http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Co robi Bogart pod Bełchatowem

Jędrzej Słodkowski
2010-08-14, ostatnia aktualizacja 2010-08-13 16:38

Koncert krakowskiego zespołu Limboski Quartet: trochę rocka, garść jazzu, szczypta poezji śpiewanej, tanga i country
Koncert krakowskiego zespołu Limboski Quartet: trochę rocka, garść jazzu, szczypta poezji śpiewanej, tanga i country
Fot. Dariusz Kulesza / Agencja Gazeta

Między Radomskiem i Bełchatowem - na zadupiu, nie trzeba się tego wstydzić - jest klub, o jakim się wam nie śniło

Gomunice to wieś w powiecie radomszczańskim. Prawie 2 tys. mieszkańców, właściwie - miasteczko. Kilka minut samochodem do Kamieńska, kwadrans do Radomska, 20 minut do Bełchatowa. Gminą od kilkunastu lat rządzi ten sam wójt; parę lat temu zasłynął z rozprowadzania kiełbasy własnej produkcji w urzędzie.

W Gomunicach krawężniki są białe, ulice czyściutkie, szkoła z nowoczesną halą sportową. Kilka pięknych starych willi drewnianych, kilka bloków, poza tym klockowata klasyka wiejsko-podmiejska. Zadbane podwórka i żadnych śladów rolnictwa. - Masa ludzi dojeżdża stąd do pracy w kopalni - wyjaśnia Michał, nasz przewodnik po wsi. W oczy rzuca się pistacjowy budynek firmy wędliniarskiej, jednego z największych pracodawców we wsi. Obok pomalowany na ten sam kolor hotel Milenium (trzy gwiazdki), w którym akurat trwa wesele.

Przyjechaliśmy do Gomunic, by na własne oczy zobaczyć, na czym polega fenomen klubu Bogart, jednego z najprężniejszych kulturalnie miejsc w centralnej Polsce. Klub stoi na skraju Gomunic, a właściwie już w osadzie Wojciechów, tuż obok fabryki folii. W ubiegłym roku w Bogarcie zagrało prawie 60 wykonawców: Martyna Jakubowicz, L.Stadt, Voo Voo, Dick4Dick, Habakuk, Leszek Cichoński i Mike Green, Kasa Chorych, Rezerwat, Marek Raduli Trio, Cree, Paul Lamb & The King Snakes, Psychocukier i Śląska Grupa Bluesowa - by poprzestać na tych najbardziej znanych. My przyjechaliśmy na koncert krakowskiego zespołu Limboski Quartet. Trochę rocka, garść jazzu, szczypta poezji śpiewanej, tanga, country i Bóg wie czego jeszcze.

Humus z Gomunic

Długi szary parterowy budynek klubu nie zapowiada specjalnych atrakcji. Przypomina barak po liftingu. Wchodzimy do środka. W sali z barem i niewielką sceną kręci w nosie od zapachu kadzideł. Oczy wariują na widok ścian wymalowanych w psychodeliczne wzory i sufitu pełnego zwierząt rodem z książek fantasy. Świecą w ciemności, bo namalowane są fluorescencyjną farbą. Króluje cegła, meble z najrozmaitszych parafii i plakaty z minionych koncertów.

Nietrudno poznać, kto rządzi w tym odjazdowym miejscu. Przemysław Urbański - rocznik '72 - wygląda jak przybysz z tamtej epoki. Długie włosy, broda, kolorowa koszula wystająca spod kuchennego fartucha. Bo w maju Bogart uruchomił kuchnię. Przeglądam menu i oczom nie wierzę: pizzy można się było spodziewać, ale ogromnego wyboru dań arabskich już niekoniecznie.

Zamawiam mój ulubiony humus, którego w mojej Łodzi ze świecą szukać, mój towarzysz, "gazetowy" fotograf Darek Kulesza - danie z bobu. Wszystko arcysmaczne, przygotowane na miejscu przez kucharza, który przyjeżdża w weekendy z Radomska. Pan Ahmed, Palestyńczyk, który do Polski przyjechał dawno temu na studia, jest inżynierem budownictwa. - W kuchni odpoczywam od komputera - wyjaśnia, częstując mnie jeszcze wyborną zupą z soczewicy. Od połowy sierpnia będzie przyrządzać dania śródziemnomorskie. Jesienią przyjdzie czas na kolejny kulinarny region świata.

Początki Bogarta nie zapowiadały egzotyki. - Jestem tubylcem z krwi i kości. Uwielbiam muzykę, a że nie potrafię grać na niczym, wymyśliłem, że poprowadzę klub. Bogart powstał 15 lat temu. Niestety, szybko przerodził się w dyskotekę. A nie o to mi chodziło - rozpoczyna opowieść Urbański. - Zrobiliśmy tylko jeden koncert. W 1999 r. zagrał T.Love w ramach akcji radiowej "Trójki" "Pocztówka do św. Mikołaja", która dziś nazywa się "Idą święta". Były licytacje. Do dziś jesteśmy jedynym miejscem, które organizuje koncerty w ramach tej akcji.

We współpracy z radiową "Trójką" Urbański od kilku lat organizuje także festiwal Minimax.pl. - Pierwsze edycje były w klubach w Warszawie. Potem pomysł upadł, więc pomyślałem, że my to zrobimy. Piąta edycja w 2008 r. zbiegła się z 40. rocznicą audycji "Minimax". Mieliśmy okazję wręczyć panu Piotrowi Kaczkowskiemu urodzinowy tort - mówi z dumą.

Zaraz po koncercie T.Love Urbański wyjechał z żoną na trzy lata do Londynu.

