Donata Subbotko: W jakiej kondycji jest dziś Roman Polański? Andrzej Kostenko: Rozmawiałem z nim wielokrotnie przez telefon w czasie jego uwięzienia i nie zauważyłem apatii, chociaż nawet gdyby źle się wtedy czuł, nie dałby tego po sobie poznać.
Zawsze był taki twardy? - Ja jestem trzy lata młodszy, podczas wojny byłem z matką i bratem w obozie niemieckim w Łodzi - pamiętam głód, umieranie na zbiorowych salach, potem mieszkaliśmy u chłopów na wsi. I jak myślę o Romku, porównuję nasze dzieciństwa, to widzę olbrzymią różnicę, bo przecież miałem matkę, która była dla mnie opoką. On stracił swoją w Auschwitz. U chłopów na wsi ukrywał się sam. Kilkuletnie dziecko znalazło się nagle w obcej kulturze - wtedy wieś od miasta dzieliła przepaść. I dał sobie radę. Myślę, że to rzutuje na całe życie.
Wspominał czasem dzieciństwo? - Nigdy. Zaprzyjaźniliśmy się w szkole filmowej, mieliśmy po dwadzieścia kilka lat, to nie jest czas refleksji.
W łódzkiej Filmówce stworzyliście silną grupę - Kostenko, Polański, Kondratiuk. Mieliście ksywy? Polański to Polo, Andrzej był Puti, a ja Kostek, jeszcze do dzisiaj niektórzy na mnie tak mówią. Byliśmy inni od pokolenia Wajdy, Hasa, tych, którzy byli w szkole wyżej, starsi, bardziej obciążeni pozostałościami wojennymi i przedwojennymi, przyjęci do Filmówki na innych zasadach, bo po studiach wyższych, a my tylko po maturze.
W tej naszej grupie był jeszcze Wojtek Frykowski, imponujący rozrabiaka. Miał więcej pieniędzy niż my, bo jego ojciec był "prywaciarzem". To Frykowski w dużej mierze sfinansował "Ssaki" Polańskiego, do których Romek napisał scenariusz z Kondratiukiem. To był pierwszy prywatny film w Polsce. Mnie wtedy zmarł ojciec i cały swój spadek - pieniądze po sprzedaży starego samochodu, którymi z bratem się podzieliliśmy - też włożyłem w tę produkcję.
Andrzej Wajda mówił o Polańskim, że na początku jawił się w szkole jako potwór. Agresywny, głośny. - Byliśmy inni i nie staraliśmy się tym starszym podlizać. Ale Wajda nas lubił. Z Hasem było inaczej, miał do nas dystans, był introwertyczny. Mimo różnicy wieku Polański przyjaźnił się z Munkiem, czego mu zazdrościłem, bo Munk budził w nas respekt.
Polański był jednym z niewielu, który nie mieszkał w akademiku, a miał prywatny pokój wynajęty przez ojca. Tam odbywały się balangi i rozmowy o filmach, bo najwspanialszą rzeczą w szkole było oglądanie filmów - to się odbywało nawet po nocach, jeśli złożyliśmy się na kabiniarza, by został po godzinach. Któryś z wykładowców, chyba Toeplitz, załatwił, że dostawaliśmy wszystkie filmy, które przychodziły do KC. "Obywatel Kane" to była nasza biblia, "La Strada", cały zresztą Fellini, Antonioni, potem Nowa Fala, Godard, "Ucieczka skazańca" Bressona, film prawie bez dialogów
Pompowani filmami, byliśmy balonami, które unosiły się w trochę nierealnym świecie.
Jakie kino sami chcieliście robić? - Dla nas szokiem było przyjęcie "Noża w wodzie", nominacja do Oscara. Okazało się, że świat jest osiągalny - oto coś, co Romek zrobił tutaj, z nami, uznano za ważne. Ale wyjazd z Polski to nie był wybór Polańskiego. Jak Gomułka zobaczył "Nóż w wodzie" - film o dziennikarzu, który ma drogi
samochód i
jacht, to się wściekł: "My sobie nie życzymy takich filmów". Wydał wyrok. Wspaniały profesor Bossak, dzięki któremu powstał "Nóż w wodzie", powiedział do Romka: to nie jest chwilowy humor władzy, to cios w twój życiorys. I to uruchomiło starania Polańskiego, żeby się w tym zawodzie zaczepić na Zachodzie. A przecież nie miał żadnych koneksji, pieniędzy, startował od zera. Wykonał lot kosmonauty. Nikomu wcześniej to się nie udało i mało komu później - Skolimowskiemu, trochę dzięki pomocy Romana, no i Agnieszce Holland. Wajda kręcił filmy za granicą już jako pan na włościach w Polsce. Wybił się jeszcze Żuławski, ale on uczył się we Francji, tam się wychował. Polański zawdzięcza swój sukces odporności, talentowi i determinacji. Myśmy się przecież nawet nie uczyli języków, to było w PRL niepotrzebne.
On był zresztą z nas najdojrzalszy w sensie intelektualnym. Wychował się w środowisku krakowskim, skończył szkołę plastyczną. Zachwycał wiedzą niewyniesioną ze szkoły - o sztuce, literaturze. Znał wiele wierszy na pamięć - Gałczyńskiego, Tuwima, Leśmiana - to robiło wrażenie.
Czyli typ liryczny? - Owszem. Te opowieści, że był straszny, wynikały z tego, że Romek był pewny siebie, potrafił bronić swoich racji - kiedyś pobił się z Wiesławem Zdortem po projekcji, bo mieli różne zdania na temat jakiegoś polskiego filmu. Zdort był starszy, nie podobała mu się krytyka Polańskiego i zaczęli się szarpać. Roman mógł się wydawać arogantem, ale przeważnie miał rację. Nie było drugiej takiej postaci w szkole.
Miał powodzenie u kobiet? - Opowiedział mi, że kiedyś na ognisku harcerskim wygłosił improwizowany monolog bacy góralskiego. Wtedy po raz pierwszy zdał sobie sprawę, jak może zyskiwać sympatię mężczyzna bez wielkiej atrakcyjności zewnętrznej. Mistrzowsko opowiadał anegdoty. To pomaga w zdobywaniu kobiet. Dwa lata temu w Gdyni z takim zaangażowaniem opowiadał nam w hotelu jakąś historię, że turlał się przy okazji po podłodze między stolikami. W wieku 75 lat.