http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Geje jak z obrazka

Paweł T. Felis
2010-08-06, ostatnia aktualizacja 2010-08-05 16:36

W kinach jest już "Mine vaganti. O miłości i makaronach" - nowy film Ferzana Ozpetka, który konsekwentnie próbuje godzić gejów z homofobicznymi mieszczanami. Szkoda, że tak topornie



W niemal wszystkich filmach pochodzącego z Turcji, ale mieszkającego we Włoszech Ferzana Ozpetka, punktem wyjścia jest rodzina: swoista przechowalnia dziwaków i konformistów, kultywująca zakłamanie i erotyczno-miłosne sekrety, wsysająca w mieszczańską mentalność, która odrzuca i tępi wszystko, co inne, a jednocześnie stawia przed wyborem - jesteś z nami albo uciekaj.

W "Mine vaganti" (tytuł oznacza po włosku postrzeleńców, którym brak piątej klepki) uciec próbują dwaj bracia. Tommaso (Riccardo Scamarcio) po kryjomu studiuje literaturę (a nie biznes), po kryjomu pisze książki i po kryjomu prowadzi życie szczęśliwie zakochanego geja. Antonio (Alessandro Preziosi) sfrustrowany jest jeszcze bardziej, bo w przeciwieństwie do bawiącego w Rzymie brata żyje w rodzinnej posiadłości na włoskiej prowincji, prowadzi rodzinną fabrykę makaronów, a o wieloletnim kochanku nie mówi nawet przyjaciołom.

Obaj bracia geje szykują się właśnie do coming-outu, planują zerwanie rodzinnej pępowiny i porzucenie makaronowego bogactwa, ale uda się tylko temu, który do homoseksualizmu przyzna się jako pierwszy. I jako pierwszy zostanie wyklęty. Głównie przez Vincenzo, po włosku rozchełstanego ojca, który uwielbia dowcipy o "pedałach" (słowa "gej" i "homoseksualizm" nie są mu w stanie przejść przez usta), bo jest prawdziwym macho - i jak na macho przystało, ślini się na widok każdej urodziwej kobiety, dzieli czas między żonę i kochankę, bo kobiety muszą znać swoje miejsce.

Kochanka nie odważy się powiedzieć wprost, że Vincenzo bredzi, żona na widok kochanki rzuci co najwyżej: "Pachnie tutaj dziwką". A rozkapryszona, odstawiona przez rodzinę na boczny tor, niewyżyta seksualnie ciotka singielka, która dla mężczyzny zdradziła kiedyś rodzinę, a ten ukradł jej pieniądze i porzucił, będzie jedynie krzyczeć co noc (w nadziei na gwałt?): "Złodziej, złodziej!".

"Mine vaganti" odrzuca nie dlatego jednak, że przypomina tandetną farsę (nieznośny jest zwłaszcza grający Vincenza Ennio Fantastichini, który ciągle stroi miny i każde zdanie wypowiada z manierą nadmiaru), ale dlatego, że uporczywie chce być czymś więcej. W sztuczny świat złożony z samych stereotypów Ozpetek wrzuca więc napuszony ton serio - dramat seksualnej inności, synowsko-ojcowskiego napięcia, niespełnionej miłości. Czy skrojona w ten sposób hybryda - karkołomne połączenie komedii bulwarowej z łzawą telenowelą - to jeszcze indywidualny styl coraz bardziej skręcającego w stronę mainstreamu reżysera, czy cyniczna walka o masową publiczność (w samych Włoszech "Mine vaganti" zarobił ponad 10 mln dol. i utrzymywał się długo w czołówce box office'ów)?

Znaczący jest w filmie fragment, w którym do homofobicznej rodziny makaronowych potentatów przyjeżdżają niespodziewanie geje z Rzymu: wymuskani, lekko zniewieściali, znający się na modzie ("to sukienka od Alberty Ferretti!"), unikający szampana ("mam po nim wzdęcia - źle wyglądam na plaży") i podnoszący wrzask, gdy przypadkiem upadnie im kawałek jedzenia.

Bo "Mine vaganti" to również folderowy obrazek współczesnych gejów - pięknych i pozbawionych kompleksów, świadomych swojej urody (kilkuminutowy teledysk, w którym rozebrani faceci tańczą w wodzie do włoskiego hitu), dowcipnych i wyemancypowanych. Obrazek, który Ozpetek na siłę próbuje połączyć z tematem odrzucenia, homofobii, mieszczańskiej dulszczyzny. Próbuje, ale nikogo z nikim nie godzi.

Bo żadnego demontażu barier w "Mine vaganti" nie ma. Jest tylko fabularny pomysł wytrych, który powraca u Ozpetka po raz kolejny (wcześniej choćby w "Saturno contro") - jeśli nie wiadomo, jak przełamać farsową homofobię bohatera, trzeba postawić na jego drodze trumnę. W końcu najbardziej zepsute, mieszczańskie serce w czasie pogrzebu musi zmięknąć.

Ale ta trumna nie bierze się w filmie znikąd - bohaterka, która całe życie musiała żyć w kłamstwie, postanowiła się w dość oryginalny sposób zabić: umarła z przejedzenia słodyczami. Ozpetek powinien potraktować to jak przestrogę: z coraz większą dezynwolturą kręci przecież filmy, w których wszystko jest ładne, słodkie i ckliwe. Tylko kino gdzieś po drodze zdechło.

"Mine vaganti. O miłości i makaronach", reż. Ferzan Ozpetek, Włochy 2009, dystr. Vivarto

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 5 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    13 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':