Zdjęcia robiono w maju 1942 r. Tramwaj na Lesznie przeciska się przez tłum. Niekończący się potok ludzi przetacza się drewnianymi schodami nad ulicą Chłodną. Ryksza, z której wysiadają dwie eleganckie kobiety w identycznych płaszczach i kapeluszach, z torebkami pod pachą. Trupy na chodnikach. Żebraczka z dzieckiem na ręku krzyczy bezgłośnie. Błazen getta Rubinstein tańczy otoczony wiankiem ludzi, wśród których ktoś leży - z głodu lub wyczerpania? Dzieci schwytane na szmuglowaniu żywności spoza getta wytrząsają spod koszul pietruszki, buraki.
Te obrazy są dobrze znane, one budują nasze wyobrażenie getta. Odtwarzał je Wajda w "Korczaku", Polański w "Pianiście". Nie byliśmy jednak dotąd świadomi ich całego kontekstu, okoliczności, w jakich powstały. Miały być częścią propagandowej całości. Wszystkie pochodzą z jednego hitlerowskiego filmu odnalezionego po wojnie w niemieckim archiwum w pudłach z napisem "Getto". Dziś wiadomo, kto był operatorem - niejaki Willy Wist. W filmie Yael Hersonski są cytowane protokoły z jego przesłuchań, kiedy w 20 lat po wojnie ruszono sprawę Auerswalda, komisarza getta, wszczynając przeciw niemu śledztwo.
Dlaczego dokument nie został skończony? Dlaczego w ogóle powstał? Na czym miał polegać jego propagandowy zamysł? Willy Wist nie miał na ten temat wiele do powiedzenia - filmował, co mu kazano. Goebbels notował w swoim dzienniku, że ten film będzie "ważnym świadectwem dla przyszłych pokoleń". Czym jeszcze mógł być, jeśli nie świadectwem zbrodni, zagłady? "Niedokończony film" Yael Hersonski przynosi odpowiedź. Poddaje obrazy próbie nieufności. Konfrontuje kadry Wista z relacjami świadków, którzy pamiętają getto z dzieciństwa, a nawet pamiętają tamto filmowanie, kamery na ulicach.
Adam Czerniaków, prezes Gminy Żydowskiej, dwa miesiące przed swoją samobójczą śmiercią notuje w dzienniku (w filmie Hersonski słowa te są czytane po polsku): "O 10 zjawili się filmiarze z propagandy. Zainscenizowano wejście do mnie interesantów i rabinów etc. Potem zdjęto wszystkie obrazy [wśród nich był portret Piłsudskiego - przyp. TS]. Na moim biurku ustawiono dziewięcioramienny świecznik, w którym wszystkie świece były zapalone".
W dzienniku Abrahama Lewina zachowanym w archiwum Ringelbluma jest notatka o kręceniu innej sceny z tego filmu: "Na rogu Żelaznej i Chłodnej mieści się żydowska restauracja.
Niemcy wyprowadzili stamtąd kelnerki, ustawili na ulicy i kazali im robić wesołe miny i wyzywający wyraz twarzy. Zebrali gromadę żebrzących dzieci, kazali im przemaszerować przed wyelegantowanymi kelnerkami z wyciągniętymi rączkami, które jednak niczego nie otrzymały. Winno to pokazać, że Żydzi żyją w luksusie i nie dzielą się z głodującymi. (...) Wprowadzili zatrzymanych, typowych Żydów, dobrze ubranych. Posadzili ich przy stolikach i kazali podać na rachunek gminy najdroższe dania i trunki, mięsiwa, ryby, likier, białe pieczywo i inne smakołyki. Żydzi jedli, a Niemcy filmowali. W jakim celu - łatwo się domyślić. Te nikczemne sceny trwały parę godzin".
Łatwe kontrasty - zupełnie jak z telewizyjnych newsów: jedni umierają na ulicach, drudzy się bawią. Nikt nie pozna, że w karafkach woda udaje wódkę. To prawda, była w getcie garstka bogatych. I rzeczywiście umierano na ulicach. Była też żydowska
policja - jednak w tym filmie scena rozpędzania tłumu jest nieudolnie wyreżyserowana. Widać, jak wynajęci statyści obojętnie mijają leżących na chodniku umarłych. Raz, drugi, trzeci. Kolejne duble zarazem kłamią i mówią prawdę. Jest to również prawda o władzy filmujących nad filmowanymi.
