W sobotę 24 lipca, w swoim mieszkaniu na Manhattanie, umarł samotnie, po ciężkiej chorobie Zbigniew Basara. Był naszym kolegą w redakcji ukazującego się w Nowym Jorku "Nowego Dziennika" oraz długoletnim współpracownikiem i korespondentem "Gazety Wyborczej". Spędził z nami blisko 17 lat imigranckiego życia - w tym samym pokoju, dzieląc z nami zawodowe satysfakcje i frustracje. Był jednym z najbardziej inteligentnych i najlepiej przygotowanych do zawodu polskich dziennikarzy w Stanach Zjednoczonych. Inteligencja - oraz nadwrażliwość - nie pozwoliły mu chyba zrealizować się do końca, pracował w etnicznej gazecie. Był ambitny i mierzył wysoko. Mało absorbowały go polonijne sprawy; liczyły się dla niego tematy ważne, osobowości dużego formatu, kultura "wysoka". Dla Gazety przeprowadził m.in. wywiady z Barackiem Obamą i
Hillary Clinton, wtedy jeszcze ubiegającymi się o nominację na kandydata na prezydenta
USA. Władał biegle angielskim, uważnie śledził wydarzenia polityczne i kulturalne. Tym różnił się od wielu czytelników - a i redakcyjnych kolegów - że świetnie odnalazł się w amerykańskim społeczeństwie, poznał i przyjął jako swoje tutejsze obyczaje, Nowy Jork był jego miastem. Otwarcie deklarował swoje liberalne poglądy, zarówno w dziedzinie obyczajowej, jak w polityce. Spośród wszystkich redaktorów on najbardziej utożsamiał się np. z niedolą nielegalnych imigrantów, także tych latynoskich. Nauczył się nawet ich języka. Był osobą trzymającą dla siebie życie prywatne - nie spotykał się często z nami, kolegami z sąsiednich biurek, nie pojawiał się na polonijnych imprezach. Wiedzieliśmy tylko, że mieszka sam. Wiedzieliśmy też, że od kilku lat toczy walkę z rakiem. Sposób, w jaki Zbyszek radził sobie z chorobą, był bardzo amerykański, w pozytywnym sensie. Nie chciał o tym mówić, za wszelką cenę udowadniał zwierzchnikom i kolegom, że jest w pełni sił. Widzieliśmy jednak, jak słabł. Dwa tygodnie temu, podczas przeprowadzania wywiadu w Museum of Modern Art, stracił przytomność. Wiele nauczyliśmy się o nim i o sobie, kiedy odwiedzaliśmy go w szpitalu. Okazało się, że Zbyszek nie był tak samotny, jak nam się wydawało. Miał wielu amerykańskich przyjaciół, którzy wtedy stanęli w szpitalu koło jego łóżka. W ostatnich dniach życia, ignorując noszoną zawsze przez Zbyszka maskę emocjonalnego dystansu, staraliśmy się okazać mu, jak najwięcej uczuć. Chyba to docenił - przekonał nas o tym uścisk jego słabnącej ręki i wyszeptane: "Dziękuję".