Latem pejzaż wygląda tu sielankowo, ulga dla oczu. Wśród pagórków wije się malownicza rzeka Czusowaja. Asfalt się urywa. Wśród zielonych pagórków drewniane
domy. Koniec świata.
Nagle z krajobrazu wyłaniają się drewniany płot otoczony drutem kolczastym, metalowa brama, wieże strażnicze, parterowe baraki i dwupiętrowy biurowiec administracji. To "Obiekt WS 389/36", jak głosi czerwona tabliczka jeszcze z radzieckiej rzeczywistości.
Tak nazywał się najostrzejszy, a pod koniec istnienia ZSRR jedyny obóz dla więźniów politycznych działający do 1988 r. Poniżej już współczesna tabliczka wyjaśnia, że dziś mieści się tu muzeum historii represji politycznych. - To jedyna taka placówka w Rosji. Większość dawnych łagrów po prostu się rozpadła, bo najczęściej budowano je z drewna. Nam udało się zachować ten obiekt ku przestrodze - tłumaczy dyrektor muzeum Wiktor Szmyrow.
Dysydenci nazywali tajny obóz na Uralu po prostu Perm-36. Był to najcięższy z sowieckich łagrów dla politycznych. Przez jego mury przewinęła się elita radzieckich więźniów sumienia z lat 70. i 80. ze wszystkich republik b. ZSRR, m.in.: Siergiej Kowaliow, Wasyl Stus, Lewko Łukjanenko, Władimir Marczenko, Ołeksa Tichyj.
Od sześciu lat na terenie obozu organizowany jest największy w Rosji festiwal praw człowieka - Piłorama. Nazwa pochodzi od tartacznej piły, bo więźniowie przez lata zajmowali się tu wyrębem i obróbką drewna. Formuła festiwalu jest unikalna, a uczestnicy przyjeżdżają nie tylko z b. ZSRR. - Mówimy o ważnych dla nas wartościach poprzez wiersze, muzykę, teatr, dyskusje, film. Najważniejsze, żeby do jak największej liczby ludzi dotarło nasze przesłanie - tłumaczy Szmyrow.
- To fenomenalne połączenie dwóch pozornie nieprzystających do siebie światów - mówi Piotr Cywiński, dyrektor muzeum w nazistowskim obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau przyjeżdżający na Piłoramę od trzech lat. - Świat dysydencki łączy się tu z kulturą masową, prawa człowieka z atmosferą pikniku, intelektualne dyskusje z kąpielami w rzece i słuchaniem
reggae, zabawa - z uczczeniem pamięci ofiar totalitaryzmu.
- Czy pani zdaniem nie jest tu aby za wesoło? - jedna z uczestniczek pyta przy mnie byłą dysydentkę, poetkę Natalię Gorbaniewską, która zanim emigrowała do Francji, była więziona w radzieckich szpitalach psychiatrycznych. Gorbaniewska odpowiada zdecydowanie: - Jest tak, jak powinno być. Właśnie o to walczyliśmy, żeby ludzie mogli być sobą, czuć się swobodnie. Ja czuję się tu dobrze.
Stale podchodzą do niej ludzie z podziękowaniami. Niektórzy ofiarują jej swoje wiersze albo proszą o recenzje. Gorbaniewska ocenia bez taryfy ulgowej. - Tak piszą wszyscy. A dobry wiersz powinien być niepowtarzalny - mówi jednemu z młodych poetów.
Przez trzy dni festiwalu koncerty rockowe przeplatają się z występami bardów, wystawy plastyczne z dyskusjami, aktorzy czytają wiersze i prozę (nie tylko łagrową), przez cały czas działa kino letnie w namiocie, a znani satyrycy prezentują kuplety. - Tyle się tu dzieje naraz, a chciałoby się zobaczyć wszystko - mówi Żenia, która specjalnie na Piłoramę przyjechała z miasteczka oddalonego o 400 km.
W tym roku na główny temat Piłoramy wybrano 80. rocznicę początku kolektywizacji rosyjskiej wsi. Dwa lata temu tematem przewodnim była inwazja wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację w 1968 r. (protesty przeciwko inwazji ożywiły wtedy ruch dysydencki w ZSRR).
