Bobby McFerrin to fenomen. Nazwać go wokalistą to zdecydowanie za mało, bo jego solowe popisy to prawdziwe symfonie brzmień i rytmów.
Kształcił się w słynnej Juilliard School of Music, a na muzycznej scenie debiutował u boku wokalisty Jona Hendricksa. W latach 80. koncertował już z takimi gwiazdami, jak: Wynton Marsalis, Wayne Shorter czy Manhattan Transfer, a w 1984 roku prestiżowy magazyn "Down Beat" okrzyknął go "najlepszym wokalistą jazzowym roku".
Parę lat później McFerrin stał się popularny dzięki piosence "Don't Worry, Be Happy", która przez wiele miesięcy królowała na światowych listach przebojów. Ale w swym dorobku ma także znacznie bardziej ambitne projekty, jak choćby te realizowane wspólnie z wirtuozem wiolonczeli Yo-Yo Mą czy jazzowym gigantem Chickiem Coreą. Klasykę też zdarzało mu się interpretować, choć nigdy dotąd nie sięgał po muzykę polskiego romantyka. Do chopinowskiego projektu przekonał go Władysław "Adzik" Sendecki - mieszkający na stałe w Hamburgu nadworny pianista i aranżer Big Bandu Norddeutsche Rundfunk.
I właśnie z nimi McFerrin przyjechał na dwa koncerty do Polski. We wtorek wystąpił w warszawskiej Sali Kongresowej w ramach festiwalu Chopin i jego Europa, a dziś w Operze Krakowskiej podczas Letniego Festiwalu Jazzowego w Piwnicy pod Baranami
Rozmowa z Władysławem "Adzikiem" Sendeckim Tomasz Handzlik: Pamiętasz akademicki Kraków lat 70.? Władysław "Adzik" Sendecki: ONE dają mi siłę do działania. To był czas ideałów.
Rektorem krakowskiej Akademii Muzycznej był wtedy Krzysztof Penderecki. Moim profesorem był Ludwik Stefański. I choć obaj interesowali się jazzem, miałem problemy. W środowisku profesorskim jazz traktowano jak tanią, knajpianą rozrywkę. Mówiono, że dla nas nie liczy się prawdziwa
muzyka: "Aha! Jedziecie na statek, żeby sobie potem kupić
auto?". Nie chciałem być tak postrzegany, ale już jako 14-latek musiałem grywać do striptizu w krakowskim Feniksie. Trzeba było jakoś zarobić na życie. Więc się nie przejmowałem. Na studiach słuchałem innej niż wszyscy muzyki, zacząłem grać z zespołami Sun Ship i Extra Ball. I poczułem, że to marzenie o wielkim świecie powoli zaczyna się spełniać.
Po paru latach musiałem się pożegnać z Krakowem. Brakowało mi czasu na studiowanie. Pojechałem więc z Jarkiem Śmietaną do Katowic i tam próbowaliśmy ruszyć z tym naszym jazzem. Ambicje na tamtejszej Akademii Muzycznej były spore, ale wszystko to było raczej na poziomie kopalnianych orkiestr dętych niż prawdziwych jazzowych big-bandów. I tam studiów też nie skończyłem. Wyrzucili mnie.
Za jazz? - Za to, że zapisałem się do "Solidarności" i zaangażowałem w wywrotową działalność polityczną. Pewnego dnia wezwał mnie dziekan i mówi: "Muszę cię wyrzucić, Sendecki. Dostałem pismo. Właściwie już tu nie studiujesz".
Tak naprawdę poszło o to, że z Piotrem Szczepanikiem zrobiliśmy taki projekt, w którym połączyliśmy m.in. poetyckie teksty Wysockiego z parodią radzieckiego hymnu. Zagraliśmy tylko dwa spektakle w Starej Prochowni w Warszawie: jeden dla KOR-u, drugi biletowany, dla miasta. I była afera. Wezwali mnie do PAGART-u: "Panie Sendecki, pan już tyle razy wyjeżdżał za granicę, a nigdy kartki pan nawet nie przysłał. Konfiskujemy paszport". Do kompletu dostałem jeszcze bilet do wojska, mimo że odbyłem już służbę. Wstawiał się za mną minister kultury, szef TVP, cała masa wpływowych przyjaciół, w tym jakaś dobra znajoma Gierka. Nic nie pomogło.
Miałem dwa tygodnie, żeby się spakować i pozałatwiać wszystkie sprawy. W przeciwnym razie więzienie.
I to nazywasz szykanami? - Rodzinę dwa razy wywłaszczono z majątku w Gorlicach. Mnie najpierw wyrzucili ze studiów, potem utrudniali
podróże koncertowe, aż wreszcie zabrali paszport i zagrozili więzieniem. Miałem zostać w tym nienormalnym kraju? Gdybym nie miał małych dzieci, to pewnie zachowałbym się inaczej. Ale musiałem myśleć o przyszłości rodziny. Zresztą w polskim środowisku muzycznym zaczęła się wtedy dekadencja. Jedni chcieli grać byle gdzie, byle tylko zarobić, drudzy psioczyli na system, ale nic nie robili, żeby go zmienić. I mnie też zaczęło brakować siły.
A Extra Ball nie był oderwaniem od tego socjalistycznego marazmu? - Powstał właśnie z powąchania tego wspaniałego świata. Od tego wszystko się zaczęło. Ale kiedy osiągnęliśmy sukces, kiedy zaczęły się pojawiać ważne zagraniczne zaproszenia, festiwale i koncerty dostałem bilet do wojska. Chcieli mi zabrać wszystko, co miałem. Na szczęście chęć bycia muzykiem, potrzeba grania, ta wewnętrzna siła - zwyciężyły.
Nie poszedłeś ani do wojska, ani do więzienia. - Miałem szczęście. Zaraz po tym wszystkim przyszedł do mnie jakiś człowiek z telewizji i mówi, że mam zagrać przed królową Szwecji. Dał mi zupełnie nowy pusty paszport. Poleciałem więc do Sztokholmu. A kiedy zorientowałem się, że to nie pułapka, że nikt mnie nie śledzi, a oni po prostu mają taki burdel w papierach, że się nawet nie zorientowali, że sami przyznali mi drugi paszport, zaplanowałem z żoną ucieczkę do Szwajcarii.
Ale nawet tam mnie ścigali. Telefonicznie. W przerwie koncertu do klubu Bazillus w Zurychu dzwoni znany urzędnik z PAGART-u i przekonuje mnie, że muszę wracać, bo mają poważne plany wobec mnie, że mam zaproszenie na North See Jazz Festival i muszę odebrać wizę w Warszawie. "Wizę odbiorę tutaj, w Zurychu. I sam przyjadę" - powiedziałem. To go rozjuszyło. "No to decyduj się!"- wrzasnął.