http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Bardziej prawdziwa legenda o Jimie

Robert Sankowski
2010-08-13, ostatnia aktualizacja 2010-08-13 19:12

Czy mit Jima Morrisona jest wciąż czytelny dla kolejnych pokoleń fanów? Dziś na ekrany polskich kin wchodzi dokument "The Doors. Historia nieopowiedziana"

Jim Morrison, lider zespołu The Doors. Aresztowany w 1969 r.  pod zarzutem nieobyczajnego zachowywania się podczas koncertu w Miami
Fot. crime.about.com
Jim Morrison, lider zespołu The Doors. Aresztowany w 1969 r. pod zarzutem...
The Doors. Od lewej: John Densmore, Robbie Krieger, Ray Manzarek i Jim Morrison
Fot. AP
The Doors. Od lewej: John Densmore, Robbie Krieger, Ray Manzarek i Jim Morrison
"The Doors. Historia nieopowiedziana", reż. Tom DiCillo, narracja: Johnny Depp, dystr. Best Film, premiera 13 sierpnia

Płyty The Doors wciąż brzmią świetnie. Może pokryła je lekka patyna, może ich produkcja trąci myszką, ale surowość i siła tej muzyki robi wrażenie. Mimo to trudno odnaleźć na dzisiejszej scenie bezpośrednich spadkobierców tej formacji. The Doors to już popkulturowa legenda, kamień milowy w historii muzyki rockowej, a nie żywa tradycja.

Co innego Morrison. To, co atrakcyjne i uniwersalne w historii zespołu, to przede wszystkim on. Niekoniecznie jako muzyk z krwi i kości, intrygujący wokalista i elektryzujący showman. Raczej jako archetyp rockowej gwiazdy - poza modami i trendami. Jest jednym z bohaterów rockowego panteonu, obok Elvisa, Johna Lennona, Sida Viciousa i Kurta Cobaina. Wciąż fascynujący, wciąż obecny w popkulturze, ale wyraźnie ograniczony do kilku cech, atrybutów i anegdot.

Oglądając "Historię nieopowiedzianą", miałem wrażenie, że reżyser tego dokumentu Tom DiCillo dobrze zdaje sobie z tego sprawę i próbuje swoim filmem przywrócić Jima do życia. Zadanie trudne. Czy w ogóle możliwe do wykonania? Nie przypadkiem w oryginale ten obraz nosi tytuł "When You're Strange". To cytat z piosenki Doorsów "People Are Strange" - cały jej tekst można traktować jako credo Morrisona odszczepieńca. Faceta, który pokazał środkowy palec wszystkim obowiązującym zasadom. Przeżywającej właśnie ogromny kryzys wartości konserwatywnej Ameryce lat 60. Ale i swojemu pokoleniu podążającemu za utopijną wizją światowego pokoju i kosmicznej miłości. Z jednej strony nie przyznawał się do swojej rodziny (jego ojciec był wysoko postawionym w wojskowej hierarchii oficerem marynarki), wpisując w rubryce "rodzina" w kwestionariuszach osobowych: "nie żyje". Z drugiej obrażał ze sceny swoją publiczność, nieustannie prowokując i kpiąc z jej naiwnych ideałów.



Takie historie nie kończą się dobrze, a tragiczna śmierć gwiazdy zawsze mocno działa na wyobraźnię masowego odbiorcy. Ale co tak naprawdę doprowadziło do śmierci Morrisona? Jak opowiedzieć to bez przesadnego mitologizowania? Czy taki, obnażony trochę ze swoich gwiazdorskich cech, pokazany wielowymiarowo Morrison wciąż jest interesujący? I czy w ogóle - z całym tym swoim image'em wiecznego kontestatora i nonkonformisty - jest postacią na tyle interesującą i przemawiającą do wyobraźni, aby uwieść dzisiejszego widza, który słucha już zupełnie innej muzyki i ma zupełnie innych bohaterów?

DiCillo odpowiada: tak. Owszem, puszcza oko do współczesnego odbiorcy - narratorem tej historii jest Johnny Depp. Aktor kojarzony ze zbuntowanym nurtem Hollywood, przez swoją biografię i wybory artystyczne podobny jest do Morrisona. Ale poza tym ma się tu bronić wyłącznie sam Jim i jego historia. Jeśli nie liczyć impresji zaczerpniętych z filmu "HWY: An American Pastoral" z 1969 roku z Morrisonem w roli głównej i informacji o śmierci wokalisty spinającej dokument niczym klamra - opowiadana w sposób linearny, od młodości Jima, krótkiej przygody z Uniwersytetem Kalifornijskim, gdzie studiował literaturę i film, przez powstanie The Doors aż po wielki sukces grupy, a w końcu wyjazd do Paryża, gdzie 3 lipca 1971 roku Morrison umiera w pokoju hotelowym po intensywnej, pełnej alkoholowych i narkotykowych ekscesów nocy. Po drodze śledzimy wszystkie dobrze już znane wielbicielom The Doors wydarzenia. Spotkanie Jima z klawiszowcem Rayem Manzarkiem na plaży w Venice Beach w 1965 roku. Reakcje na pierwsze wykonanie "The End", utworu ze względu na poruszanie tematu kazirodztwa uważanego wówczas za niezwykle obrazoburczy. Występ u Eda Sullivana, gdzie Morrison jako pierwszy w historii nie zgodził się na zmianę kontrowersyjnych słów w swojej piosence. Sukcesy kolejnych płyt grupy. Postępujące kłopoty wokalisty z alkoholem i narkotykami. Wreszcie słynny występ w Miami w 1969 roku, podczas którego Morrison jakoby publicznie się obnażył (do dziś nie znaleziono żadnych zdjęć potwierdzających te oskarżenia), za co trafił przed sąd i został skazany. Wszystko na oryginalnych, archiwalnych zdjęciach, na których oglądamy zespół zarówno na scenie, jak i w sytuacjach prywatnych. DiCillo rzuca tę historię na tło historyczne (słusznie, bo przecież pamiętamy, że od tamtych czasów minęło już 40 lat). Pobieżnie, ale w stopniu pozwalającym się zorientować w politycznym, społecznym i kulturowym kontekście. Na ekranie migają więc prezydent John F. Kennedy, pastor Martin Luther King, pojawiają się migawki z wojny w Wietnamie, demonstracji pokojowych brutalnie pacyfikowanych przez policję i szalonych hippisowskich imprez.

