Na polu Woodstocku rozbito kilkadziesiąt tysięcy namiotów. Przed wieloma zdobyczne stare kanapy i fotele wyciągnięte spod śmietników. Takie mają Zielin, Jimmy, Oliwer i Artur - licealiści z Ząbkowic Śląskich. Rozsiedli się jak przed telewizorem i patrzą na przewalający się tłum. Zawsze ktoś dorzuci parę groszy. Śledzą modę na tegoroczne T-shirty. Co dowcipniejsi zakładają te z partyjnym orłem i napisem "PiS". Ale tu chodzi o "Piwo i Sex". Smutniejsi noszą hasło: "Nie jestem nekrologiem", grubsi: "Nie dałem się anoreksji", a najmłodsi po prostu: "Mam wyjeb...".
Magda Sajewicz na Uniwersytecie Gdańskim napisała licencjat z języka bywalców Woodstocku. - I wcale nie są tak wulgarni, jak się powszechnie myśli. Moi promotorzy byli zaskoczeni. Ankiety rozdała 25 młodym ludziom, a potem powtórzyła badanie, gdy wrócili do domów. - Specyficznego języka Woodstocku, jakiegoś slangu to oczywiście nie ma. Nie bluzga się na potęgę i nie mówi tekstami z pism dla nastolatek. Po takiej konfrontacji Woodstock - dom wyszło mi, że rodzice uważają nas za innych, niż w rzeczywistości jesteśmy. Gorszych, groźnych. Błąd - opowiada.
Potwierdzają to policyjne statystyki bezpieczeństwa - kilkadziesiąt drobnych kradzieży w 300-tys. tłumie - co nabiera szczególnego wymiaru przy niedawnej tragedii w niemieckim Duisburgu. Obok siebie anarchiści, punki, metalowcy, skini, Przystanek Jezus i Hare Kriszna.
Ksiądz Grzegorz przyniósł na pole pudło z anteną i napisem "Więcej czadu dla Jezusa". - W dzisiejszych czasach ludzie nie słyszą głosu Boga. Ubierają słuchawki i wolą posłuchać muzyki. A
radio Jezus ciągle nadaje - przekonuje nastolatka z Rybnika. Inny mówi: - Kocham Jezusa, ale nie kocham Kościoła. Doceniam księdza Grzegorza, że wychodzi do ludzi. Pierwszy raz rozmawiam z księdzem twarzą w twarz. Kościół to korporacja, ale bez urazy.
A Jabola z Tczewa (furażerka, za pasem atrapa granatu z II wojny typu tłuczek) bardziej interesują motocykle i
muzyka. Przyjechał z tysiącem harleyowców. Zarabia na życie, składając motocykle typu chopper. - Zawsze jakieś zamówienie się trafi. Ja jeżdżę w okolicach złotego, może złoty dwadzieścia [120 km na godz.]. Ale nie jestem bohaterem policyjnych kronik - opowiada. Z koncertów szykuje się na Lao Che. - Kumpel puścił mi ich "Hydrowniebowstąpienie". Najlepszy numer, jaki w życiu słyszałem. Tytuł mówi wszystko i oddaje, czego chcę od Woodstocku - dodaje.
Różnorodność i żal - oddają muzyczną stronę Woodstocku. Co trzecia z ponad 20 kapel nie pochodziła z Polski - głównie z USA. Gdyby dołożyć do tego pozarockowe koncerty - Nigela Kennedy'ego, chopiniadę na freejazzowo Leszka Możdżera i Tymona Tymańskiego, to widać gruntowną zmianę jaka zaszła w Przystankach przez ostatnie 15 lat.
Opowiada o tym Jurek Owsiak w wywiadzie rzece Janowi Skaradzińskiemu, współautorowi "Encyklopedii Polskiego Rocka". To już nie tylko szalejący pod sceną przy muzyce mało znanych kapel 50-, 100-, a nawet 300-tys. tłum. Dziś każdy koncert na gigantycznej scenie nagrywany jest w najnowszych technologiach cyfrowych. Nigel Kennedy dał prawie dwugodzinny koncert. Zespół ubrał w koszulki ukochanej Aston Villi. Woodstock zobaczył, że klasykę podrasowaną współczesnym jazzem, organami Hammonda, całą masą zapożyczeń, m.in. z funku, chamber popu i sceny eksperymentalnej, można grać z furią, w glanach a nie smokingu. Kennedy przypomniał kompozycje z ostatnich albumów "Shhh!" i "A Very Nice Album". I widownia nie uciekła spod sceny, choć wcześniej tam inny świat pokazały - na poły grunge'owy zespół
Papa Roach ze Stanów i bezkompromisowy trash grupa Orphan Hate z Niemiec.
Problemów z przyjęciem nie mieli też Możdżer i Tymański, z bogatą sekcją jazzową z Trójmiasta (Możdżer mówi o nich chuligani). Najcieplejszy i najbardziej zaangażowany koncert 16. Woodstocku zagrał
Maleo Reggae Rockers. Lider Dariusz Malejonek zaprosił wokalistów z Jamajki, Londynu, Gutka z Indios Bravos. Standardy Boba Marleya zachwycały i jednoczyły. Załopotały flagi polskie, ukraińskie i białoruskie. To był najbardziej podniosły moment festiwalu.
Widownię mocno rozruszały amerykańskie grupy - Life of Agony i Girl In a Coma. Siostry Diaz z Teksasu na dobrą sprawę wypełniły lukę po brytyjskiej fali świeżej muzyki gitarowej, mocno obecnej w zeszłym roku. Żeński tercet stylistycznie obraca się w okolicach
The Smiths.
Doskonale przyjęto Lao Che. Koncert z utworami z dwóch ostatnich płyt - "Gospel" i "Prąd stały/prąd zmienny" - zarejestrowano na DVD. Płyta wyjdzie jesienią.
W niedzielę jubileuszowy koncert Na Woodstocku miała też Armia Tomka Budzyńskiego.
Jan Skaradziński twierdzi, że Jurka Owsiaka, sprawcę Woodstocków, nie zawodzi intuicja. Wyczuł moment znużenia i wprowadził Akademię Sztuk Przepięknych. Woodstock zaczęli odwiedzać znani aktorzy, byli politycy - Balcerowicz, Wałęsa - arcybiskup Życiński. Wiedział, kiedy powiedzieć "dość" ogranym polskim zespołom bluesowym czy punkowym. - Od czasu do czasu jakiejś przyznaje order, czyli wpuszcza na scenę. Bo zagrać tu przed tak ogromną widownią musi być nobilitacją. Do tego Owsiak jest takim pozytywnym szaleńcem, człowiekiem dynamitem. Wychował sobie publiczność, która nie robi zadym, a oddaje krew. I ma już wszystko: zaufanie ludzi, dźwięk na światowym poziomie, nie anonimowe zespoły, które zwykle wycierają się w jakichś klubach. Pieniądze na festiwal (budżet tegorocznego Woodstocku to 5,5 mln zł). Nie ma tylko jednego - akceptacji branży muzycznej. I nie mam pojęcia dlaczego, zwłaszcza po ostatnich umiędzynarodowionych Przystankach - opowiada Skaradziński.
Z książki o Woodstockach (szły jak świeże bułeczki po 25 zł) wylewa się sporo żalu Owsiaka. Najwięcej do do dziennikarzy z magazynów muzycznych, którzy omijają Woodstock od samego początku. A Owsiak chciałby, by chwalono Woodstock też za artystyczne dokonania. "Bo tak to już jestem nasycony" - przyznaje w książce.