To pytanie nie jest przypadkowe. Frontman Bad Religion to w punkowym światku postać wyjątkowa. Co tam zresztą punkowym - drugiego takiego oryginała nie znajdziemy prawdopodobnie w całym muzycznym show-biznesie. Greg od wielu lat skutecznie dzieli czas między zespołem, z którym już od trzech dekad nagrywa płyty i jeździ w trasy koncertowe, a pracą naukową i karierą uniwersytecką. Studiował antropologię i geologię na Uniwersytecie Kalifornijskim. Z tej drugiej uzyskał magisterium, po czym napisał doktorat z biologii ewolucyjnej. Prowadzi wykłady z paleontologii, ale w pracy badawczej zajmuje się również zagadnieniami z historii i filozofii nauki. Dwa lata temu otrzymał nagrodę za "wyjątkowe osiągnięcia w kulturowym humanizmie" od studenckiej organizacji Harvard Secular Society. Faktycznie trudno posądzić go o brak pozamuzycznych zainteresowań.
Tym bardziej że to jeszcze nie wszystko. Niezobowiązująca wymiana e-maili na temat tekstu jednej z piosenek Bad Religion zaowocowała współpracą Grega z wykładowcą chrześcijańskiego uniwersytetu Johna Browna, historykiem Prestonem Jonesem. W efekcie obaj panowie popełnili książkę "Is Belief In God Good, Bad Or Irrelevant. A Professor and Punk Rocker Discuss Science, Religion, Naturalism & Christianity". Brzmi poważnie, ale Graffin na takie poważne tematy wypowiada się regularnie. Parę lat temu magazyn "Wired" zaprosił go do poważnej dyskusji na temat ateizmu. Po części zapewne dlatego, że Greg od dawna ma wyrobiona markę rockowego intelektualisty. Po części dlatego, że zaproszeń do takich dyskusji należy się spodziewać, gdy
gra się w kapeli o nazwie Bad Religion.
Nazwa, a także logo grupy - przypominające drogowy znak zakazu wyobrażenie czarnego krzyża przekreślonego na czerwono - zwane przez fanów "crossbuster" to dziś ważny element ideologii zespołu. - Wiara w partnera czy najbliższych przyjaciół to rzecz ważna, bo bez niej nie ma relacji międzyludzkich. Ale wiara w religię czy przywódców politycznych? W takie rzeczy nie warto wierzyć - podkreśla Graffin w wywiadach. Jak to jednak często bywa, ta ideologiczna postawa nie od początku miała poważne podstawy. Bad Religion powstali pod koniec lat 70. w Kalifornii, gdy Greg i reszta zespołu była jeszcze pryszczatymi nastolatkami. Frontman grupy nie ukrywa, że na nazwę i logo zdecydowali się wówczas głównie z jednego powodu - byli przekonani, że nieźle wkurzą one ich rodziców.
Bad Religion i crossbuster potrafią wkurzać i teraz. Swego czasu w Rosji przeciw sprzedaży gadżetów z logo zespołu gwałtownie protestowały tamtejsze organizacje religijne. A i w Polsce wizyta grupy, która ma w logo przekreślony krzyż, właśnie teraz wygląda trochę jak komentarz do nadwiślańskiej rzeczywistości. To rzecz jasna zbieg okoliczności, ale pewnie Bad Religion nie mieliby nic przeciwko takiej interpretacji - to zespół mocno zaangażowany, który lubi zabierać głos w różnych kwestiach kulturowych, społecznych i politycznych: od sytuacji na skomercjalizowanym rynku muzycznym po wojnę w Iraku.
Poza otoczką polityczną Bad Religion to jednak także
muzyka. Graffin i jego kumple mogliby do woli rzucać kontrowersyjne polityczne hasła, ale bez dobrych piosenek, które im towarzyszą, najprawdopodobniej nikt nie zwróciłby na nich uwagi. Grupa nagrała kilkanaście albumów studyjnych. Pierwsze z nich jeszcze w latach 80., ale naprawdę poważnie zaistniała na scenie niezależnej na początku następnej dekady. Przełomowe dla formacji okazały się takie płyty jak "Against The Grain" czy "Recipe For Hate" z piosenkami w rodzaju "21st Century (Digital Boy)" i "American Jesus" - pełne punkowej energii i gitarowego jazgotu, ale jednocześnie niezwykle melodyjne i ozdobione świetnymi, wymarzonymi do chóralnego śpiewania na koncertach, refrenami. To właśnie za sprawą takich numerów Bad Religion w Stanach doczekali się nawet miana odnowicieli punkowego gatunku i współtwórców jego nowej odmiany: kalifornijskiego punk rocka - zbuntowanego, bezkompromisowego, ale jednocześnie niezwykle melodyjnego i przebojowego, tworzonego jakby z myślą o wyluzowanych surferach i deskorolkarzach śmigających po ulicach Los Angeles.
To rozwoju kalifornijskiego punka przyczyniły się zresztą nie tylko płyty Bad Religion, ale i firma założona przez gitarzystę grupy Bretta Gurewitza. Założona w latach 80., aby wydawać Bad Religion, przekształciła się pod koniec dekady w prawdziwą punkową instytucję, która przygarnęła pod swoje skrzydła całe zastępy nowych niezależnych kapel i stała się prawdziwą wylęgarnią młodych talentów. To dla Epitaph nagrywali dziś uchodzący już za klasyków gatunku Rancid, NOFX, SNFU czy The
Offspring. Gigantyczny komercyjny sukces tego ostatniego nieomal nie wykończył i Epitaph, i samego Bad Religion - nagle w małej, niezależnej firmie pojawiły się duże pieniądze, a wraz z nimi kłopoty. Gurewitz wpadł w narkotykowy nałóg i na kilka lat odszedł z zespołu. Dziś znów jest muzykiem macierzystej formacji.
Trudno w to uwierzyć, ale występ na warszawskim festiwalu to pierwsza wizyta Bad Religion w Polsce. Dlatego choć Rock In Summer ma w programie kilka innych atrakcji - w amfiteatrze w parku Sowińskiego, gdzie odbywają się koncerty, poza polskimi kapelami pojawi się między innymi kanadyjski zespół Billy Talent - bez wątpienia to Graffin, Gurewitz i ich koledzy będą największą atrakcją imprezy. Zespół wykorzysta zapewne polski koncert jako okazję do ogrania swojego najnowszego materiału - we wrześniu ukazuje się 15. już w dorobku grupy album "The Dissent Of Man". Pokaźna dyskografia i trzy dekady grania sprawiają, że fani formacji żartobliwie nazywają ją "Dad Religion" lub "Bald Religion" (Religia Tatusiów lub Łysa Religia). - Jedną z naszych fotek promocyjnych jakiś fan obdarzył komentarzem: "Boże, oni wyglądają jak banda nauczycieli" - śmieje się Gurewitz. - No i świetnie. To jeden z plusów bycia w zespole, który ma już tyle na karku. Nie musimy się już dłużej przejmować tym, co inni sądzą o naszym wyglądzie.