Odbywający się od kilku lat w Oslo festiwal Oya to spory ewenement na zagęszczającej się z roku na rok coraz bardziej mapie europejskich letnich imprez plenerowych. Tegoroczna edycja, która odbywała się w dniach 10-14 sierpnia bardzo wyraźnie potwierdziła tą opinię.
Po pierwsze - to festiwal, który odbywa się w samym sercu miasta, co samo w sobie nie jest może jeszcze tak wyjątkowe, podobnie jest w przypadku chociażby barcelońskiej Primavery. Ważne jest jednak to, że Oya wykracza bardzo mocno poza granice samego miasteczka festiwalowego, umieszczonego w bardzo malowniczym zakątku Oslo, między niewielkim zbiornikiem wodnym a zielonym, zalesionym wzgórzem.
W efekcie można bez trudu odnieść wrażenie, że całe miasto żyje festiwalem. Dwa dni przed rozpoczęciem imprezy na jednym z głównych i najchętniej odwiedzanych przez młodych ludzi placu miasta rozstawiony został festiwalowy namiot, gdzie można było zamieniać bilety na opaski, odbierać akredytacje i otrzymać cały zestaw materiałów promujących imprezę. Dzień przed właściwym festiwalem rozpoczął się cykl Oyanights - obfity w atrakcje program koncertów, odbywających się w kilkudziesięciu klubach w centrum miasta. Dzięki niemu w ramach festiwalu mogło wystąpić dwukrotnie więcej wykonawców, a uczestnicy imprezy mogli się bawić dalej, gdy ze względu na ciszę nocną, około północy, kończyły się koncerty plenerowe. W programie klubowej części festiwalu dominowali przede wszystkim wykonawcy lokalni, ale nie zabrakło też wielu światowych gwiazd - solowy koncert prezentował np. współodpowiedzialny za wielki sukces kanadyjskiej formacji Arcade Fire, Owen Pallett.
Po drugie - Oya w porównaniu z wszystkimi właściwie innymi dużymi europejskimi imprezami tego typu była, jak co roku zresztą, bardzo oryginalna, jeśli chodzi o program. Główna różnica polega przede wszystkim na niemal kompletnej nieobecności wykonawców z Wielkiej Brytanii, dominujących program praktycznie wszystkich innych festiwali. Do Oslo z Wysp Brytyjskich zaproszeni zostali w zasadzie tylko muzycy zespołów The XX i The Specials, pozostałe gwiazdy to w znacznej większości wykonawcy zza Oceanu i spore grono muzyków ze Skandynawii.
Oya tym się jeszcze różni od innych imprez tego typu, że z powodzeniem penetruje muzyczne nisze, rzadko mające swoją reprezentację na letnich festiwalach. Dużo atrakcji w programie znaleźli więc miłośnicy różnych odmian punk rocka (w Oslo wystąpiły m.in. zespoły: Against Me!, The Gaslight Anthem czy Fucked Up), a nawet - niezwykle przecież popularnych w Norwegii - najbardziej ekstremalnych form metalu (w programie znalazł się m.in. występ black metalowej formacji 1349 czy death metalowego zespołu Obliteration - oba zresztą pochodzą właśnie z Oslo).
Po trzecie - organizatorzy wprowadzili do programu cały szereg ciekawych imprez dodatkowych, które znakomicie się sprawdziły. Zaliczyć można do nich np. bardzo nietypowy koncert znanej w Polsce z występu na ubiegłorocznym Off Festiwalu i wybierającej się tu ponownie późną jesienią, nowojorskiej formacji The National. Jej występ odbył się w sali Opery Narodowej, a rozpoczął o godz. 13, tak by nie kolidować z głównym programem festiwalu. Nietypowe wnętrze sprawiło, że ten koncert był zupełnie inny niż zwykłe występy zespołu, o wiele spokojniejszy, skupiony i jeszcze bardziej nastrojowy niż zwykle.
Innym ciekawym uzupełnieniem programu muzycznego były pokazy filmowe, odbywające się w kinie w centrum miasta. W programie znalazło się kilka premierowych propozycji, m.in. "Micmacs", najnowszy film Jeana Pierre'a Jeuneta (twórcy niezwykle popularnej w Polsce "Amelii") czy poruszający obraz "The Kid" - kolejny film, w którym
Wielka Brytania pokazana jest jako kraj wielkich problemów społecznych, w tym przypadku: przemocy domowej. Ale najciekawszą propozycją w tej części festiwalu był występ metalowo-awangardowej międzynarodowej supergrupy Aethenor (w jej składzie znaleźli się muzycy takich formacji jak m.in.: Sunn O czy Ulver). Artyści przygotowali własną ścieżkę dźwiękową do kilku klasycznych obrazów mistrzyni filmowej awangardy, Mai Deren, śmiało łącząc elementy elektronicznego ambientu i opartego na brudnych gitarowych brzmieniach metalu.
I tylko jedno się zdecydowanie nie udało w przypadku tegorocznego festiwalu Oya - pogoda. O ile większość najważniejszych imprez plenerowych w tym roku, włącznie ze słynącym z fatalnych warunków meteorologicznych festiwalem Glastonbury, odbywała się w pełnym słońcu, w Oslo padało niemal bez przerwy, co odbierało sporą część przyjemności w oglądaniu poszczególnych występów. Ale i tak tegoroczną edycję festiwalu Oya bez najmniejszych wątpliwości trzeba umieścić w czołówce tegorocznych letnich festiwali.