http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

W kościołach Meksyku, Opierzona rewolucja, Na tropach Smętka, Wańkowicz, Melchior

Adam Leszczyński
2010-08-17, ostatnia aktualizacja 2010-08-16 17:58

Świetnie się czuje w smokingu na dancingu, ale potem jedzie z dorożkarzem do robotniczej knajpy. Lubi komfort, ale o cierpieniu nędzarzy pisze tak, że nie czuć w tym hipokryzji. Jest irytujący i pociągający zarazem. Wańkowicz czytany w XXI w.

Melchior Wańkowicz w swoim mieszkaniu przy Puławskiej 10
Fot. PAP
Melchior Wańkowicz w swoim mieszkaniu przy Puławskiej 10
ZOBACZ TAKŻE
W kościołach Meksyku

Opierzona rewolucja

Na tropach Smętka

Melchior Wańkowicz

Prószyński i s-ka, Warszawa



Czy warto dziś czytać Wańkowicza? Teksty dziennikarskie starzeją się szybko. Reportaż może i czasem jest literaturą (jak chcą tego moi koledzy z "Dużego Formatu"), ale rzadko jest literaturą ponadczasową: zmienia się język, zmieniają się zainteresowania oraz wrażliwość czytelników i zaczytywane niegdyś książki trafiają nieodwołalnie w zakurzone głębiny bibliotek. Bo kto dziś słyszał - dajmy na to - o takim Januszu Makarczyku, przed wojną znanym dziennikarzu, autorze książki o polskich próbach kolonizacji Liberii? Ciekawe, czy nazwisko Wańkowicza - przed Kapuścińskim króla polskiego reportażu - mówi dzisiejszemu czytelnikowi dużo więcej?

Życiorysem mógłby obdzielić kilku reporterów. Urodzony w kresowej rodzinie ziemiańskiej pod koniec XIX w. (opisał ten zniszczony świat w "Szczenięcych latach"), już w latach szkolnych siedział w więzieniu za działalność konspiracyjną. Brał udział w I wojnie światowej i w wojnie polsko-bolszewickiej. W dwudziestoleciu był współwłaścicielem wydawnictwa Rój i jednym z najbardziej znanych reporterów: za wymyślenie hasła reklamowego "Cukier krzepi" dostał 5 tys. przedwojennych złotych nagrody, wówczas równowartość samochodu.

W czasie wojny emigrant - najpierw w Rumunii, potem korespondent wojenny w armii Andersa. Napisał wtedy trzytomową "Bitwę o Monte Cassino", często uważaną za jego najwybitniejsze dzieło. Od 1949 r. mieszkał w USA, skąd wrócił do kraju w 1958 r. W 1964 r. po podpisaniu "Listu 34" sędziwy pisarz został oskarżony przez władze PRL o przekazanie Radiu Wolna Europa informacji szkalujących Polskę. Skazany na trzy lata spędził pięć tygodni w areszcie.

Pisał dużo. Wańkowicza systematycznie przypomina wydawnictwo Prószyński, które ze stałą częstotliwością - trzy tomy rocznie - wydaje teraz komplet jego dzieł (finał planowany za dwa lata). Niedawno ukazał się tom VII, z trzema reporterskimi książkami: "W kościołach Meksyku" (o rewolucji meksykańskiej), "Opierzona rewolucja" (reportaż z wyjazdu do ZSRR) oraz "Na tropach Smętka" (reportaż z niemieckich wówczas Mazur).

Czytany dzisiaj Wańkowicz jest oczywiście staroświecki. Nie tylko dlatego, że jego książki opowiadają o świecie, którego już dawno nie ma - jak hitlerowskie Prusy Wschodnie czy ZSRR w czasie pierwszej stalinowskiej pięciolatki. Także dlatego, że - jak każdy z nas - mentalnością należy do swojej epoki, a epoka Wańkowicza już dawno minęła. Są dziedziny życia, o których pisze mniej od współczesnych reporterów - takie jak seks. Pokazuje postawy, które już dziś - całe szczęście - należą do przeszłości. "Na tropach Smętka", opowieść o brutalnym wynaradawianiu (jak byśmy dziś powiedzieli) Mazurów przez Niemców, czyta się dziś jak mało już zrozumiały zapis szaleństw wojujących nacjonalizmów. Czasy odległe, emocje niezbyt już bliskie.

A zatem - biblioteka? Lektura dla historyka-hobbysty?

Niekoniecznie. Styl i osobowość autora - a Wańkowicz pisze w pierwszej osobie i często o sobie - ratują dziś te książki. Ratują trochę na przekór, bo Wańkowicz jako narrator jest często próżny i przemądrzały, łasy kontaktów z Wielkimi Ludźmi i łatwych generalizacji ("Ulica moskiewska nie ma żebraków, nie ma elegancko ubranych ludzi, nie ma nędzarzy, ma tylko ubogo ubraną publiczność" - pisze. Był w ZSRR przez tydzień). Świetnie się czuje w smokingu na dancingu, ale potrafi potem wyjść na ulicę i pojechać z dorożkarzem do robotniczej knajpy. Lubi mieszkać i podróżować w komforcie, ale pozostaje niezwykle wrażliwy na cierpienie biednych ludzi - i pisze o tym tak, że nie czuć w tym hipokryzji. Jest irytujący - czasem drażniący - ale pociągający zarazem.

Przykład? W grudniu 1933 r. Melchior Wańkowicz pojechał na tydzień z wycieczką Inturistu do Związku Radzieckiego. Opisał tę podróż w książeczce "Opierzona rewolucja".