Czy po obejrzeniu "Historii nieopowiedzianej" wiem o Morrisonie więcej? Nie. Ale na pewno wydaje mi się on teraz postacią sympatyczniejszą niż na przykład w nakręconym w 1991 roku przez Oliviera Stone'a filmie fabularnym "The Doors". To nieprzypadkowe porównanie. I sam reżyser, i żyjący muzycy The Doors podkreślali, że dokument ma być w pewnym sensie odpowiedzią na tamten film - okazją do odkłamania wizerunku Morrisona. - Obraz Stone'a był niezły, ale jego scenariusz nie pokazywał, jaki Jim był naprawdę. Ten dokument daje lepszy wgląd w jego umysł - mówił gitarzysta The Doors Robbie Krieger. Jeśli to prawda, punkt dla DiCillo. Ale warto pamiętać, że w przypadku gwiazd popkultury nie zawsze to prawda sprzedaje się najlepiej i wypada na ekranie najbardziej atrakcyjnie.

Jim Morrison na ekranie

Zanim został gwiazdą rocka, studiował na kierunku filmowym Uniwersytetu Kalifornijskiego. W czasie tych nieukończonych nigdy studiów zrealizował dwie etiudy, które nie wzbudziły specjalnego entuzjazmu ani wśród wykładowców, ani innych studentów. Jim nigdy jednak nie zrezygnował z filmowych ambicji, czego dowodem choćby zrealizowana w konwencji jak najbardziej współczesnych teledysków ilustracja do piosenki The Doors "The Unknown Soldier", w której niezwykle sugestywnie odgrywa rolę rozstrzeliwanego skazańca.

Już jako znany muzyk zaangażował się też w dwa poważne projekty filmowe. Pierwszy z nich to nakręcony w 1969 r. przez Paula Ferrarę (Jim był jednym ze scenarzystów i producentów filmu) "HWY: An American Pastoral". Morrison gra w nim tajemniczego, jakby wyjętego z prozy Kerouaca wędrowca, który przemierza prowincjonalną Amerykę najpierw pieszo, potem fordem mustangiem. Drugi to późniejszy o rok i znów wyreżyserowany przez Ferrarę "Feast Of Friends", dokument portretujący koncertowe i pozasceniczne oblicze The Doors.

To koniec ról zagranych przez Morrisona, ale nie koniec jego obecności w filmach. Frontman The Doors intrygował wielu reżyserów, którzy ożywili jego postać w swoich filmach. Najsłynniejszy przypadek to oczywiście "The Doors" z 1991 roku - mocno podkoloryzowana przez Olivera Stone'a biografia zespołu. W rolę Morrisona wcielił się w nim - z ogromnym powodzeniem, co przyznają nawet muzycy grupy - Val Kilmer. Rok później postać Jima grana przez Dave'a Brocka pojawia się w komedii Roberta Zemeckisa "Ze śmiercią jej do twarzy" - wokalista ma być jednym z wielu celebrytów, który wypił eliksir wiecznej młodości. Morrison jest też duchowym przewodnikiem tytułowego bohatera innej komedii - zrealizowanej w 1993 roku przez Stephena Surjika "Wayne's World 2".

The Doors w kinie

Filmografia The Doors to przede wszystkim doskonale znane wszystkim fanom grupy filmy dokumentalne, na przykład "No One Here Gets Out Alive", zmontowany z nagrań archiwalnych i wywiadów obraz Gordona Forbesa towarzyszący słynnej, napisanej przez Jerry'ego Hopkinsa i Danny'ego Sugermana książkowej biografii Morrisona o tym samym tytule, czy "Live At The Hollywood Bowl", filmowy zapis koncertu grupy, który ukazał się również w formie płyty.

Muzyka grupy - już nie jako główny bohater filmu, lecz jego ilustracja - pojawia się również w wielu hollywoodzkich produkcjach. Najsłynniejszy przykład wykorzystania kompozycji The Doors w kinie to bez wątpienia dwie sekwencje - otwierająca film oraz finałowa, w której ginie grany przez Marlona Brando pułkownik Kurtz - z "Czasu apokalipsy" Francisa Forda Coppoli.

Doczekał się on wielu parodii - np. w aż trzech odcinkach animowanych "Simpsonów" czy programie rozrywkowym "Saturday Night Live".

W oskarowym "Forreście Gumpie" Roberta Zemeckisa słyszymy aż trzy piosenki The Doors: "Break On Through", "Hello, I Love You" i "People Are Strange". Ten ostatni - w wykonaniu klawiszowca The Doors Raya Manzarka i zespołu Prong - słychać też w ścieżce dźwiękowej do filmu "Dziwne dni" Kathryn Bigelow. Także w cudzych wersjach piosenki The Doors usłyszeć można na przykład w horrorze z 1987 roku "Straceni chłopcy" (numer "People Are Strange" grają tam Echo & The Bunnymen) czy nawet serialu "Californication" (w jednym z odcinków pierwszej serii pojawia się "L.A. Woman" w remiksie Paula Oakenfolda).



Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2
  • 1
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':