Czerwony bunt. Jedenaście tragicznych dni na pokładzie pancernika "Potiomkin"
Neal Bascomb
przeł. Jan Wąsinski
Znak, Kraków
Potężny, nowoczesny "Kniaź Potiomkin Tawriczeskij" pełną parą płynął na wprost ścigającej go eskadry pięciu carskich pancerników. Płynął pod czerwoną rewolucyjną banderą.
- Widzicie ich? To jest właśnie honor i chwała! - krzyknął jeden z marynarzy na pokładzie okrętu wiernego carowi. "Potiomkin" wpłynął między dwie kolumny carskich pancerników. Odległość nie większa niż 100 metrów. Wszystkie działa carskich okrętów wymierzone w jego kadłub, lufy dział "Potiomkina" celowały w kolejno mijane okręty wierne władzy. Wystarczył jeden rozkaz stojącego na mostku kapitańskim "Potiomkina" przywódcy buntu, kwatermistrza aparatu torpedowego Afanasija Matiuszenki, albo rozkaz dowódcy eskadry pościgowej wiceadmirała Aleksandra Kriegera, albo po prostu przypadkowy wystrzał spowodowany przez któregokolwiek ze zdenerwowanych artylerzystów, by na morzu rozpętało się piekło.
Ale okręty minęły się w ciszy, niemal ocierając burtami. Krieger nie wydał rozkazu otwarcia ognia, bo bał się, że wtedy zbuntują się załogi jego okrętów. Matiuszenko nie chciał strzelać, bo na pokładach wiernych carowi pancerników służyli prości marynarze, którym rewolucyjny bunt "Potiomkina" miał przynieść wyzwolenie, a nie śmierć.
Na pokłady carskich pancerników wyległy dziesiątki marynarzy i wiwatowały na część buntowników. A parę chwil później zbuntowali się marynarze pancernika "Gieorgij Pobiedonosiec", który wyszedł z szyku i przyłączył się do "Potiomkina". Rewolucja na Morzu Czarnym.
Marzyli o tym od wielu miesięcy spiskowcy Centralki, rewolucyjnej organizacji w carskiej Flocie Czarnomorskiej. Planowali rozpoczęcie buntu floty od opanowania flagowego pancernika "Rostisław".
Nie bujali w obłokach. Dylemat marksistów - jak w chłopskiej Rosji wywołać rewolucję robotniczą - w carskiej flocie nie istniał. Marynarka potrzebowała specjalistów: operatorów silników, maszyn, broni, monterów, wszelkiej maści techników. Wcielano do niej zatem wysoko kwalifikowanych robotników miejskich, w carskiej Rosji element, prócz idealistycznej inteligencji, najbardziej podatny na rewolucyjną agitację.
A do tego oficerska kadra w marynarce była wyjątkowo brutalna i skorumpowana. Na okrętach panowały iście feudalne stosunki (na "Potiomkinie" ze stosowania okrutnych kar słynął sadystyczny II oficer Ippolit Gilarowski), regułą było defraudowanie pieniędzy na wyżywienie załóg.
I właśnie kupienie zarobaczonego, cuchnącego mięsa stało się powodem buntu załogi "Potiomkina". Jedynym jasnym punktem dnia marynarza Floty Czarnomorskiej był tradycyjny barszcz z mięsną wkładką - i właśnie tę ostatnią radość mu splugawiono. Nieudolny dowódca pancernika Jewienij Golikow nie panował na załogą i Matiuszenko oraz autorytet wśród marynarzy, kwatermistrz artyleryjski Grigorij Wakuleńczuk, nie mieli trudności z namówieniem załogi do protestów. Poszło im tym łatwiej, że w Odessie właśnie zaczęły się robotnicze strajki.
Gdy załoga odmówiła zjedzenia śmierdzącej zupy, II oficer Gilarowski rozkazał wyniesienie na pokład wielkich płacht brezentu. W carskiej flocie był to rozkaz straszny. Oznaczał, że rozpocznie się rozstrzeliwanie nieposłusznych marynarzy, na brezencie, by krew nie poplamiła wypielęgnowanego, drewnianego pokładu. Wybuchła strzelanina - II oficer śmiertelnie ranił Wakuleńczuka, Matiuszenko zranił II oficera, dobił go i wyrzucił za burtę.
Trzydziestu buntowników pociągnęło za sobą załogę.
Ale po zastrzeleniu kapitana marynarze stanęli wobec odwiecznego pytania: Kto ma dowodzić buntem i co dalej ze zdobytą wolnością? Załoga wybrała komitet rewolucyjny, ale bieżące dowodzenie powierzyła fachowcowi, chorążemu Aleksiejewowi, który skamląc o litość, cudem ocalał z rzezi oficerów.
Komitet obradował beznadziejnie długo, zanim powziął jakąkolwiek decyzję. Aleksiejew zaś od początku był koniem trojańskim carskiej władzy. Gdy "Potiomkin" wpłynął pod czerwoną banderą do portu w Odessie, w ogarniętym pożarami mieście trwały walki robotników portowych z kozakami i piechotą carskiego garnizonu. Carscy żołnierze byli jednak o krok od buntu - potajemnie przekazali na "Potiomkina" wiadomość, że wszyscy oficerowie i odescy dygnitarze będą radzić wieczorem w gmachu teatru nad zgnieceniem rewolucji. Jedna salwa pancernika mogła wysłać ich do nieba, a wówczas żołnierze mieli przejść na stronę robotników. Wielkie portowe miasto, pełne zrewoltowanego wojska, pod osłoną armat największego na Morzu Czarnym pancernika... Ta mieszanka mogła zmienić bieg dziejów.
Ale ta decydująca salwa chybiła. Chorąży Aleksiejew podał fałszywe dane artylerzystom.
Bunt w Odessie i bunt na pokładzie pancernika splotły się w węzeł wzajemnego niezrozumienia, mijania się intencji i działań. Miały one jednak symboliczny, przejmujący punkt wspólny, jakby wzięty z wielkich sag o mitycznych herosach. Zabitego podczas buntu na pokładzie Wakuleńczuka marynarze "Potiomkina" złożyli na prowizorycznym katafalku na nabrzeżu portu, a robotnicy, gardząc śmiercią, przez wiele godzin bronili jego zwłok przed atakującymi kozakami.
Źródło: Gazeta Wyborcza