Saura miewa kaprysy. Nie tłumaczy się z nich. Nie wdaje się w spory. Żaden z jego ostatnich filmów tanecznych czy muzycznych nie był reakcją na wydarzenia polityczne, głosem o zmieniających się czasach.
Nie będąc autorytetem w dziedzinie tańca, dał sobie prawo do zebrania narodowego rytmu swojego kraju w "Iberii". Mierzył się z tradycją w "Fados", szukał nerwu "Tanga" i "Flamenco", opowiadał o namiętności "Carmen", okrucieństwie "Salome". Jego przeszłość zafascynowanego Bunuelem surrealisty tłumaczyła go i usprawiedliwiała, dawała przepustkę do świata, w którym liczą się tylko piękno, uniwersalne konflikty i pytania ostateczne. Miał dla swoich impresji olbrzymią, swobodną, pozbawioną jasnych reguł przestrzeń pt. "muzyczne kaprysy wielkich ludzi".
Wydaje się jednak, że pracując nad filmem "Ja, Don Giovanni", wkroczył na teren, na którym ta przepustka już nie działa. Budując fantazję o okolicznościach powstania najbardziej kontrowersyjnej opery Mozarta, znalazł się nagle w wąskiej szczelinie między dziełami już istniejącymi. Niezależny kolekcjoner stylów musiał odpowiedzieć sobie na pytanie, jak zrobić "Amadeusza" Milosza Formana, nie popadając w plagiat? Jak nakręcić coś na miarę postmodernistycznych gier Petera Greenawaya, mając temperament raczej muzyczny, zmysłowy, abstrakcyjny niż akademicki? Jak nie popaść w senną precyzję anglojęzycznych "sztuk biograficznych" w stylu Ronalda Harwooda, u którego każda postać historyczna może wypić herbatkę z każdą inną, a codzienne spotkania, romanse i korespondencje osób sąsiadujących ze sobą jedynie na kartach encyklopedii to oczywistość? Co zrobić z tak rewolucyjnymi adaptacjami opery jak pełen przepychu film Josepha Loseya czy Petera Sellersa, u którego scenerią były amerykańskie przedmieścia, a Giovanniego i sługę, Leporella, grała para czarnoskórych bliźniaków?
„Ja, Don Giovanni” to dziwaczny kompromis. Saura, lawirując między ograniczeniami, zdecydował się opowiedzieć o fascynujących go postaciach nie bezpośrednio, ale poprzez biografię człowieka, który miał szansę zetknąć się z każdą z nich. Mdły, blady, pretensjonalny poeta Lorenzo Da Ponte (Lorenzo Balducci) krąży więc po dworach, burdelach i teatrach Europy, powtarzając co chwila: „Przysyła mnie Giacomo Casanova”, „Przysyła mnie Mozart”, „Przysyła mnie jego ekscelencja, jego eminencja, jej wysokość, miłość, łaskawość...”. Spotyka Salieriego (Ennio Fanrastichini), u którego obsesja na punkcie Mozarta (Lino Guanciale) jeszcze się nie rozwinęła - większym problemem kompozytora wydają się scysje z życiową partnerką, czyli histeryczną śpiewaczką Cateriną Cavalieri (Cristina Giannelli
). Obraca się w kręgu masonów, zyskuje pozycję wśród protegowanych cesarza Józefa II, ma wolny wstęp do prywatnej biblioteki Casanovy (Tobias Moretti) i do łóżka sopranistki Adriany Ferrareso (Katevan Kemoklidze). Sam pozostaje bezbarwnym łącznikiem między osobowościami i tematami. Aż trudno uwierzyć, że postać, w której życiu skumulowało się tyle pociągających fabularnie zwrotów (Da Ponte był w końcu przechrztą, ściganym przez wenecką inkwizycję księdzem katolickim, libertynem, uwodzicielem, autorem pamfletów, twórcą libretta do „Wesela Figara”, „Cosi fan tutte” i „Don Giovanniego”), na ekranie wypada tak bezkrwiście. Podobnie naiwnie wypada sam wątek przewodni filmu, czyli relacja między życiem a dziełem, biografią a kreacją. Jak prywatne rozterki i kompleksy zmieniają się w arcydzieła inspirujące epoki, jak obcowanie ze sztuką wpływa na prywatne wybory? U Saury odpowiedzi pojawiają się z nonszalancką jednoznacznością, co do której nie wiadomo, czy ma być żartem, czy poważną propozycją. Da Ponte zakochuje się w córce starego masona (Annetta - Emilia Verginelli), bo jej twarz przypomina mu Beatrycze z kart oryginału „Boskiej komedii” Dantego. Zwroty akcji i „genialne” obserwacje na temat duszy ludzkiej w „Don Giovannim” wynikają z zakulisowych rozgrywek między zazdrosnymi śpiewaczkami.
Opera przenika się z obrazami, literatura z muzyką, historia z fantazją.
Saura sili się na zamierzoną sztuczność. Da Ponte podróżuje powozem przez krajobrazy-ryciny, trafia do miast zbudowanych z kartonowych prospektów, wpada w nieruchome sceny stop-klatki, które dopiero pod jego spojrzeniem nabierają życia. Jego marzenia automatycznie materializują się na ścianach pomieszczeń niczym projekcja
wideo. Nienaganne kostiumy migają w bezbłędnie wystylizowanych wnętrzach, piękno i elegancja ujęć bywają porażające. Celowa sztuczność, teatralność, próba zastosowania barokowej przesady do medium filmowego nie rekompensują jednak wtórności i schematyczności scenariusza. W rezultacie pozbawiony wyrazistego bohatera film nie jest ani ciekawą opowieścią, ani inspirującym komentarzem "na temat" opowieści.
"Don Giovanni" w pełnym tytule ma wyjaśnienie: "rozpustnik ukarany". Saurę w piekle dla filmowców dręczyć będą kiedyś za brak rozpusty. Za rezygnację z kaprysów. Za przehandlowanie oryginalnego, wyrazistego języka na rzecz kompromisowej estetyzacji.
"Ja, Don Giovanni", reż. Carlos Saura, scenariusz: Carlos Saura, Raffaello Uboldi, Alessandro Vallini, scenografia: Paola Bizzarri, Luis Ramirez,
muzyka: Stefano Savino, 2009