http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Arcydzieła na festiwalu w Wenecji

Tadeusz Sobolewski, Wenecja
2010-09-04, ostatnia aktualizacja 2010-09-03 19:51

W konkursie weneckim dwa wybitne filmy o miłości: "Norwegian Wood" - japońska adaptacja powieści Murakamiego, i wspaniałe "Somewehere" Sofii Coppoli

Na wyspie Lido, gdzie odbywa się najstarszy z festiwali filmowych - cicho, spokojnie. Ten festiwal ma w sobie coś prowincjonalnego. Okres jego największej świetności - kiedy odkrywano tu Kurosawę, Felliniego, Pasoliniego, Wajdę - minął pół wieku temu. Słynny Hotel de Bains, upamiętniony opowiadaniem Tomasza Manna i filmem Viscontiego "Śmierć w Wenecji", gdzie dionizyjski Tadzio kusił starego Aschenbacha, stoi zamknięty. Koło przedwojennego gmachu Kasyna rozłożył się jarmark. W stoisku z filmami można wybierać z kosza arcydzieła po 5 euro: Buster Keaton, Marlena Dietrich w "Shanghai Expressie", "Doktor Mabuse", "Nietolerancja". A nowi autorzy? Festiwale są po to, żeby wyciągać ich z kosza, nadawać znaczenie.

Autorem, którego wyłowiła tegoroczna Wenecja, jest zamieszkały we Francji Wietnamczyk Tran Anh Hung. W 1995 roku dostał Złotego Lwa za "Rykszarza" - teraz wraca z filmem "Norwegian Wood", zrealizowaną w Japonii adaptacją powieści Haruki Murakamiego. Piosenka Beatlesów o niedostępnej dziewczynie, która zaprosiła chłopaka na wino, a potem powiedziała, że musi iść spać, bestsellerowa powieść o miłości japońskich dwudziestolatków z 1968 roku, obrazy Japonii przesycone, jak ktoś ładnie zauważył, innym, niejapońskim, wietnamskim światłem - ten niezwykły konglomerat daje poczucie świeżości, jest obrazem świata dotąd niewidzianego. Kino, w którym "wszystko już było" i gdzie najoryginalniejsze kadry przynosi reklama, rzadko daje dziś podobne wrażenie. Oglądając "Norwegian Wood", pomyślałem o pewnym polskim filmie o miłości, w którym operator Jerzy Wójcik każdemu kadrowi nadawał niebywałą intensywność, żeby przekazać wrażliwość człowieka uwiedzionego przez miłość, a reżyser miał ambicję ukazania aktu miłosnego z takiej perspektywy, jakbyśmy po raz pierwszy oglądali go w kinie. To było "Nikt nie woła" Kazimierza Kutza.



"Pamiętaj, że istniałam" - mówi do Watanabe nieprzystępna dziewczyna. To samo mówi każdy kadr "Norwegian Wood" -: ma być pamiętny. Widz jest atakowany świeżym pięknem tych obrazów: drzew, trawy, podmokłej doliny, skał nadmorskich, wśród których Watanabe pali ognisko po śmierci dziewczyny, pokoju, w którym się kochali, deszczu za oknem. Pejzaż przejmuje prowadzenie, tak jakby natura wchłaniała w siebie love story. Niektórzy widzowie szybko nużą się pięknem, jakim naznaczone są w tym filmie także obrazy cierpienia. Inni - jak ja - dają się zagarnąć i zostają nagrodzeni. "Norwegian Wood" jest intrygującym połączeniem różnych żywiołów kina: dynamiki i kontemplacji, chłodu i żaru, popkultury i wyrafinowania. To przeciwieństwo europejskiej love story, wyciskacza łez. Może tak właśnie ogląda się z perspektywy własną przeszłość - z całkowitym spokojem i zgodą na wszystko, co było, także na to, co nieszczęśliwe, mroczne?

Wzajemne relacje czwórki dwudziestolatków tworzą splot tajemnic. Tajemnicą jest związek Naoko i Kizuki trwający od dzieciństwa, tak bliski, że wykluczający seks. Tajemnicą jest samobójstwo Kizuki i depresja Naoko, jej naznaczenie śmiercią Kizukiego, a później dziwny, bo niedopuszczający zbliżenia związek z Watanabe. Równolegle jest on związany z inną dziewczyną, która na niego czeka - witalną, jasną Midori, będącą przeciwieństwem ciemnej, depresyjnej Naoko. Wszyscy oni są połączeni. Ukryty sens opowieści zawiera się w postawie tego chłopaka - w jego spokoju, zdolności współczucia, zawieszeniu między ciemnym i jasnym, umiejętności kontrolowania życia, a zarazem poddania się mu.

