http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Maklak i syrenka

Rozmawiał Jacek Szczerba
2010-08-12, ostatnia aktualizacja 2010-08-17 19:23

Scena ze spektaklu
Scena ze spektaklu "Nosorożec" w reżyserii Zygmunta Hübnera z 1960 r. Od lewej Zdzisław Maklakiewicz i - pomiędzy nogami Krystyny Łubieńskiej - Zygmunt Hübner.
Tadeusz Link, ze zbiorów Działu Teatralnego MNG

- Piło się z nim w kulturalnej atmosferze. Natomiast jak wchodził Himilsbach, to wszystko było zaraz na granicy: sąd grodzki, izba wytrzeźwień, a nawet utrata życia. Obaj mieli szczęście, że żyli i grali w PRL-u. To ich zeszmacenie pasowało do tego systemu - Zdzisława Maklakiewicza wspomina reżyser Janusz Kondratiuk

Telewizja Kino Polska proponuje w sierpniu piątkowe wieczory ze Zdzisławem Maklakiewiczem (1927-77).

Pokazała już "Hydrozagadkę" (1970) Andrzeja Kondratiuka. Podczas upałów znika w Warszawie woda. Nieustraszony As (Józef Nowak) rozwiązując tę zagadkę, trafia na ślad diabolicznego doktora Plamy (Maklakiewicz).

13 sierpnia - "Wniebowziętych" (1973) Andrzeja Kondratiuka. Dwaj kumple (Maklakiewicz i Jan Himilsbach, współscenarzysta filmu), wygrawszy w totolotka, latają samolotami po Polsce.

20 sierpnia - "Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy" (1973, na półce do 1980). Dyrektor przedsiębiorstwa (Leon Niemczyk) zabiera spod pośredniaka dziesięciu bezrobotnych (wśród nich Maklakiewicza) do rozładunku wagonów.

27 sierpnia - nowelkę Jerzego Zarzyckiego z "Komedii z pomyłek" (1967) według Sienkiewicza. W kalifornijskim miasteczku dwoje Niemców (Iga Cembrzyńska i Maklakiewicz) otwiera konkurencyjne sklepy po dwóch stronach ulicy. Gdy idą do sądu, sędzia, nie znając niemieckiego, przez pomyłkę daje im ślub.

3 września - "Dzięcioła" (1971) Jerzego Gruzy. Kontroler w "Supersamie" (Wiesław Gołas) rusza w miasto, bo żona (Alina Janowska) wyjechała. Gdy podrywa koleżankę z pracy (Joanna Jędryka), chce go pobić jej brat (Maklakiewicz).

Rozmowa z Januszem Kondratiukiem

Jacek Szczerba: O Maklakiewiczu mówi się, że lepiej pokazywał, jak coś zagra, niż to potem grał.

Janusz Kondratiuk*: Do takich opinii trzeba podchodzić ostrożnie, bo on grywał często u reżyserów, którzy nie dorastali mu do pięt. Tam dochodziło do konfliktów, on wtedy odpuszczał. Czasem oni nawet nie zauważali, że on zrobił rolę majstersztyk.

W "Polskich drogach" Janusza Morgensterna Zdzisio gra umierającego nauczyciela tańca. Można by to zagrać na serio, monumentalizując. Ale Zdzisio gra odwrotnie - demoluje postać, gra zniszczonego człowieka, pijaka, który umiera nie dlatego, że zabijają go Niemcy, ale dlatego, że pada na serce. Wielcy aktorzy z reguły chcą być serio, z tego żyją. On był sieriozności wyzbyty. Nie pokazywał wielkości, patosu i piękna człowieka, tylko raczej to, jakim słabym gatunkiem jesteśmy.

Jak się z nim pracowało?

- Najpierw trzeba go było doprowadzić do takiego stanu, żeby mógł wybełkotać tekst. Co było trudne. Przy "Wniebowziętych", gdzie byłem drugim reżyserem, w czasie przerw przykuwałem jego i Himilsbacha kajdankami do kaloryferów na lotnisku w Warszawie. Krzyczeli na mnie: "Gestapowcu!". Przez pewien czas to skutkowało, ale potem milicjanci, do których należały kajdanki, przynosili im coś do picia.



Zdzisio często gadał od rzeczy, powtarzał fragment roli, który mu się spodobał i zafiksował, żonglując nim w dowolnych w miejscach.

Skoro to tak strasznie wyglądało, to dlaczego efekt był najczęściej znakomity?

- Bo to zostało wymęczone, wykrzyczane i wypłakane przez reżysera. Przy "Wniebowziętych" byłem odpowiedzialny za fragmenty z dziewczynami, które wcześniej grały u mnie w "Dziewczynach do wzięcia". Robiliśmy scenę wspólnego jedzenia. Rejestrowanie dialogów trwało długo, bo Himilsbachowi i Maklakiewiczowi ciągle coś spadało ze stołu, przerywali, nie bardzo wiedzieli, gdzie są. Ale jak już powiedzieli coś, co było bliskie temu, co zostało napisane, okazywało się, że jest świetnie. Słowa nie były takie ważne, liczyła się prawda postaci, a ona była absolutna.

Zdzisio i Jasio mieli szczęście, że żyli i grali w PRL-u. To ich zeszmacenie niebywale pasowało do tego systemu.



Maklakiewicz grywał lumpów, a przecież był inteligentem z szanowanej rodziny.

- Wujek - świetny kompozytor, on sam dobrze grał na pianinie. Ale tu los zadziałał. Na początku Zdzisio grywał amantów. Przezywali go w teatrze "Pupal", bo był jak utyte, lekko zapuchnięte dziecko. I może pozostałby przy rolach fircyków, gdyby nie spotkał w "Rejsie" Himilsbacha. To była obustronna fascynacja, która zmieniła się w związek typu miłość - nienawiść.

Poza tym Zdzisio miał talent literacki, umiejętność opisywania rzeczywistości. Aktorzy na ogół są narcyzami, skupieni na sobie: ja wchodzę. Co oni o mnie myślą? Jak wyglądam? Chyba mi włosy trzeba poprawić? A on uważnie obserwował. Wieczorem, gdy był już wolny, przy stoliku - w SPATiF-ie czy w Kameralnej - zapisywał na kartkach różne zdania, tworzył scenki z tego, co zobaczył, dorabiał puenty. I opowiadał to ludziom. Ten stolik był jak teatr jednego aktora.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 13 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    28 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':