli i paryskich salonów. Biały menedżer podczas specjalnego "show" demonstrował ją jako kobietę zwierzę przywiezioną prosto z buszu.
Baartman znakomicie grała rolę dzikuski. Trzymana na obroży i łańcuchu, z rykiem rzucała się na zafascynowaną publiczność, po czym wykonywała plemienny taniec, a na koniec piła szampana. Musiała pozwolić się dotykać i ujeżdżać. Skończyła w burdelu, zmarła na chorobę weneryczną. Budową jej ciała interesował się słynny anatom Georges Cuvier z Akademii Medycznej, szukając podobieństw Hotentotki do małpy. Jednak Saartjie czuła przed naukowcami wstyd większy niż przed klientami domu publicznego. Nie pozwoliła zbadać swoich narządów rodnych - stało się to możliwe dopiero po jej śmierci. Szkielet i preparaty jej ciała do niedawna można było oglądać w paryskim Musee de l'Homme. W 1994 roku Nelson Mandela upomniał się o szczątki Saartjie. Wyprawiono jej uroczysty pogrzeb w miejscu urodzenia.
Dla francusko-arabskiego reżysera los Saartjie stał się modelowym przykładem opresji - rasowej i seksualnej - będącej naturalnym składnikiem cywilizacji. Film "Czarna Wenus" w sposób dokumentalny, niemal w skali 1:1, odtwarza spektakle z udziałem Saartjie, jak również późniejszy "teatr anatomiczny" dla słuchaczy Akademii. Widz filmu zostaje postawiony w sytuacji tamtych widzów. Zachowując dystans, równocześnie, chcąc nie chcąc, ulega fascynacji. Czy w jakiejś mierze wszyscy jesteśmy rasistami? Tak, to właśnie jest ludzkie - podpowiada "Czarna Wenus".
Kechiche nie osładza tego wniosku żadnym humanistycznym przesłaniem, jak niegdyś Truffaut w swoim wspaniałym "Dzikim dziecku", gdzie również odtwarzał naukowy eksperyment sprzed dwóch wieków. Chciałoby się powiedzieć, że film Kechiche'a budzi solidarność z bohaterką - ale nie, Saartjie pozostaje obca. To raczej psychoanaliza widza, przyłapująca mnie na tym, co chciałbym z siebie wyprzeć. Jeszcze jeden przykry film, programowo manifestujący nieufność wobec człowieka.
Sen o pięknej śmierci "Chciałem, żebyś doznał wrażenia piękna tam, gdzie się go nie spodziewasz - mówi w przesłaniu do widza Miike Takashi, "japoński Tarantino", reżyser "13 zabójców", remake'u samurajskiego filmu z lat 60. - Zrobiłem film o przemocy, przedstawiający sam kwiat życia i śmierci. Prosty, radykalny, piękny". Trudno nie przyznać mu racji.
Samuraje są wprawdzie w tytule nazwani "zabójcami", ale walczą - jak u Kurosawy - w słusznej sprawie, by ukarać sadystycznego pana, który sprawił "totalną masakrę" biednym ludziom. Intrygujące w tym filmie jest zawahanie między tradycją a nowoczesnością, między honorową walką na miecze a chwytami z kina akcji. Rzecz dzieje się w XIX wieku, pod koniec szogunatu i ery samurajów, u progu nowoczesności. To, co oglądamy, jest snem o pięknej samurajskiej śmierci. "Co za elegancja w samotnej walce!" - podziwia pojedynkujących się rycerzy samuraj arystokrata. Za chwilę sam - dosłownie - straci głowę, ale przed śmiercią zdąży jeszcze wyszeptać: "To najbardziej ekscytujący dzień mojego życia!".
Miike Takeshi składa hołd tamtej kulturze, zarazem biorąc ją w cudzysłów. Raz po raz łamie pieczołowicie odtworzoną konwencję samurajskiej epiki, każąc swoim bohaterom zwracać się niemal wprost do widza z ironicznym komentarzem - jak ten zwycięski rycerz, który stojąc w środku usianej trupami wioski, powie, wywołując uśmiech widowni: "Mam już dość bycia samurajem, wyjadę do Ameryki, zostanę bandytą, będą się we mnie kochały kobiety...".
Nie ma powrotu do moralnej wzniosłości "Siedmiu samurajów" Kurosawy, gdzie bohaterowie po skończonej walce odjeżdżają ze wsi, którą obronili, nawet nie pożegnani przez jej mieszkańców: ich walka zyskiwała w ten sposób kształt doskonały, czysty, bezinteresowny, niewymagający żadnej ziemskiej nagrody.