http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Ucieczka przed cudzymi spojrzeniami

Paweł T. Felis
2010-07-23, ostatnia aktualizacja 2010-07-22 17:41

Za ten film Niemka Maren Ade dostała Grand Prix oraz Srebrnego Niedźwiedzia w Berlinie. Zasłużenie, bo "Wszyscy inni" to jeden z najciekawszych w ostatnich latach portretów pokolenia trzydziestolatków. Od dziś w kinach

Chris i Gitti spędzają na Sardynii wakacje. Ona jest tam po raz pierwszy. On ma tam dom rodziców, chociaż jest w nim tylko gościem. Ale właśnie w tej mieszczańsko urządzonej rezydencji pełnej kiczowatych bibelotów (czego on - zdolny architekt - wyraźnie się wstydzi) para młodych bohaterów prowadzić będzie ze sobą hipnotyzującą widza grę: w miłość i przyjaźń, w dorosłość i świadomą niedojrzałość, w kobiecość i męskość.

Jak u Polańskiego

W przypominającej "Nóż w wodzie" Polańskiego, mistrzowsko skonstruowanej, intymnej psychodramie Maren Ade gra oznacza zresztą nic innego jak szukanie własnego pomysłu na życie. "Zobacz, jak zachowują się inni" - mówi w filmie Chris, gdy jego dziewczyna podczas kolacji ze znajomymi wychodzi z konwencji przyjacielskiego grilla i przepuszcza słowny atak na zbyt protekcjonalnego kolegę. "Nie chcę zachowywać się jak wszyscy inni" - odpowiada Gitti, która nawet w zwykłej (dla niej "burżujskiej") sukience czuje się nieswojo: woli swoje krótkie spodenki i nonszalanckie dresy. Kapitalną wiwisekcję związku, który chce funkcjonować na swoich tylko zasadach, Ade buduje jednak wokół pytania jak z Gombrowicza: czy od spojrzeń innych w ogóle można uciec?

Gitty (Birgit Minichmayr, nagrodzona za tę rolę w Berlinie) pracuje co prawda w korporacji (jest PR-owcem wytwórni muzycznej i menedżerką zespołu o wdzięcznej nazwie The Shames), ale w niczym nie przypomina dziewczyny ze szklanego wieżowca - nie dba o karierę, nie nosi makijażu, niemal organicznie nie potrafi dbać o konwenanse. Chris (Lars Eidinger) - choć kolega z lekką ironią nazywa go "geniuszem" - zamiast budować dostojne muzea, dostaje propozycje renowacji prywatnych domów. Wciąż czeka na swoją szansę, jest idealistą, nie chce iść na kompromisy.

Z początku to ona wydaje się w tym związku silniejsza - pewna siebie, skłonna do ryzyka, nietolerująca fałszu ("Powiedz głośno, że mnie nienawidzisz - uczy kilkuletnią siostrzenicę Chrisa. - A potem mnie zastrzel!"). Nieustannie prowokuje, udaje niezrównoważoną wariatkę, ale to szaleństwo kontrolowane i podparte imponującą przenikliwością. Chris jest bardziej zamknięty, małomówny, rozedrgany - dwa tygodnie, jak ironizuje Gitti, jest w stanie zastanawiać się, czy zaprosić przyjaciół na kolację. Ale i on lubi przecież wygłupy, codzienny teatr, który chronić ma przed rutyną - jak wtedy gdy wyjmuje z rozporka zrobionego przez siebie ludzika z ziemniaka i poważnym tonem oznajmia: "Musimy porozmawiać o naszym życiu erotycznym, bo już nie wyrabiam - wezwałem posiłki".

Gra bohaterów szybko zmienia się zresztą we "Wszystkich innych" w grę z widzem - Maren Ade pozwala zbliżyć się do trzydziestolatków, by za chwilę wszystko, co o nich wiemy, podważyć. Chris bywa upokorzony, gdy nie wiedzie mu się w pracy, ale też jest nadwrażliwym chłopakiem, który po omacku próbuje stać się mężczyzną ("Zawsze myślałem, że to przyjdzie naturalnie, z wiekiem, ale nic się nie zmienia - poza tym, że wypadają mi włosy"). Gitty chełpi się swoim wyemancypowaniem, a za chwilę zmienia się w kokietkę przygotowującą niesiony z poświęceniem po górach, w plecaku, luksusowy obiad z szampanem. Biegnie przez życie jak torpeda, a jednocześnie nie potrafi ukryć kompleksów, wątpliwości i ciągłego lęku o ten związek.

Ten lęk wisi zresztą w powietrzu cały czas. "Czy jestem dla ciebie wystarczająco męski?", "Czy nie jestem zbyt nudny?" - pyta Chris. "Chciałabym się dla ciebie zmienić - czasem myślę, że gdybym była inna, mogłabym cię uszczęśliwić" - mówi Gitty. Z tego rozczarowania sobą - nie partnerem - docierają w końcu do granicy, niemal do rozstania.

Inny, który uwodzi

Od początku jest też w filmie jeszcze jeden lęk - przed "wszystkimi innymi", których symbolizuje kolega Chrisa Hans. Zarozumiały, wszystkowiedzący architekt, ale też - jak się okaże - miłośnik ryzykownych, psychologicznych gier. To przed nim Chris i Gitty chować się będą w domu, przed nim będą też uciekać w supermarkecie jak dzieci. Ale spotkają się i tak. Poznają również jego "idealną" żonę, ciężarną Sanę, która jest wszystkim, czym Gitti nie jest - nosi perfekcyjne, zaprojektowane przez siebie sukienki (Gitty: "Świetne, ale mnie na to nie stać"), jest zawsze układna i wzorowo wpatrzona w męża - nawet w snach myśli o Hansie jak o herosie, który jako jedyny ochronić ją może przed światem.

Pojawienie się świetnie ustawionych, odnoszących sukces za sukcesem, niechcianych znajomych zmienia zresztą więcej, niż mogłoby się na początku wydawać. Przy Hansie Gitty zupełnie traci pewność siebie, z niezrozumiałą agresją reaguje na zaczepki, jest jak napięta struna, wciąż na granicy wybuchu. Chris - wcześniej wobec Hansa bezwzględnie złośliwy - zaczyna dziwnie mu ulegać, grać nieswoją melodię. Widać, że trochę mu zazdrości, trochę się go wstydzi. Chce mu dorównać - czy może raczej chce mu się, w dziwnie krępujący sposób, przypodobać?

Ten pozornie tak toporny, samczy "inny" z zaskakującą łatwością potrafi wytrącić bohaterów z ich ról. Chris da się Hansowi uwieść, Gitty zgodzi się na sytuację, w której o swojego mężczyznę trzeba rywalizować z jego kolegą. Specyficzny, niezrozumiały dla innych kod, którym porozumiewali się do tej pory, okaże się czymś wstydliwym. W filmie Ade nie chodzi jednak o prostą hipokryzję, dostosowywanie się do gustów i stylu życia większości. Niemiecka reżyserka wyostrza współczesny (ponowoczesny?) paradoks - im bardziej próbujemy żyć po swojemu, tym bardziej podatni jesteśmy na mentalną władzę "wszystkich innych".

Fałszywe są więc wybory, które stawiają sobie w filmie bohaterowie: kariera albo niekończący się stan zawieszenia, mieszczańskie "zakładanie gniazda" albo prowokacyjna "anarchia", romantyczny kicz albo związek oparty na niekończącej się prowokacji. Sfrustrowany stojącą w miejscu karierą Chris ("Nigdy nie chciałem być nieudacznikiem") pozostaje przez cały czas romantykiem idealistą, niekonwencjonalna Gitty myśli czasem o wspólnym domu, może nawet o założeniu rodziny. Instynktownie, może nie do końca świadomie szukają swojej drogi "pomiędzy". Bo żadnej innej - sugeruje Ade - przecież nie ma.

