http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Ludzie potrzebują iluzji. Nie tylko w kinie

Rozmawiała Mariola Wiktor
2010-07-30, ostatnia aktualizacja 2010-07-29 23:10

Tzw. realistyczne filmy historyczne nie szanują inteligencji widza - mówi węgierski reżyser wizjoner Miklós Jancsó. Dziś na festiwalu Era Nowe Horyzonty pokaz jego nowego filmu o mechanizmach władzy w XV w.

ZOBACZ TAKŻE
Ulubionym tematem 89-letniego Jancsó jest społeczeństwo w sytuacjach ostatecznych (rewolucji, terroru, represji). Jego filmy przypominają podniosłe ceremonie, pełne są długich ujęć, aktorzy poruszają się w milczeniu lub wygłaszają rezonerskie kwestie, a metaforyka zastępuje realizm. Najważniejsze jego fabuły to: "Desperaci" (1965) o zbójnikach z naddunajskiej puszty wciągniętych w pułapkę przez habsburską policję, "Gwiazdy na czapkach" (1967) o węgierskich jeńcach z I wojny światowej walczących w Armii Czerwonej z białogwardzistami, "Cisza i krzyk" (1968) o bratobójczych walkach na Węgrzech w 1919 r. i nagrodzony w Cannes "Dopóki lud prosi" (1971) o chłopskim buncie.

W miarę upływu lat jego twórczość staje się coraz bardziej manieryczna, czego dowodem np. "Horoskop Jezusa Chrystusa" (1988). Pracował też we Włoszech i Francji - nakręcił m.in. "Pacyfistę" (1970) o terroryzmie, z Monicą Vitti, zaangażowła także swą rodaczkę Ilonę Staller, czyli Cicciolinę.

Grali u niego polscy aktorzy: Krystyna Mikołajewska, Anna Dymna, Katarzyna Figura i Daniel Olbrychski (w filmie "Rzym pragnie nowego cesarza", wiedząc, że będzie zdubbingowany, powtarzał przed kamerą: "Litwo! Ojczyzno moja!").

j.sz.

Mariola Wiktor: W pana filmach nigdy nie brakowało ironii, ale w najnowszym - "Szlag trafił sprawiedliwość!" - to składnik podstawowy. Skąd ten dystans wobec historii, kpina?

Miklós Jancsó: Pewnie to kwestia wieku. Stary człowiek ma inną perspektywę, zwykle idealizuje przeszłość. Ale nie ja. Natomiast wiem dobrze, jak bezsilny jest człowiek wobec wielkich procesów historycznych i polityki. Można rozpaczać, ale co to zmieni? Lepiej zdystansować się do tego, co nas przerasta, zażartować z tego. Życie to okrutna walka, przemoc, manipulacja, wykorzystywanie władzy. I to jest prawda uniwersalna. Tymczasem ludzie potrzebują iluzji. Chcą tak jak bohater mojego filmu - młody król Maciej Korwin obejmujący władzę na Węgrzech w XV w. - wierzyć w humanistyczne idee, sprawiedliwe prawo i rządy bez terroru.

Człowiek nie ma wolnej woli? Nawet król?

- Rządzący też są ofiarami. Sami wprawdzie manipulują ludźmi, ale i są manipulowani przez innych, którzy do władzy ich wynieśli. Co do wolnej woli, to nie każdy może sobie pozwolić na taki luksus. Trzeba mieć albo odwagę, determinację, charakter albo pieniądze i wykształcenie, by czuć się wolnym. Wtedy też łatwiej o dystans i ironię. Chyba jestem fatalistą, oczywiście tym uprzywilejowanym, ale za to nie mam złudzeń.

W filmie "Szlag trafił sprawiedliwość!", który jest węgiersko-polsko-austriacką koprodukcją, pojawia się m.in. Daniel Olbrychski.

- Pokazał swój ironiczny stosunek do wizerunku postaci historycznych, które wykreował w polskim kinie.

W wielu pana filmach, łącznie z ostatnim, powtarza się motyw tańca.

- Ja tańca używam do pokazania ekspresji kultury węgierskiej. Gdybym był Włochem, tobym skupiał uwagę na tym, co dla tej kultury typowe. Pewnie na śpiewie. Węgrzy nie śpiewają, ale lubią zbiorowe tańce. Kino jest dla mnie widowiskiem, historycznym musicalem.

