Mógłbym żyć w Afryce
kuratorzy: Michał Woliński, Nicolaus Schafhausen, Anne-Claire Schmitz
premiera odbyła się w lutym w Centrum Sztuki Współczesnej "Witte de With" w Rotterdamie
Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, do 19 września
"General No Future" - pamiętam takie graffiti na murze, gdzieś z drugiej połowy lat 80. Karykatura generała Jaruzelskiego była bardzo przekonująca, a punkowe hasło zastosowane do niego wyjątkowo wesołe, bo wtedy wydawało mi się, że to ja nie mam przed sobą żadnej przyszłości. Generał trzymał się ściany wyjątkowo długo, zamalowano go chyba już przed Okrągłym Stołem, czyli wtedy, kiedy przyszłość dla generała ukazała się w jaśniejszych barwach.
Obrazy i rzeźby pokazane na wystawie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie są pomostem do czasów stanu wojennego, kiedy realna groza mieszała się z absurdem. Artysta Zbigniew Libera w wywiadzie opublikowanym niedawno w piśmie "Piktogram" wspominał, że kiedy w 1982 r. został aresztowany za drukowanie ulotek, nie wiedział, jak to się skończy, czy dostanie "16, może 20 lat", a wyobraźnia podpowiadała mu scenariusz: "Syberia, katorga, coś w tym stylu".
Na obrazie Włodzimierza Pawlaka z 1986 r. Adolf Hitler w otoczeniu egzotycznej roślinności siedzi zapatrzony w południowy nadmorski pejzaż. Obraz Pawlaka to metafora izolacji, egzotyki polskiej sytuacji politycznej, której nie dawało się z niczym porównać, ani z radzieckim komunizmem, ani z totalitarnymi Niemcami, ani z Chinami czy Kubą. Hitler na tym obrazie wygląda jak złe skojarzenie, jak postać z kabaretu, z teatrzyku groteski. Stan wojenny miał prawo kojarzyć się z wojną, ale w połowie lat 80. już było wiadomo, że nie zapowiada się jakieś dramatyczne starcie, raczej powolny rozkład reżimu, jego demontaż. Hitler ukryty za krzakiem jest tutaj bardziej malarzem złych obrazów zainspirowanych kiczowatym widokiem niż dyktatorem. Władza zostaje ośmieszona. Dzisiaj jestem skłonna odczytywać ten obraz jeszcze inaczej - myślę o książce Svena Lindqvista "Wytępić całe to bydło" i tezie, że Hitler, szykując Zagładę, mógł rzeczywiście spoglądać w stronę krwawej historii europejskiego kolonializmu, która rozegrała się właśnie wśród palm, pod gorącym słońcem Afryki.
Nie wiem, czy taka myśl przeszła wtedy przez głowę Pawlaka, ale sądzę, że w latach 80. można było łatwo utożsamić się z każdym uciśnionym ludem. W rzeźbie "Neue Bieriemiennost na rzecz Jeana-Bédela Bokassy" (grupy Neue Bieriemiennost, czyli Mirosława Bałki, Mirosława Filonika i Marka Kijewskiego) bohaterem jest afrykański władca, który mianował się cesarzem i którego makabryczne czyny mocno działały wtedy na wyobraźnię. Bokassa czerpał z repertuaru zachodniej symboliki władzy pełnymi garściami - wkładał koronę, siadał na złotym tronie. W rzeźbie z 1987 r. jest czarnym korpusem bez głowy, za to z olbrzymim fallusem.
Skoro Afryka była wtedy metaforą opresji, skąd tytuł mówiący o marzeniu: "Mógłbym żyć w Afryce"? Bo Afryka występuje tu także w innym kontekście - ruchu rastafarian i ich utopijnego hasła "Back to Africa". "Mógłbym żyć w Afryce" to cytat z filmu Holendra Jacques'a de Koninga o polskim postpunkowym zespole
Izrael z 1983 r. Paweł "Kelner" Rozwadowski, jeden z muzyków grupy, rzuca w pewnym momencie: "I could live in Africa", próbując wyjaśnić człowiekowi z Holandii, na czym polega niewygoda i absurd życia w Polsce. Afryka to tutaj po prostu pewien symbol - utopia wolności, marzenie o miejscu, które jest lepsze; wtedy wydawało się, że wszędzie jest lepiej niż tu.
Wystawa złożona z filmów, archiwalnych fotografii, kilku obrazów i rzeźb nie mówi na pewno całej prawdy o latach 80., nawet do tego nie aspiruje. To fragment kultury tego czasu. Mowa o tym obiegu kultury niezależnej, który utożsamiał się z oporem wobec władzy, ale nie utożsamiał się z głównymi nurtami opozycji: ani z lewicą laicką, ani z kręgami katolickimi, ani z "Solidarnością", idąc własną, bardziej nihilistyczną, anarchiczną drogą.
Pokaz ma w sobie energię. Robią wrażenie np. wojownicze dzidy - obiekty rzeźbiarskie Leszka Knaflewskiego, z którymi można ruszyć do walki - film "Pożegnanie Europy" Jerzego Truszkowskiego, obraz "Gandzia" Marka Sobczyka (Jaruzelski z lufą w ustach), magazyn "Luxus", którego sześć numerów z lat 1980-86 można w obejrzeć w reprincie, wziąć do ręki. To są przynęty tej wystawy.
Robi wrażenie coś jeszcze, co wystawa pokazuje niejako mimowolnie. To jest sztuka mężczyzn, to jest naprawdę "świat bez kobiet", to moment wybuchu dzikiej, anarchicznej i bardzo męskiej energii. Wielkie fallusy na obrazach Ryszarda Grzyba i Ryszarda Woźniaka, nazwy grup artystycznych i muzycznych o konotacjach militarnych. To jak wyzwanie rzucone generałom przez armię dezerterów. Także społeczeństwu, bo nazwa zespołu Izrael była przecież prowokacją nie tylko wobec władzy.
Scena muzyczna była zdominowana przez mężczyzn, ale w sztuce też wtedy prawie nie występują kobiety (chyba tylko z wyjątkiem wrocławskiej grupy Luxus). Agnieszka Graff pisała, że „ »Solidarność « była wielkim męskim rytuałem przejścia”. Czymś podobnym była ówczesna alternatywa.
Przypadek sprawił, że jednocześnie w CSW w Warszawie otwarto wystawę wybitnego fotografa Erazma Ciołka „Sierpień »Solidarności «”. Oglądam czarno-białe zdjęcia ze strajków, z wizyt
papieża, mszy za ojczyznę. Są tu m.in. krzyże z kwiatów, układano takie na pamiątkę ofiar, ale największy i najpiękniejszy był zawsze przy kościele św. Anny w Warszawie. Te krzyże przypomniały mi się, kiedy poszłam kilka dni temu pod Pałac Prezydencki. Pod stojącym tam od czasu katastrofy pod Smoleńskiem krzyżem ktoś ułożył też swój własny krzyż z czerwonych i białych świeczek. Wystarczy pójść kwadrans spacerem, by na skrzyżowaniu Nowego Światu z Jerozolimskimi spotkać inny symbol - palmę. Jeśli krzyż spod Pałacu i spontaniczna twórczość wokół niego może się kojarzyć z powrotem do kwietnych krzyży stanu wojennego, to palma ma chyba coś wspólnego z alternatywną kulturą lat 80. Ona też jest z Afryki, z tego snu o wolności bez granic.
A jak widać po ostatnich wydarzeniach, napięcie między krzyżem a palmą jest ciągle aktualne.