A jak to się ma do rewolty młodzieżowej tamtych lat? Bohaterowie "Norwegian Wood" są pozornie wyizolowani z historii społecznej. Oglądamy wyłącznie ich splątaną historię miłosną. A przecież należą do tego samego pokolenia, są dziećmi 68 roku. Wchodzą na teren nierozpoznany, sami, bez żadnych wzorów, zdani tylko na siebie odkrywają życie.

Opowieść skupiona na miłości ma w sobie czystość średniowiecznych romansów, jednak różnica jest zasadnicza. W tradycji europejskiej, chrześcijańskiej sfera idealnej miłości jest oddzielona od seksu. W wielkich europejskich powieściach namiętność z reguły prowadzi do zguby. W filmie Tran Anh Hunga seks jest spełnieniem, dostąpieniem czegoś istotnego. Nie wiadomo, czym jest miłość, oglądamy różne jej postacie. Po śmierci Naoko jej opiekunka z czasu depresji odwiedza Watanabe, zostaje u niego na noc, pyta, czy mógłby spać z nią razem. "Mówisz to poważnie?" - pyta chłopak. Kochają się, dopełniając związek z umarłą.

W tym filmie łączy się wszystko, co nasza tradycja rozdziela: miłość i seks, natura i duch, śmierć i życie. Przeciwieństwa tworzą jedną, nienazwaną całość. Murakami czekał, aż jego najpopularniejszą książkę zekranizuje Azjata, nie chciał jej oddać Europejczykowi. Ale za pomocą egzotycznych kategorii daje się uchwycić coś, co jest potocznym doświadczeniem również wielu z nas. Czy Tran Anh Hung odegra w kinie podobną rolę jak Ang Lee - stanie się tłumaczem kultur odsłaniającym ich ukrytą jedność?

Największym spełnieniem festiwalu jest, jak dotąd, film Sofii Coppoli "Somewhere" ("Gdzieś"). Po mniej udanej wyprawie do Francji, gdzie realizowała "Marię Antoninę", ten mały film jest powrotem do wielkiej formy "Między słowami". Opowieść o kilku dniach życia hollywoodzkiego aktora filmów akcji Johnny'ego Marco (Stephen Dorff), który zabiera z sobą na weekend 11-letnią córkę z rozwiedzionego związku, podobnie jak najsłynniejszy film Coppoli, składa się z pustych momentów.



Życie aktora, bohatera tabloidów, jest wiecznym czekaniem, spędzaniem czasu w poczuciu bezużyteczności tego, co robi. Staje się prawdziwe dopiero wtedy, gdy zjawia się jego utalentowana córeczka. Cieszy ją to wszystko, co w jego życiu jest niewolniczą rutyną: apartament hotelowy z basenem, nagły wyjazd do Włoch, gdzie na idiotycznym festiwalu ma odebrać nagrodę Złotego Kotka, pokręcić się przez chwilę na scenie z girlsami i powiedzieć do kamer: Buongiorno a tutti! Ale nie chodzi o basen ani o lody waniliowe podane do łóżka. Córeczka zakochana w ojcu jest z nim dla niego samego. Jej obecność wydobywa pustkę, w jakiej żyje zakontraktowana gwiazda, żywy gadżet popkulturowego przemysłu.

Było wiele obrazów ukazujących takie życie - film Sofii Coppoli narysowany cieniutką kreską jest jednym z najokrutniejszych, najbardziej przejmujących - od pierwszej sceny, gdy Johnny Marco wprost z hotelowego łóżka, półzasypiając, ogląda występ dwóch identycznych tancerek go-go: rozkładają w pokoju składane rury, puszczają muzykę ze starego magnetofonu i wykonują przed nim swój numer. W tym światku wszyscy - niezależnie, czy są gwiazdami, czy towarzyszącymi artystom "groupies" - pracują w usługach. Gwiazdor jest rodzajem służącego, uwielbiany, a równocześnie pogardzany, odbiera obelżywe SMS-y.

Jego sytuację egzystencjalną, jego poczucie wewnętrznego kryzysu symbolicznie oddaje scena w charakteryzatorni, gdzie oblepiają mu głowę białą masą, spod której ukazuje się stara twarz pełna zmarszczek. Aktor we władzy mediów przypomina bohatera horroru znajdującego się we władzy wampira, poddany autodestrukcyjnej sile. Córeczka jest tą, która przywraca go życiu. Ona jedna jest tu prawdziwa i na krótki czas przemienia ojca w człowieka. Kobiety, które z nim śpią, patrzą łakomie na dziewczynkę jak na przyszła ofiarę. Masz już chłopaka? - pytają ją przy śniadaniu.

Miejsca, w których Sofia Coppola kręciła ten film, były jej dobrze znajome. W takich hotelach jak Chateau Marmont mieszkała w dzieciństwie, towarzysząc ojcu reżyserowi. Byłoby nieuprawnione widzieć w "Somewhere" film autobiograficzny. Jedno wydaje się pewne: ten film jest jak list miłosny do ojca artysty.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    24 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':