Siekiera i koniec wątpliwości

Dziwię się, że dyskoteki odbywały się w tak małej sali. Gdyby wynieść stoły i krzesła, mogłaby pomieścić nieco ponad 100 osób. Do tego dochodzi niewielki pokój, w którym można odpocząć od koncertowych wrażeń, i odseparowana wahadłowymi drzwiami "szafa" dla dwóch par. Zagadka wyjaśnia się, gdy szef prowadzi nas na zaplecze, które okazuje się salą koncertową dla co najmniej półtysięcznej publiki. - Widzicie? - Urbański kieruje wzrok ponad stosy drewnianych klepek, szafy, resztki akcesorium bilardowego i zardzewiałe rowery. - Piękna scena teatralna z lat 50. Ten budynek służył kiedyś za przyfabryczny dom kultury. Moja babcia budowała go własnymi rękami. Były pieniądze, przyjeżdżało mnóstwo artystów. Hanka Bielicka, Maryla Rodowicz, zespoły z zagranicy. Fabrykę zbudował jeszcze przed wojną zamożny dziedzic, który przeprowadził się tu z Wojciechowa Lubelskiego. Powstawały tu meble gięte. Piękne mebelki, szły na cały świat. A potem zaczęli produkować tu tworzywa sztuczne.

Urbański wrócił do Gomunic i Bogarta w 2003 r.: - Wiedziałem, że może być ciężko. Bałem się, że jak zabraknie na telefon, będzie mnie kusiło, żeby zrobić imprezę. Aby zamknąć sobie możliwość powrotu do dyskoteki, wziąłem siekierę i rozwaliłem bar. I dobrze zrobiłem, bo pewnie bym nie wytrzymał.

- Na początku organizowaliśmy koncerty od czasu do czasu. Potem co dwa tygodnie, co tydzień. Teraz zdarzają się trzy w tygodniu. Nie jest lekko, bez wsparcia rodziny by się nie udało. Urząd gminy nam pomaga, choć finanse na kulturę są właściwie żadne. Ale rozumieją to, co robię. Ostatnio znów Bogart współorganizował Dzień Gomunic. Na stadionie wystąpił zespół Farben Lehre, był cygański teatr muzyczny i teatrzyk dla dzieci. Żadnego disco polo i innej kaszany - mówi.

Nie ma buractwa

- Jaki w tym sens, by czołówka polskiego bluesa, rocka, jazzu, sceny alternatywnej, znakomici artyści zagraniczni przyjeżdżali do miejsca, które jest, hm... - waham się - trochę nigdzie?

Urbański: - Nie trzeba się wstydzić słowa "zadupie". Jakbym o tym myślał, to nic bym nie zrobił, wszystko wskazywałoby na to, że taki projekt nie ma szans. My działaliśmy nie głową, ale z serca.

- Ale jakim cudem na zadupiu funkcjonuje klub, w którym dzieje się więcej niż w wielu klubach Łodzi, Warszawy, Krakowa?

- Artyści mówią, że mamy jedną z najlepszych publiczności w kraju. Jest wymiana energii, dobrze się słucha i dobrze gra. Wiele zespołów gra nie w Łodzi czy Warszawie, ale u nas. Niedawno gościliśmy genialny brytyjski zespół The Brew. Ich europejska trasa w skrócie wyglądała tak: Barcelona, Walencja, Berlin, Dortmund, Wrocław, Gomunice. Jedni artyści polecają Bogarta drugim, ja sam wyszukuję ciekawe zespoły. Teraz uruchamiamy środowe wieczorki jazzowe. Chciałbym też, by co dwa tygodnie były przedstawienia teatralne, spotkania z podróżnikami.

Rozmowa rwie nam się co chwila, bo Urbański jest w Bogarcie także nagłośnieniowcem. Na koncercie Limboski Quartet nie jest tłoczno, jakieś 30 osób. - Czasem zdarza się, że pierwszoligowe polskie kapele grają dla ośmiu osób, ale nawet wtedy artyści dają z siebie wszystko. Nie ma buractwa - mówi Urbański. - Raz pewien zespół grał dla kilkunastu osób. Dali krótki koncert i wyglądało na to, że będą się zwijać. Wtedy ktoś z publiczności wpadł na pomysł powiązania muzykom sznurowadeł. A oni to zauważyli, gdy leżeli już na podłodze. Zrozumieli przekaz i znów zagrali. Ale dali czadu!

Są też koncerty, na które przychodzą tłumy. - Ostatnio na Kobranocce musieliśmy odmawiać wstępu - mówi Urbański. - Przykre tylko, że nie przychodzą miejscowi. Większość publiczności przyjeżdża z Bełchatowa, Radomska, Łodzi, Częstochowy, małych sąsiednich miejscowości. W zeszłym roku grał u nas w ramach akcji "Idą święta" Lech Janerka, była transmisja w "Trójce", przyjechali ludzie z Gdańska, Krakowa, Wrocławia. Z Gomunic - garstka.

Przyszłość

Ściany mniejszej z sal obwieszone są plakatami z koncertów, na których Urbański był w Anglii i Polsce. Jethro Tull, The Cure, Ten Years After. Rozmawiamy o tej ostatniej grupie. - Ich też tu ściągnę - w oku szefa Bogarta pojawia się błysk. - Jak tylko wyremontuję dużą salę. Radiowcy z "Trójki" powiedzieli, że jest w niej znakomita akustyka.

- A kiedy wyremontujesz? - pytam. - A, jeszcze w tym roku - odpowiada pewnie. I dodaje: - Tyle że powtarzam to od czterech lat.

Aha, brawa po pierwszych piosenkach Limboski Quartet były dość niemrawe. Ale przed północą zespół schodził ze sceny dopiero po czwartym bisie, a i to jakby się przymuszając.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 13 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    15 głosów