Ten film miał tworzyć obraz ludzkiej degrengolady, odwołując się do wstydliwego odruchu psychologicznego: obrazy nędzy nie zawsze i nie we wszystkich budzą litość, czasem przeciwnie - wywołują odrazę. Antysemicka perswazja, która miała ludzi oswajać z Zagładą, polegała m.in. na połączeniu wizerunku Żyda z brudem (plakat okupacyjny w języku polskim: "Żydzi - wszy - tyfus"). Mogłem się przekonać o potędze tej podprogowej sugestii, kiedy w dzieciństwie usłyszałem od osoby, która przeżyła okupację, powiedzonko, które kiedyś musiało być popularne: "Brudno jak u Żydów". Odrazę fizyczną i moralną oraz poczucie, że "trzeba z tym wszystkim zrobić porządek", budował w sposób niebywale sugestywny goebbelsowski fabularny hit - "Żyd Suess" Veita Harlana, który obejrzało w podbitej przez Niemcy Europie 20 mln widzów. Traktowano ten obraz jak historyczną prawdę. I tak też miał oddziaływać "dokument" zatytułowany "Getto".
Propagandowa intencja przebija w każdym kadrze. Wist filmuje sterty śmieci i fekaliów na podwórku na Muranowie. "Żyłam tam, bawiłam się na takich podwórzach - wspomina przed kamerą starsza pani, oglądająca dziś tamten film. - Ludzie wyrzucali śmieci przez okno, bo oszczędzali siły. Głód powoduje apatię". W filmie "Getto" przebija niewypowiedziana sugestia wyrażona poprzez zbitki montażowe - głód (w rzeczywistości wynikający z morderczego racjonowania żywności) był "winą" samych Żydów. Podstawowy, prawie niezauważalny fałsz polegał nie tylko na budowaniu czarno-białego obrazu rzeczywistości, ale także na ukryciu obecności okupanta i sytuacji getta. Nie ma tu w ogóle nazistów. Nie ma Warszawy za murami. Getto żyje jak osobna wyspa, która rządzi się sama.
Jest to zarazem dokument ludzkiej nieświadomości. Operator mógł nie wiedzieć o istnieniu Treblinki, podobnie jak nie wiedziało o niej do pewnego momentu wielu mieszkańców getta. Filmował ulice getta, patrząc na nie jak turysta w egzotycznym wschodnim mieście. Historyk nazistowskiej propagandy podaje dowód nieświadomości z drugiej strony: rabin lubelski w 1940 r. zgodził się na udział ortodoksyjnych Żydów w filmie Harlana, ponieważ uwierzył reżyserowi, że "film pomoże przezwyciężyć przesądy".
Dlaczego "Getto" ostatecznie nie weszło na ekrany? Czy dlatego, że obrazy okazały się zbyt przerażające? W 1942 r. niemieckiej publiczności, zagrożonej nalotami alianckimi, potrzebny był optymizm i zapomnienie?
- Odpowiedź na to pytanie nie była dla nas najważniejsza - mówił izraelski producent Itay Ken-Tor, którego spotkałem w Warszawie podczas Planete Doc Review. - Nasz cel był inny. Chodziło o umieszczenie tamtego filmu w kontekście naszego widzenia świata poprzez media. Jak bardzo ufamy obrazom, które nam się przedstawia, biorąc je za dobrą monetę. Chcieliśmy złamać zaufanie do tamtych kadrów, sprowokować widza do zastanowienia się nad tym, co dziś ogląda w telewizji. Natomiast dokumentalistom - tu mam na myśli także siebie - film podsuwa pytanie: jakie są granice manipulacji nieodłącznej od robienia filmów? Gdzie jest granica, za którą filmowanie ludzkiego cierpienia staje się pornografią?
Jest także inna kwestia - ocena postawy operatora. „Na pokazie » Niedokończonego filmu «- opowiada Ken-Tor - młody Niemiec przyznał się, że pomyślał: a kim ja byłbym wtedy? Nazistą? I sam sobie odpowiedział: tak! Pokazywanie nazistów jako bestii to zbyt łatwe. Pytanie brzmi inaczej: jakie zaślepienie powoduje, że to, co jest ewidentną zbrodnią, ludzie zaczynają traktować jak rzecz normalną? Byłem w wojsku, na szczęście nie na wojnie, i wiem, jak to jest: widzisz zawsze tylko pewien wycinek rzeczywistości, który ciebie osobiście dotyczy. Większość żołnierzy nie zdaje sobie sprawy z akcji, w jakiej bierze udział. Myślę, że dotyczy to także filmowców”.
Nierozwikłana zostaje tajemnica: co naprawdę wiedział o getcie Wist, kiedy przyjechał do Warszawy? Czego się zdążył dowiedzieć, filmując? Błąd perspektywy polega na tym, że takim jak on przypisujemy naszą obecną wiedzę i świadomość. Ale pozostał film. Nieufność jest naszą bronią. Ona sprawia, że z tych skłamanych, częściowo zainscenizowanych obrazów wyłuskujemy prawdę. Wymuszamy ją jak na śledztwie. Propagandowy film zdradza swoich dawnych mocodawców.
Pokaz "Niedokończonego filmu", reż. Yael Hersonski - 29 sierpnia, godz. 14, klub Mamele, ul. Grzybowska 12/16