Z wystawy o kolektywizacji przechodzi się wprost na prezentację zdjęć o poecie nobliście Josifie Brodskim. W baraku nr 1 umieszczono pokazywaną w Moskwie pod koniec maja wystawę "Ani kroku w tył", w której artyści wystąpili przeciwko próbom rehabilitacji Stalina. Na obozowym ogrodzeniu z dwumetrowych desek wisi inna wystawa poświęcona pisarzowi Wasilijowi Grossmanowi, autorowi wstrząsającej powieści o II wojnie światowej "Życie i los", której w ZSRR pozwolono ukazać się dopiero pod koniec pierestrojki.
Obok wystaw prezentują się organizacje pozarządowe. - Zbieramy podpisy pod petycją w sprawie reformy milicji - agitują aktywiści Centrum Praw Człowieka w Permie. "Jest nas 79 proc." - takie pomarańczowe ulotki rozdają działacze inicjatywy na rzecz utrzymania w Rosji bezpośrednich wyborów merów i gubernatorów. Swoje ulotki rozdaje Amnesty International. Wśród uczestników kręci się rosyjski rzecznik praw człowieka Władimir Łukin. Każdy może do niego podejść - to rzadka okazja, by mieć bezpośredni dostęp do rosyjskiego urzędnika tak wysokiej rangi. - Staram się przyjeżdżać na każdą Piłoramę - mówi "Gazecie" Łukin. - W pewnych sferach sytuacja z prawami człowieka w Rosji się poprawia, w innych pogarsza. Ale dzięki takim imprezom możliwość odrodzenia totalitaryzmu zdecydowanie maleje.
Przed chwilą skończyła się dyskusja o subkulturach młodzieżowych. - Nie można pozwalać młodzieży robić, co chce. Trzeba propagować wartości - oburza się szkolna bibliotekarka w chustce na głowie wyglądająca na prawosławną aktywistkę. - A jak inaczej młodzi nauczą się korzystać z wolności? Trzeba dać im wybór - przekonuje ją nauczycielka języków obcych z Wiszery. Za chwilę rozpocznie się następna dyskusja o finansowaniu kultury w czasach wolności i totalitaryzmu. - Można odnieść wrażenie, że w czasach radzieckich władza traktowała artystów lepiej niż dziś - tłumaczy jej sens Aleksiej Simonow, szef moskiewskiej Fundacji Obrony Głasnosti. - Chcemy się zastanowić, co się przez ten czas stało z nami, z naszą kulturą.
Na tegorocznej Piłoramie były także polskie akcenty. Pokazano najlepsze polskie filmy dokumentalne przełomu lat 70. i 80. oraz "Katyń" Wajdy. Potem działacze Memoriału tłumaczyli w dyskusji, co zrobić, by sprawę Katynia zamknąć raz na zawsze. - Polakom nie potrzeba wiele - mówił Piotr Cywiński. - Najważniejsze to maksymalne zbliżenie wspólnej wersji i odrobina empatii ze strony rosyjskiej.
Wielu uczestników w trakcie festiwalu zwiedza obóz Perm-36. Wtedy uśmiechy bledną. Oprowadzają przewodnicy, ale także dysydenci, którzy tu siedzieli. - Czuję się tu jak gospodarz - mówi b. rosyjski rzecznik praw człowieka Siergiej Kowaliow, pokazując karcer, do którego trafił w czasie wyroku. Po chwili poważnieje: - Idźcie kilkaset metrów dalej do zony o bardziej zaostrzonym rygorze...
Siedzieli w niej najgroźniejsi wrogowie z punktu widzenia władzy radzieckiej. Krat i drutu kolczastego jest jeszcze więcej niż w głównej części obozu o zwykłym reżimie. Tu w latach 80. siedzieli skazani za propagowanie "nacjonalizmu", który pod koniec istnienia ZSRR uznawano za najgroźniejsze przestępstwo polityczne. Na ścianie tablica z nazwiskami dysydentów z Azerbejdżanu, Ukrainy, Litwy, Estonii, jest także jeden nacjonalista rosyjski. W ostatnim pomieszczeniu oparte o ścianę zdjęcie ukraińskiego poety Wasyla Stusa, który zginął w Permie-36 w nocy z 3 na 4 września 1985 r. Był ostatnim radzieckim więźniem politycznym zabitym w więzieniu. Po jego śmierci Michaił Gorbaczow podjął decyzję o zwolnieniu więźniów politycznych. - Według oficjalnej wersji Stus zmarł na zawał - opowiada dyrektor muzeum. - Nie leczono go, trzymano stale w karcerze, dawano minimalne porcje jedzenia. Potem utrzymywano, że popełnił samobójstwo. Jesteśmy tu po to, żeby o tym nie zapomniano. I żeby dawne czasy nie wróciły.