Donata Subbotko: W najbliższym czasie Komisja Europejska ma zdecydować, czy od 2011 r. w Polsce zostanie utrzymany zerowy podatek VAT na książki. Mówi się, że książki zostaną jednak opodatkowane VAT-em w wysokości od 5 do 8 proc. Co to praktycznie oznacza? Beata Stasińska: W krajach, w których wprowadzono VAT na książki, ich sprzedaż spadła okresowo o podobny punkt procentowy. Możemy zatem oczekiwać 5-8-procentowego spadku sprzedaży. To uderzy w cały łańcuch, który zaczyna się od autora, tłumacza, redaktora, a kończy na księgarzu i czytelniku, który kupi mniej książek. Ceny wzrosną, wszyscy mniej zarobią, a Polak będzie jeszcze mnie czytał. Polska nie jest przygotowana na opodatkowanie książek.
Ktoś powie, że dzięki pieniądzom wpływającym z tego podatku do budżetu można w kryzysie pomóc biednym. - Biednym najbardziej pomaga się, nie skazując ich i ich dzieci na bycie niewykształconymi pariasami we współczesnym świecie. Rządy zachodnie nie oszczędzają w kryzysie na nauce i edukacji. Pytanie do polskich polityków: dlaczego?
PO właściwie bez społecznej debaty - bo ta za sprawą mediów od dłuższego czasu dotyczy wyłącznie krzyża - podniosła VAT. W kilku ostatnich latach liczba urzędników państwowych wzrosła w naszym kraju o 60 tys. Jeden z ekonomistów, który ponoć doradza obecnemu rządowi, twierdzi, że kosztują oni tyle, ile zyskuje budżet państwa na tym 1 dodatkowym procencie VAT. Czy dzięki tej rzeszy urzędników państwo jest sprawniejsze?
W Polsce najłatwiej oszczędza się na edukacji i kulturze. Zamknąć kilka tysięcy przedszkoli, dwa tysiące bibliotek, ograniczyć pieniądze na zakupy biblioteczne przychodzi polskim politykom łatwo i, co dziwne, obywatele się z tym godzą. Gdyby Polska była krajem, w którym inwestuje się w biblioteki i nowoczesne szkolnictwo, przywiązuje wagę do umiejętności czytania i wysławiania się, to lepiej byśmy sobie poradzili z VAT-em na książki. I być może spadek sprzedaży byłby krótkotrwały. Ale Polska takim krajem nie jest.
Dlatego ministrowie kultury Bogdan Zdrojewski i finansów Jacek Rostowski ciągle zabiegają w UE o utrzymanie zerowego VAT-u. - Kibicuję im i czekam na czasy, kiedy deklaracje polityczne zostaną poparte działaniami na rzecz walki z funkcjonalnym analfabetyzmem. Potrzebujemy - na wzór innych społeczeństw - narodowego programu upowszechniania książki i czytelnictwa adresowanego do różnych grup wiekowych. Na razie nie widzę woli politycznej, żeby się tym zająć. W
USA programy takie od przeszło 60 lat inicjują prezydenci i gubernatorzy stanów.
Polska od 20 lat ma inne problemy. - Tak, wiem, pielęgniarki i górnicy. Ale i te pielęgniarki, i ci górnicy mają dzieci. Unikanie myślenia dziś o tym, jak kolejne pokolenia Polaków dadzą sobie radę w świecie, jest szkodliwe. Czekam na takiego męża stanu, który będzie się bił o edukację, naukę i kulturę w Polsce jak o niepodległość.
Z badań Biblioteki Narodowej wynika, że w ciągu roku ponad połowa Polaków nie ma kontaktu nawet z jedną książką. Może nasi "mężowie stanu" też nie czytają? - Nasi politycy potrafią, zresztą wzorem Berlusconiego i Sarkozy'ego, publicznie się przyznać, że nie czytają książek. A gdyby tak zacytowali Słowackiego w Roku Słowackiego i Miłosza w Roku Miłosza i zainteresowali się, dlaczego Polacy właściwie nie znają tych pisarzy, i wyciągnęli z tego wnioski? Zrozumieliby, dlaczego amerykańscy prezydenci raz na jakiś czas na oczach całej Ameryki czytają dzieciom w przedszkolu bajki.
Na razie panuje u nas neoliberalny, prymitywny dyktat, że rodacy jakoś sobie poradzą (zacisną pasa i wyślą dziecko do prywatnej szkoły albo na
studia do miasta bez szans na stypendium), a jak sobie nie poradzą, to znaczy, że nie zdali egzaminu z kapitalizmu. Wówczas najwyżej staną pod krzyżem i się pomodlą.
Mamy coraz więcej "orlików" i coraz mniej bibliotek z coraz uboższymi księgozbiorami. Życzyłabym sobie jako obywatelka niezainteresowana piłką nożną, by traktować kulturę fizyczną jako ważną część kultury - ale z zachowaniem właściwych proporcji.
Polska potrzebuje programu promocji czytelnictwa na poziomie przedszkolnym i nauczania początkowego rozpisanego na przynajmniej 15 lat. By był on skuteczny, potrzebuje także kampanii społecznej uświadamiającej rodzicom, nauczycielom i politykom znaczenie umiejętności czytania ze zrozumieniem i wysławiania się w rozwoju krytycznego i twórczego myślenia. Edukacji kulturalnej i dostępu do kultury potrzebujemy bardziej niż festiwalowej karuzeli, kongresów, akademii ku czci i fajerwerków.
Zwłaszcza że część tej garstki czytających Polaków sięga tylko po tzw. bestsellery, które trudno traktować jako literaturę. - Gdy byłam na oddziale położniczym w 1988 r., umęczone porodem kobiety nic nie czytały. Cztery lata później prawie wszystkie miały w rękach harlequiny. Dobre i to, bo podtrzymuje zdolność czytania. I sprawia, że dziecko widzi rodzica z książką. Badania mówią, że lepsze wyniki w testach osiągają dzieci, w których domach są książki i których przynajmniej jeden rodzic ma średnie lub wyższe wykształcenie. Biblioteka w domu oznacza, że dziecko będzie miało więcej szans w życiu. Pytanie: czy biblioteka z samymi sezonowymi bestsellerami wystarczy?
Powieść wymaga skupienia, tymczasem przez telewizję, internet przyzwyczajamy się do lakonicznych informacji, zatracamy powoli tę zdolność koncentracji. Może to nieunikniony kierunek ewolucji? - Internet sprawił, że człowiek wrócił do alfabetu, ćwiczy sztukę czytania. Problemem jest co innego. Polscy politycy obciążyli podatnika wprowadzeniem np. religii do szkół, a nie mają woli, żeby - wzorem społeczeństw zachodnich - wprowadzić lekcje biblioteczne czy inwestować w księgozbiory bibliotek. Przecież w Polsce istnieją biblioteki, które mają pieniądze na zakup ledwie siedmiu książek rocznie! Jeśli wejdzie VAT, będą kupować jeszcze mniej.