Ale to apatia jest węgierskim uczuciem nr 1. W przeszłości i teraz. Po 1968 r. ze zdwojoną silą uderzyła w Węgrów trauma rewolucji '56. Tamten gulaszowy socjalizm do dziś odciska na nas piętno przytłaczającego poczucia bezsilności, konformizmu i izolacji.

Niezwykła choreografia, teatralność, długie ujęcia, sposób kadrowania - ta estetyka ułatwia przemycanie politycznych treści?

- To nie tak. Interesuje mnie historia, jednak nie robię kina historycznego. Eksperymentuję z formą, bo unikam realizmu. Snuję subiektywne impresje na temat przeszłości. Śmiać mi się chce, kiedy idę do kina i oglądam tzw. filmy historyczne zrealizowane w konwencji realistycznej. One nie szanują inteligencji widza.

Właściwie obiektywnej historii nie ma, jest tylko czyjaś historia. Widz, który ogląda np. "Węgierską rapsodię" albo "Allegro Barbaro", nie musi wiele wiedzieć o wydarzeniach, które poprzedziły zamordowanie w 1944 r. liberalnego polityka Bajscy-Zsilinszkyego. Dla publiczności to jest uniwersalna historia człowieka, który choć pochodzi z uprzywilejowanej klasy społecznej i ginie, gdy przechodzi na drugą stronę barykady. Wcześniej w "Desperatach", opowieści o psychicznej opresji, upokorzeniu uwięzionych powstańców Lajosa Kossutha, doszukiwano się aluzji do zagubionego po 1956 r., uprzedmiotowionego społeczeństwa węgierskiego.

Ja dziś już wiem, że nie jest możliwe zrobienie filmu alegorii. Mnie bardziej zainteresowały indywidualne postawy uwięzionych. Dzięki formie udało mi się przeciwstawić tradycyjnej koncepcji bohatera, która "zaopatrza" go w wolną wolę i zamienia w legendę. Nic dziwnego, że zarzucano mi, iż zrobiłem film dołujący.

Nie miewiał pan kłopotów z cenzurą?

- Węgierską cenzurę denerwowało, że robię kino dziwaczne, niezrozumiałe, trudne. Za to radzieccy cenzorzy się o mnie troszczyli. Do tego stopnia, że przerobili sobie mój film "Gwiazdy na czapkach". A potem i tak zakazali go w ZSRR. To była historia oddziału węgierskich żołnierzy wspierających Armię Czerwoną w walce przeciw białogwardzistom w 1918 r. Zamiast agitki na rzecz przyjaźni węgiersko-radzieckiej skoncentrowałem się na obrazie wojny, która wciąga ludzi w sytuacje ekstremalne. Dla tych węgierskich jeńców z I wojny światowej jedyną szansą na powrót do domu było wcielenie do Armii Czerwonej. Taka wersja nie mogła się podobać w Moskwie.

A do wyjazdu do Włoch po 1970 r. nikt pana nie zmuszał?

- To była moja własna decyzja. Carlo Ponti chciał, bym wyreżyserował coś we Włoszech. Ostatecznie jednak nic z tego nie wyszło. A drugi powód to dziewczyna, gwiazda "Ostatniego tanga w Paryżu".

Takiego kina, które pan proponuje, nikt już dzisiaj nie robi. Nie czuje się pan osamotniony?

- Jestem kimś w rodzaju dinozaura, który przez całe życie robi właściwie jeden film na jeden temat i w sposób, który dziś już wydaje się przestarzały. Ludzie wychowani na klipach MTV w ogóle nie czują poetyki długich, statycznych ujęć, o napięciu, jakie one niosą, nie wspominając. Dzieje się rewolucja większa od tej, którą zrobił Gutenberg, z tym że telewizja, niestety, zwalnia z myślenia, ogranicza horyzonty. Ja potrzebuję widza, który ze mną współpracuje.

Czy w filmach mówi pan do Węgrów, pragnąc pomóc im w zdefiniowaniu ich tożsamości, czy raczej do wszystkich ludzi z małych krajów, z którymi historia nie obeszła się łaskawie?

- Ja sam jestem pół-Węgrem. Moja matka była Rumunką z Transylwanii. Dziś na świecie żyje ok. 15 mln Węgrów, z czego tylko połowa w swoim kraju. Perspektywy demograficzne zakładają, że ten naród w ogóle kiedyś wymrze. W dodatku ze względu na swój język czujemy się wyobcowani. Dlatego w kinie zawsze towarzyszą mi dwie maksymy: "Nic nie istnieje poza Węgrami" i "Nasza wolność jest wolnością każdego".

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów