Joanna Derkaczew: A gdybyśmy mieli np. zapisy z sesji psychoterapeutycznych Szekspira... Nie pociąga pana, jako szekspirologa, taka możliwość? Stephen Greenblatt*: Współczuję biografom, którym przyjdzie pisać o współczesnych artystach. Będą musieli przedzierać się przez to, co wszyscy dziś po sobie zostawiamy. Lata nagrań, taśm, notatki, blogi, komentarze do filmów na YouTubie, wpisy i zdjęcia na Facebooku. Czy dysponując tym wszystkim, lepiej rozumiałbym dramaty Szekspira? Wątpię. Mógłbym najwyżej pogłębić pytania. Zamiast domyślać się, jakich miał rodziców, jakiej był orientacji, drążyłbym dalej, jak od tych konkretów przejść do motywów napisania "Snu nocy letniej" czy "Poskromienia złośnicy".
W humanistyce mamy coraz więcej terminologii psychologicznej. - Sam ją stosuję, mówiąc o empatii, afekcie, pożądaniu, o przyjemności obcowania z dziełem. Chętniej odwołuje się do anegdot niż do tabeli z faktami. Nowy historyzm, który zaproponowałem kilkadziesiąt lat temu jako metodę badawczą, miał w sobie coś ze zbierania wywiadu psychoanalitycznego. W przeciwieństwie do postmodernistycznego traktowania dzieła jako osobnego wszechświata oderwanego od realiów życia autora, forsowałem uwzględnienie tła historycznego. Ale nigdy nie twierdziłem, że z tego, że ktoś, kto mieszkał tego i tego dnia przy tej, a nie innej ulicy i trzy tygodnie wcześniej śnił o balu maskowym, po prostu musiał napisać "Romea i Julię".
A co wolno biografowi? Mieliśmy na ten temat ostatnio sporo kontrowersji. - Wolno stawiać wszelkie pytania. Nie wolno fabrykować odpowiedzi. Niektórych rzeczy nie dowiemy się i już. Dotyczy to zwłaszcza motywów.
To po co rzucił pan na rynek jeszcze jedną biografię Szekspira? - Zostałem sprowokowany, prawie zmuszony. Kilka lat temu scenarzysta Marc Norman zgłosił się do mnie z pomysłem współpracy przy kręceniu filmu o Szekspirze. Chciał produkcji z dużym budżetem, kręconej w Kalifornii, na wzór filmu o Mozarcie Formana. Powiedziałem, że to absurd, że Szekspir miał nudne życie, że powinien raczej napisać o Marlowe - awanturniku, kryminaliście, homoseksualiście - wystarczyłoby na serial. Ale uparł się. Trwało to miesiącami, ja mu coś wysyłałam, on miał uwagi. W końcu przedstawił mi scenariusz, który z miejsca odrzuciłem, bo wydawał mi się niewykonalny. A to właśnie była baza "Zakochanego Szekspira", Oskarowego filmu Johna Maddena.
Akademicki temperament nie podpowiadał panu, by nie dopuścić do powstania tej bajki? - To była romantyczna fantazja. Ale wartościowe było w niej co innego - miliony ludzi zainteresowały się, dlaczego autor schematycznych sztuk typu "Dwaj panowie z Werony" pisze nagle arcydzieło "Romeo i Julia". Co się stalo? Akademicy od lat szukali odpowiedzi na poziomie warsztatowym. W filmie można było pofantazjować. Sam zacząłem się zastanawiać, co takiego musi się człowiekowi przydarzyć, by stał się lepszym pisarzem. Wtedy postanowiłem napisać własną wersję tej historii.
Łatwo sprowokować pana do pisania. - Nie zawsze. By zmusić mnie do pracy nad książką poświęconą "O naturze rzeczy" Lukrecjusza, trzeba było aż administracji Busha. Ten poemat, mówiący, że świat jest zbudowany z atomów i pustki między nimi, zaginął na ponad tysiąc lat, dopiero w 1417 r. papieski biurokrata Bartolini znalazł go w jednym z klasztornych archiwów w Niemczech. Dla ówczesnych to odkrycie było jak statek z Marsa, jak najazd, inwazja obcych. Ta koncepcja doprowadziła do potępienia Giordana Bruna i Galileusza, a z czasem do rozwinięcia myśli Darwina, Einsteina, egzystencjalizmu.
A Bush? - Nie uważam, że obaliłbym administrację Busha, cytując Lukrecjusza. Ale ludzie wracający do starych argumentów przeciwko teorii ewolucji... Jakby to było coś, o czym zaczęliśmy rozmawiać dopiero wczoraj wieczorem. Przecież gadamy o tym tak długo, może czas czynić tę debatę subtelniejszą. Moglibyśmy chociaż dosięgnąć poziomu ze schyłku antyku.
Ale Bush to jeden motyw. Jest i głębszy. Kiedy miałem 20 lat, kupiłem kopię tej książki - za 10 centrów, na wyprzedaży. Nie interesowałem się Lukrecjuszem, ale książka miała na okładce kopię obrazu Maxa Ernsta. Nosiłem ja przez jakiś czas, pewnego dnia w końcu przeczytałem. Byłem wstrząśnięty. Wydawało mi się, że ta książka sprzed wieków mówi bezpośrednio do mnie.
To tylko anegdota, ale znowu pokazuje, że życie ma znaczenie.
*Stephen Greenblatt (ur. 1943) literaturoznawca, badacz epoki renesansu, jeden z twórców "nowego historycyzmu" (strategii badawczej, nakazującej brać pod uwagę nie tylko dzieło, ale też tło jego powstania), redaktor pełnego wydania dzieł Szekspira, autor m.in. bestsellerowej biografii "Shakespeare. Stwarzanie świata" (W.A.B.) oraz zbioru esejów "Poetyka kulturowa. Pisma wybrane" (Universitas). W Polsce gościł na zaproszenie Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie.
Na trwającym ponad tydzień (do 8 sierpnia, organizator - Fundacja Theatrum Gedanense) Festiwalu Szekspirowskim będzie można zobaczyć spektakle z Wielkiej. Brytanii,
Zimbabwe, Rosji, Rumunii, Niemiec, Węgier, Ukrainy i Japonii. Szczegóły na: www.festiwalszekspirowski.pl