W Moskwie pewnego wieczoru poszedł na dancing w hotelu Metropol: "Przy bufecie pije się zagraniczne trunki, ma się rozumieć za zagraniczną walutę. ( ) Przypomina mi się ogród zoologiczny, w którym dla fok sprowadza się morskie ryby. ( ) Sala pod kloszem Metropolu sprawia wrażenie jakiegoś terrarium, do którego wpompowuje się powietrze pod innym ciśnieniem".

Na dancingu rozmawia z niemieckim inżynierem, który skupuje w Rosji antyki i informuje reportera, że "w Rosji może pan mieć każdą kobietę - jeśli ma pan wolny czas, patefon i książeczkę zaopatrywania w żywność w sklepie dla cudzoziemskich specjalistów".

"We włóczęgach po świecie nauczyłem się czerpać wartości z wszelakich źródeł" - pisze za chwilę. Wychodzi na ulicę. "Czegoż może chcieć ta dama, która zatrzymuje się, kiedy przechodzę jezdnię? Dama ma walonki na nogach i jakąś kombinację hełmu z nausznikami, który zasłania od mrozu całą twarz. Stwora ta chce najwyraźniej zawrzeć znajomość. Służę! ( ) Spod tej jakiejś, brr gazowej czy mrozowej maski wyglądają młode palące oczy. Walonki, hm walonki też nieduże".

Razem idą do jedynej nocnej knajpy przy Arbacie - ponurej mordowni. "Moja towarzyszka okazała się biedną, zapędzoną przez życie kobieciną, prawdziwie wdzięczną, skoro zrozumiała, że nie potrzebuje się wdzięczyć, mizdrzyć, sadzić na wesołość i opowiadać pieprznych pseudokawałów, a mimo to dadzą jej się najeść do syta. Pracuje jako posługaczka w jakiejś stołówce robotniczej przy fabryce. Zarabia 60 rubli miesięcznie. Rubel odpowiada na czarnej giełdzie naszym 15 groszom ( ) Nie dziwię się, że próbuje sobie dorobić. Ale raczej próbuje. Powiada, mimo że jest niebrzydką dziewczyną, że nie ma amatorów. Czy dlatego, że o stosunek z kobietami jest łatwo i nie trzeba się uciekać do płatnej miłości? Ale przecież jest sporo ludzi, których wiek lub szpetota musiałyby skazywać na korzystanie z prostytucji? Może nie mają pieniędzy. Nie wiem. Wiem tylko, że jedyna półprostytutka, jaką w ciągu 7 dni napotkałem w Moskwie, nie miała klienteli".

Mamy więc dar obserwacji, łatwość rozmawiania z ludźmi, ogromną ciekawość drugiego człowieka i wreszcie najbardziej rzadką cechę - życzliwość. Także wtedy, kiedy pisze o katastrofach i nędzy ludzkiej, Wańkowicz pozostaje w głębi duszy autorem pogodnym i przyjaznym światu w jego różnorodności i szaleństwach (których napatrzył się w burzliwym XX wieku wiele).

No i jeszcze ten styl: bogaty, śpiewny, sarmacki. Ostatni już cytat. Pisząc o Rosji, Wańkowicz wpada w dygresję i pisze o swoich rodzinnych Kresach. "Moja brama Dźwińsko-Dnieprowa, na której odbyło się 28 wielkich pobojowisk polsko-rosyjskich, nie jest zarośnięta bukiem, nie zna tchnienia golfstromu ( ) Jej ubogą sapowatą ziemię porasta brzezina gdzieś jak pod Kołomną czy Kaługą, co zimę pokrywają ją głębokie kopne śniegi, w których płonie kolorowy wrzask baniaków cerkiewnych, tak barbarzyńskich na mazowieckich piaseczkach, tak pełnych niewysłowionego wdzięku na ziemi naszej. Po domach naszych kresowych wisiały portrety przodków-archimandrytów i ihumenów, gramoty przez naszych królów polskich po białorusku pisane, herby nasze miały krzyże, krzyże-strzały z unickimi czy zgoła prawosławnymi belkami poprzecznymi, wywodziliśmy się od protoplastów Wańków, Wołodźków, Hrehorów, Fiedorów. Mniej znaliśmy żniw niźli bitew lub polowań i mniej majowych nabożeństw przed słodkim obrazem włoskiej madonny niż trwogi przed groźnym Bogiem, jawiącym się w piorunach nad puszczami i w ogniu bitewnym".

Piękne, prawda? Czasy się zmieniły i dziś już nikt tak nie pisze. Gdybym przyniósł coś takiego do "Dużego Formatu", red. Szczygieł postukałby się wymownie w czoło i odesłałby tekst do poprawki.

Jeszcze w sierpniu powinna trafić do sprzedaży "Karafka La Fontaine'a" - na pół biografia, na pół gawęda o dziennikarstwie i reportażu, jedna z najważniejszych książek Wańkowicza.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    11 głosów

Chcesz iść na mecz? Idź do kina

Łatwiej chyba polecieć na Marsa niż dostać się na mecz naszej reprezentacji

Ale POleciało

PO ma najgorsze notowania i najmniejszą przewagę nad PiS od wygranych wyborów. Tych z 2007 r. - pokazuje sondaż TNS OBOP. Urosły słupki PiS, Ruchu Palikota i SLD

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W piątek z ''Gazetą'':

  • Gazeta Telewizyjna