Koncert odbędzie się 18 kwietnia w łódzkiej Atlas Arenie. To jeden z kilkudziesięciu przystanków w obejmującej Europę i USA trasie. Tak jak trzy dekady temu, gdy album promowało
Pink Floyd, występy będą wielkim widowiskiem, tyle że bez udziału innych muzyków grupy - Waters zaproponował współpracę gitarzyście Davidowi Gilmore'owi, ten jednak odmówił. Ale i tak szykuje się wydarzenie.
Waters podkreśla antywojenną wymowę płyty: - Gdy pisałem "The Wall", byłem wystraszonym młodym człowiekiem. W ciągu tych 30 lat lat stało się dla mnie jasne, że za wszystkimi "izmami" - nacjonalizmem, rasizmem, seksizmem - stoi ten sam strach.
Czy Watersowi uda się wlać w "The Wall" współczesne treści? A może cała trasa to tylko skok na kasę? I czy w ogóle "The Wall" jest warte szumu, jaki towarzyszy płycie od lat?
Dwupłytowy album powstał jesienią 1979 r. - w wyjątkowym momencie zarówno dla Pink Floyd, jak i całego rocka. Przez dekadę zespół pracował na pozycję jednej z największych gwiazd sceny muzycznej. Z awangardowej i niepokornej formacji z początku lat 70. przeistoczył się w supergrupę, której każda kolejna płyta była wielkim wydarzeniem artystycznym i komercyjnym. Punktem zwrotnym był album "The Dark Side Of The Moon" z 1973 r., na którym Floydzi połączyli artystyczne pretensje z atrakcyjnym dla publiczności brzmieniem. Krytycy uznali to za arcydzieło. Płyta aż 741 tygodni była na listach sprzedaży "Billboardu". W sumie rozeszło się 45 mln egzemplarzy.
Po takim sukcesie nic już nie mogło być takie samo. Pink Floyd w latach 70. rozwijali wypracowaną na "The Dark Side Of The Moon" formułę - ambitne concept albumy budowane wokół jakiegoś lejtmotywu. "The Wall", rock opera opowiadająca historię Pinka, wyimaginowanej gwiazdy rocka, która zmaga się z traumami z dzieciństwa - śmiercią ojca, nadopiekuńczą matką, opresyjnym systemem edukacyjnym, alienacją i dręczącym poczuciem winy - jest kulminacją i ostatnim z wielkich dzieł Pink Floyd.
Kto nie zna "Another Brick In The Wall Part 2", "Mother" czy "Comfortably Numb"? Ale w tej muzycznej opowieści poszczególne piosenki stanowią tylko część większej struktury. Dobitnie podkreślała to trasa - parateatralne widowisko, w czasie którego zespół wykonywał cały materiał z albumu, podczas gdy na scenie powstawała oddzielająca muzyków od publiczności 12-metrowa ściana. "The Wall" stało się też kanwą filmu Alana Parkera, w którym w Pinka zagrał lider zespołu The Boomtown Rats Bob Geldof.
To także punkt kulminacyjny w artystycznej biografii Watersa - basisty i wokalisty Floydów, który z płyty na płytę stawał się liderem grupy, aby w końcu uczynić z zespołu maszynę do realizacji własnych artystycznych wizji. Zbieżność biografii bohatera płyty i jej twórcy rzuca się w oczy.
"The Wall" to jednocześnie ostatnie wielkie dokonanie rocka progresywnego. Pożegnanie z dekadą, w której muzycy rockowi bez skrępowania realizowali najbardziej szalone dźwiękowe fantazje, aby potem prezentować je na ciągnących się miesiącami koncertach pełnych fabularnych i scenograficznych fajerwerków. Gdy "The Wall" pojawił się w sklepach, od kilku lat szalały już punk rock i nowa fala, które muzyce rockowej przywróciły jej pierwotną prostotę. Nadciągała nowa dekada, w której pop - choć wciąż potrafił przekazywać ambitne treści - znów stał się rozrywką.
Ten zwrot wpływa na współczesne oceny "The Wall". Kto wierny jest etosowi lat 70., będzie widzieć w niej odważne arcydzieło. Dla odrzucających artrockową estetykę album to symbol zadęcia i patosu, a Waters wylewający żale na dwóch płytach (to w sumie aż 26 kompozycji) będzie mniej interesujący niż Talking Heads czy
The Smiths - zawierający ważne prawdy w trzyminutowych numerach, z domieszką kompletnie obcego liderowi Pink Floyd humoru i autoironii.
Można też ująć dzieło Watersa w postmodernistyczny nawias. Tak jak nowojorska formacja
Scissor Sisters, która parę lat temu nagrała własną wersję "Comfortably Numb", zamieniając tę ikoniczną piosenkę Pink Floyd w taneczny przebój w duchu Bee Gees. W czasach przemieszania gatunków być może właśnie to ostatnie rozwiązanie jest najbardziej na miejscu.