Objaśnić, o co w tym filmie chodzi, jest niełatwo. Cobb (DiCaprio) to złodziej, tyle że specyficzny. Kradnie ludziom tajemnice, które chowają w głowach. Jak to robi? Wnika do ich snów. Gdy śpią, są bezbronni (chyba że przejdą specjalny kurs sennej samoobrony) - wtedy można buszować po ich podświadomości. Należy tylko delikwenta uśpić i podłączyć do specjalnej aparatury, samemu też będąc do niej podłączonym.
Cobb z powodu dokonywanych kradzieży jest ścigany przez prawo, nie może więc wrócić do Stanów, gdzie czeka nań dwójka małych dzieci. Jednak japoński biznesmen Saito (Ken Watanabe) obiecuje, że załatwi mu prawo do powrotu. Pod jednym wszak warunkiem - Cobb ma dostać się do jaźni Fischera (Cillian Murphy), konkurenta Saito. Fischer wkrótce odziedziczy po umierającym ojcu (Pete Postlethwaite) wielki koncern. O dziwo, z jego głowy nie trzeba nic kraść - wprost przeciwnie. Trzeba do niej wprowadzić myśl o konieczności zniszczenia dziedzictwa rodzica. Taki zabieg to właśnie tytułowa incepcja.
W czyjej podświadomości teraz jesteśmy? - pyta w pewnym momencie Ariadne (Ellen Page), dziewczyna z zespołu Cobba.
W tym pytaniu zawiera się istota i jednocześnie problem filmu 40-letniego londyńczyka Christophera Nolana - z nadmiaru poziomów nierealności można się w nim pogubić. Jest tu rzeczywistość jako taka, jest sen, sen we śnie, a w nim jeszcze jeden sen. Co więcej, nie tylko włazi się do snu okradanego, ale też można go z tego snu przeprowadzić do snu własnego. Ten zaś tak uprzednio zaaranżowawszy, by okradany sądził, że to nie sen, lecz rzeczywistość, i czuł się w nim bezpiecznie. Szkopuł jest tylko jeden - nie da się zapanować nad przebiciami ze snu do snu, po których delikwent może się zorientować, że chcą go okraść.
"Incepcja" jest intrygująca, bo ciągle nas zaskakuje. Na przykład, gdy grupa bohaterów zmienia się nagle w oddział komandosów zdobywających zimą szpital w górach. Dlaczego? A dlaczego nie? To przecież logika snu. Sami bohaterowie dowcipnie to komentują.
Te filmowe sny nie miałyby odpowiedniego rozmachu, gdyby nie efekty komputerowe - dzięki nim można stworzyć wszystko, działają właśnie jak sen. Są w "Incepcji" momenty wyjątkowo fotogeniczne - jak bójka w korytarzu hotelowym, w którym nie obowiązuje grawitacja, albo wywracanie części Paryża do góry nogami, tak by
domy z dwóch dzielnic zetknęły się dachami.
"Incepcja" to jeden z tych filmów, przy okazji których spokojnie można by zorganizować quiz pt. "Ilu wypowiadanych tu kwestii aktorzy nie rozumieli?" albo: "Sensu ilu scen, w których się pojawiają, nie byli w stanie do końca zgłębić?". Widzom też nie jest łatwiej. Pewnie dopiero wielokrotnie oglądając sceny "Incepcji" na DVD, będą mogli rozpisać ją na czynniki pierwsze i przekonać się, czy naprawdę jest to konstrukcja wewnętrznie spójna i przekonująca. Nawet bohaterowie filmu trochę się gubią - dlatego zawsze mają ze sobą drobne przedmioty zwane tu totemami, po których mogą poznać, czy są na jawie, czy we śnie.
"Incepcją" Nolan, znany ostatnio głównie z dwóch "Batmanów", powraca do tematów, które zdają się obsesyjnie go niepokoić - do pamięci i snu. Wszak bohater jego "Memento" (Guy Pearce) zapisywał na sobie to, co przeżył, bo cierpiał na kłopoty z pamięcią - gdy się budził, niczego z przeszłości nie pamiętał. A
policjant z "Bezsenności" (Al Pacino) nie mógł zasnąć i jednocześnie nachodziły go majaki tyczące zbrodni, którą popełnił.
Co do aktorów, to DiCaprio gra w "Incepcji" nieźle, ale wciąż nie odzyskał wdzięku, który miał kilkanaście lat temu. Taki wdzięk ma dziś Tom Hardy, tu jako Eames, jeden z sennych złodziejaszków.
A co jest w filmie Nolana pretensjonalne? Ano to, co bohaterowie chowają gdzieś najgłębiej w sobie. Okazuje się, że główny problem Cobba to ukochana żona - Mal (piękna Francuzka Marion Cotillard). Zagubiła się kiedyś na różnych poziomach snów, gdy oboje z nimi eksperymentowali. Zapłaciła za to życiem. Teraz błąka się w podświadomości Cobba. Prosi go, by tam z nią pozostał.
Freudowsko-psychoanalityczną traumę ma też Fischer - cierpi z powodu braku akceptacji tatusia. W związku z tą postacią pojawia się nawet gadżet będący jakby odpowiednikiem słynnych sanek z "Obywatela Kane'a". Gdzie się pojawia? Oczywiście w sejfie, który u Nolana jest tandetnym symbolem prawie każdej tajemnicy.
Nie najszczęśliwsze okazało się także wykorzystanie jako złodziejskiego sygnału patetycznej piosenki
Edith Piaf "Nie żałuję niczego". Za to główny temat muzyczny autorstwa Hansa Zimmera brzmi tak, jakby był skomponowany nie na orkiestrę, tylko na zespół obrabiarek ciężkich.
Mimo tych pretensjonalnych wtrętów widownia wychodzi jednak z seansu wyraźnie poruszona. "Incepcja" pobudza wydzielanie adrenaliny, daje po głowie. W światowych kinach pędzi zresztą jak burza - choć kosztowała aż 160 mln dol., w niecałe dwa tygodnie zarobiła już 240 mln.