- Moim głównym instrumentem jest sampler - mówi o sobie. - Pierwszy kupiłem, gdy był jeszcze totalną nowością na rynku. Dziś to już standard. Samplowanie jest naturalnym przedłużeniem kultury didżejskiej opartej na winylowych płytach. A właściwie nie samplowanie, tylko
muzyka samplowana.
Ortodoksi się skrzywią. Jak można elektroniczne urządzenie, które podkrada rytmy i melodie z istniejących już kompozycji, nazywać instrumentem?! A powstające w ten sposób utwory - muzyką? A jednak.
Shadow niemal całą twórczość opiera na pożyczonych dźwiękach. Poza samplerem sięga jeszcze po didżejskie gramofony, płyty winylowe i automaty perkusyjne. Mimo to wyobraźnią i kreatywnością mógłby wpędzić w kompleksy niejeden zespół używający żywych instrumentów. Jest klasycznym reprezentantem turntablizmu - sztuki polegającej na tworzeniu muzyki jedynie przy wykorzystaniu gramofonów, miksera i płyt winylowych. Pojęcie (utworzone od słowa turntable, czyli didżejski gramofon) powstało w połowie lat 90. dla odróżnienia didżejów, którzy grają płyty, miksując je tak, aby jeden utwór płynnie przechodził w następny, od artystów, dla których zabawa przy gramofonach za sprawą scratchingu (czyli gwałtownego cofania ręką odtwarzanej płyty) oraz innych sztuczek staje się pretekstem do kreowania zupełnie nowej jakości.
Turntablizm jest pojęciem nierozerwalnie związanym z kulturą hiphopową. DJ Shadow, chociaż jego muzykę trudno przypisać do jednego stylu, też uważa się za hiphopowca. Wsiąkł w tę kulturę jeszcze w latach 80. - co dość nietypowe jak na białego chłopaka wychowanego na przedmieściach kalifornijskiego San José. - Zaczynałem od słuchania takich kapel jak
Foreigner czy Blue Oyster Cult. Był 1982 rok, miałem dziesięć lat. Potem przerzuciłem się na nową falę: Blondie, Devo. I wtedy nagle usłyszałem gdzieś "The Message" - utwór Grandmaster Flasha. Powaliła mnie jego surowość. W tym numerze muzyka stanowiła niemal nieistniejące tło, a tekst był niesamowicie bezpośredni. To była eksplozja. Parę tygodni później usłyszałem "Planet Rock" Africa Bambaataa. No i przepadłem.
Naprawdę nazywa się Joshua Paul Davis. Karierę didżejską zaczynał w lokalnym studenckim
radiu na Uniwersytecie Kalifornijskim. Szybko przeszedł do nagrywania własnych kawałków (jest prawdziwym maniakiem winyli - do dziś zgromadził kolekcję przekraczającą 60 tys. tytułów). Jego pierwsze single - mieszanka funkowych basów, jazzowych rytmów, soulowych melodii, hiphopowych scratchów, muzyki ambient, smyczków wyciągniętych z jakichś klasycznych kompozycji, fragmentów nagranych rozmów i co tam jeszcze podpowiadała mu wyobraźnia - były tak niezwykłe, że pewien krytyk bezradny wobec oryginalności tej muzyki określił je mianem "naćpanego komputera". Inny dziennikarz piszący dla brytyjskiego magazynu "Mix Mag" Andy Pemberton, recenzując twórczość DJ Shadowa, użył w 1994 roku - po raz pierwszy w historii - terminu "trip-hop".
Dwa lata później Shadow pokazał, na co go stać. Ukazała się jego debiutancka płyta "Endtroducing...". Wylewająca się z tego albumu lawina sampli (płyta figuruje w Księdze
rekordów Guinnessa jako pierwszy longplay w historii złożony tylko i wyłącznie z cytatów z innych nagrań), jaką DJ poskładał we własne, porażające mrocznym, dusznym klimatem i narracyjną, prawie filmową formułą kompozycje oszałamia do dziś. Kilka lat temu album ten trafił na listę stu najlepszych płyt wszech czasów magazynu "Time".
Shadow nagrywa materiały solowe bardzo rzadko. Od wydanego w 1996 roku "Endtroducing..." jego dyskografia wzbogaciła się ledwie o dwie pozycje. Nie jest jednak artystą jednego albumu. Nieustannie angażuje się w nowe projekty. W 1998 roku wyprodukował "Psyence Fiction", debiutancką płytę zespołu UNKLE. Często nagrywa z innymi artystami, pojawia się gościnnie na cudzych płytach, realizuje projekty multimedialne. Na europejskiej trasie - występ w Gdańsku jest jej elementem - ogrywa materiał na swoją nową solową płytę, która ukaże się w przyszłym roku.
Koncert Dj Shadow, Centrum Stocznia Gdańska, 24 lipca