Taniec przy Iglesiasie

W jednej z najlepszych scen filmu Gitti chce jechać do klubu i potańczyć. Chris nie, bo piątkowych dyskotek nie lubi. Zabiera więc dziewczynę do skrajnie kiczowatego pokoju matki, włącza płytę. Z odtwarzacza leci nieznośny hit Julio Iglesiasa "To All the Girls I've Loved Before". Wybuchają śmiechem, za chwilę będą się kochać. Ale najpierw Chris zaczyna tańczyć - może właśnie wtedy, kiedy tak szarżuje, wygłupia się, wchodzi w kolejną rolę, jest najbardziej prawdziwy?

Podobną scenę parę lat wcześniej umieściła w znakomitej "Tęsknocie" inna nieprzeciętnie zdolna niemiecka reżyserka Valeska Grisebach. Bo Grisebach i Ade nie tylko od lat się przyjaźnią, nie tylko pomagają sobie nawzajem przy pisaniu scenariuszy i produkowaniu filmów, ale przede wszystkim mają podobną, reżyserską wrażliwość - do znajdowania niezwykłości w tym, co zwyczajne, do nadawania prostym historiom ciężaru wnikliwej psychodramy albo tragedii.

Precyzyjny scenariusz, oparty - jak we "Wszystkich innych" - na całkowicie pozbawionych teatralnej maniery dialogach, można pisać długo. Z aktorami, którzy grają tak fantastycznie, można tygodniami ćwiczyć. W filmie Ade widać jednak rzeczy, których wypracować się nie da - specyficzny ton między szeptem a krzykiem, realizm, którego nie unieważnia nawet absurd. A zwłaszcza coś, o czym pisać najtrudniej - rodzaj błysku, umiejętność trafienia w punkt, co zdarza się w kinie tylko najlepszym.



Dla "Gazety"

Maren Ade, reżyserka:

Nie ukrywam, że "Wszyscy inni" to historia bardzo osobista - wiele w bohaterach ze mnie, wiele z moich przyjaciół. Mówi się o dzisiejszym pokoleniu 30-latków, że jest cyniczne. A może jesteśmy pokoleniem zawiedzionych idealistów?

Nie chciałam jednak robić filmu o pokoleniu. Nie wierzę w filmy manifesty. Chciałam opowiedzieć intymną historię o dwojgu młodych ludziach, którzy od jakiegoś czasu są parą, aż dochodzą do punktu, w którym muszą zrobić następny krok. Muszą określić swoją rolę w tym związku, muszą określić się jako kobieta i mężczyzna. Prowokuje ich do tego choćby dom rodziców Chrisa, w którym role były wyraźnie podzielone - swoją przestrzeń miała matka, swoją ojciec. Chris i Gitty chcą żyć inaczej, odrzucają tamten wzór, ale przecież mimowolnie zaczynają go powtarzać, wchodzą w cudze buty.

Moi bohaterowie to para indywidualistów, którzy separują się od "wszystkich innych", takich jak Hans i jego żona. Ale te dwie pary okazują się do siebie zaskakująco podobne, jakby Hans i Sana byli niemal "lepszą" wersją Chrisa i Gitti. To oczywiście drażni, wywołuje napięcia, choć może być tylko złudzeniem: Hans jest przecież świetnym manipulatorem.

Nie chciałam dawać w swoim filmie żadnej recepty, żadnego rozwiązania. Próbowałam tylko pokazać tę subtelną, codzienną stronę każdego związku. Małe szczęścia i tęsknoty, żarty i chwile załamania. Euforię i poczucie strachu: czy ta druga osoba mnie kocha? I czy kocha mnie za to, kim jestem? Ale jak może mnie kochać, skoro sam wciąż się miotam i nie znam samego siebie?

W kinie najważniejsze jest dla mnie pisanie. Nie historii, ale dialogów. Szukam słów, rytmu, tonu, które zabrzmią autentycznie, dlatego dopieszczam je długo i mozolnie poprawiam. Wierzę w kino, które próbuje przebić się do prawdy o ludziach nie przez fabułę, ale przez rozmowę. W końcu jednym z moich pierwszych filmowych olśnień były "Sceny z życia małżeńskiego" Bergmana.

not. ptf

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    25 głosów