"Jubileuszowych fajerwerków nie planujemy - jeśli festiwal będzie wyjątkowy, to dzięki filmom" - mówił Roman Gutek, otwierając w czwartek 10. edycję Ery Nowych Horyzontów. Nawet wśród widzów nie czuje się - jak parę lat temu w Cieszynie - upajania festiwalowym klimatem: jest coraz bardziej nowocześnie (nowy internetowy system rezerwacji miejsc), sprawnie, przewidywalnie. Na szczęście nieprzewidywalne okazują się filmy.
Zaskoczył Xavier Beauvois, którego "O bogach i ludziach" (Grand Prix w Cannes) pokazano na otwarcie. Ktoś złośliwie komentował, że ten film o świętości i czystej ofierze (jak pisali o nim francuscy krytycy po Cannes) zrealizowany został z finezją godną Bohdana Poręby. Coś w tym niestety jest - nie tylko pławi się w nachalnym, religijnym patosie, ale sprawia też wrażenie filmu obłudnego.
Dramat francuskich trapistów, którzy mieszkają w klasztorze w Algierii, sprowadza się tu do pytania: zostać czy wyjechać? Jest połowa lat 90.,
Algieria staje się krajem, którego nikt nie kontroluje, bo islamscy ekstremiści terroryzują ludność.
Beauvois, kontemplując wspólne posiłki i modlitwy trapistów, chce na siłę wzbudzić w widzu sympatię do uduchowionych mędrców, ale wywołuje efekt odwrotny. Nie widać w zakonnikach (jeden z nich płacze, bo przestał słyszeć głos Boga) empatii dla tubylców, z rzadka tylko przewijających się na drugim planie (ich tragedie i wybory są właściwie nieobecne). Widać za to irytujące poczucie wyższości. Cały film przesiąknięty jest zresztą protekcjonalną perspektywą Europejczyka-chrześcijanina, który wie i rozumie więcej, bo przecież zdolny jest do wybaczenia i męczeństwa, potrafi przyjąć słowa Koranu jak swoje, a słabość może przekuć w świętość.
Paradoksalnym, kapitalnym rewersem "O bogach i ludziach" okazał się nowy film Bruno Dumonta. W "Hadewijch" bohaterką jest młoda dziewczyna Celine, mieszkająca we współczesnym pałacu córka francuskiego ministra (mówi o nim "palant"), która ekstatycznie pragnie bliskości z Bogiem traktowanym przez nią niemal jak uporczywie nieobecny kochanek. Studiująca teologię Celine tę pustkę próbuje zapełnić na oślep: najpierw w katolickim klasztorze, a potem w grupie rozmodlonych muzułmanów. "Nie ma w sobie pokory", "jej religijność ma coś z uwielbienia samej siebie" - słowa, które wypowiada matka przełożona o Celine, wydają się trafnym komentarzem o bohaterach "O bogach i ludziach". Ale Dumont jest przekorny: zakonnica pewnie ma rację, ale patrzy na "szaloną-świętą" z pozycji władzy. I tak samo patrzy na nią przypadkowo poznany islamski fundamentalista, którego hasłom dziewczyna da się uwieść: "Musisz działać, musisz dawać świadectwo", "Przemoc jest czymś naturalnym", "Czy mogą być niewinni ci, którzy głosują?". Z "kochanki" Jezusa Celine przejdzie łatwo na stronę "boskiego żołnierza", ale w ostatniej chwili przyjdzie ratunek. I to z rąk "barbarzyńcy", kończącego wyrok więźnia, którego mija na swojej drodze od początku.
W pierwszych dniach festiwalu słowo "Bóg" pojawiało się zresztą w filmach często. W bałamutnie brutalnej fantazji o średniowieczu - "Valhalla Rising" Nicolasa Windinga Refna - między wiarą chrześcijańską i nordyckim politeizmem miota się niezwyciężony heros, który ukojenie znajdzie dopiero w śmierci. W tureckim "Kosmosie" Rehy Erdema w przygranicznym mieście Kars pojawia się obcy, który peroruje jak teolog, ratuje z opresji i przywraca zmarłym życie, ale nie wiadomo, czy jest wysłannikiem Boga czy diabła. W najlepszym z tych filmów, francusko-belgijskim "Dniu, w którym odszedł Bóg" Philippe'a Van Leeuwa - rozgrywającym się w czasie masakry w Ruandzie obserwowanej z punktu widzenia kobiety, która straciła dzieci i musi chować się w lesie - zgodnie z tytułem Boga nie ma, skoro przejmują go siepacze z Hutu, mówiący: "Służę Bogu, eliminując takich jak ty. Ale zanim utnę ci głowę, moglibyśmy się razem zabawić".