http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

W cieniu świętej księgi, Halonen, Arto; Frazier, Kevin

Ludwika Włodek-Biernat
2010-07-20, ostatnia aktualizacja 2010-07-20 16:01

Koncerny tłumaczą, że ich inwestycje w zamkniętych reżimach otwierają tamtejszym obywatelom okno na świat. Często bywa dokładnie odwrotnie

W cieniu świętej księgi
Arto Halonen i Kevin Frazier
przeł. Sebastian Musielak
Czarne, Wołowiec

W pewnej dalekiej krainie panował ekscentryczny władca. Kazał się nazywać Turkmenbaszą. Obiecywał rodakom, że za pieniądze z gazu zmieni kraj w drugi Kuwejt. W centrum stolicy, Aszchabadzie, wybudował marmurowe pałace, luksusowe hotele. Kazał też postawić gigantyczny pomnik - łuk neutralności, na szczycie którego obracała się kolosalnych rozmiarów jego złota sylwetka. Władca napisał książkę. Zatytułował ją "Ruhnama" - "Księga duszy". Zawarł w niej najważniejsze jego zdaniem prawdy duchowe swojego narodu.

Tyle o powstałym w 1991 r. na gruzach sowieckiej republiki Turkmenistanie wiedział świat.

Więcej wiedzieli zagraniczni biznesmeni. Zorientowali się, że w tym środkowoazjatyckim kraju można robić niezłe interesy. Kluczem do lukratywnych kontraktów były dobre stosunki z prezydentem Saparmuradem Nijazowem. A sympatię władcy najłatwiej było zaskarbić sobie, łechcząc jego ego. Na przykład przekładając „Ruhnamę” i opowiadając mu, że angielska, turecka czy fińska wersja księgi podbija serca zagranicznych czytelników. „Dzięki » Ruhnamie «węgierski czytelnik pozna głębię historii waszego narodu" - napisał w liście do Nijazowa węgierski przedsiębiorca po opłaceniu tłumaczenia „Ruhnamy” na swój język.

Pozornie to niewinna procedura. Cóż złego może być w przełożeniu książki, jeśli w zamian można uzyskać zamówienie na kilkaset milionów dolarów?

Fiński dokumentalista Arto Halonen i amerykański dziennikarz Kevin Frazier pokazują w swojej książce, że firmy robiące interesy w Turkmenistanie nie są tak niewinne, za jakie pragnęłyby uchodzić. Udowadniają, że wizja Turkmenistanu, jaką udało się dyktatorowi zbudować w świadomości świata, jest niebezpiecznie fałszywa. "Im konsekwentniej zachodnie media pokazywały go jako ekscentrycznego klauna, tym mocniej Nijazow dzierżył władzę i coraz jawniej łamał prawa człowieka. Ten groteskowy wizerunek stanowił fasadę, za którą mógł bez ingerencji społeczności międzynarodowej kontynuować swoją politykę. Jeśli Nijazow był klaunem, to usta miał wymalowane krwią, a przepastne kieszenie jego portek rozpychały noże i pistolety".

Niestety, o terrorze wprowadzonym przez Turkmenbaszę, a po jego śmierci w 2006 r. kontynuowanym przez jego następcę Gurbanguly Berdimuhamedowa, mówi się na świecie mniej niż o dziwacznych budowlach Aszchabadu czy bzdurach opisanych w "Ruhnamie", z których wynika, że wszystkie przełomowe wynalazki ludzkości były dziełem Turkmenów.

Tymczasem Turkmeni sami mówią o sobie, że dzielą się na trzy kategorie: byłych, obecnych i przyszłych więźniów. Siedzi co najmniej kilka tysięcy więźniów politycznych. Kilka lat temu Turkmenistan zniósł karę śmierci, ale według Emmanuela Decaux, autora raportu dla OBWE, kilkuletni pobyt w turkmeńskich kazamatach wystarczy, by wykończyć większość osadzonych. Przeżywają tylko najmłodsi i najsilniejsi.

W książce opisano wstrząsającą historię Olgi Muradowej, siostry turkmeńskiego dysydenta, niegdysiejszego szefa banku centralnego, dziś na emigracji w Bułgarii. Gdy wyjechał z żoną, której działalność na rzecz praw człowieka również nie podobała się władzom, prezydent publicznie obiecał, że zniszczy całą ich rodzinę. I słowa dotrzymał. Muradowa spotkała się z francuskimi dokumentalistami, by opowiedzieć im o fatalnej sytuacji w turkmeńskim szkolnictwie. Niedługo potem została aresztowana. Kilka dni później jej dzieciom wydano ciało matki z dziurą w głowie i śladami pobicia.

W Turkmenistanie zlikwidowano większość publicznych szpitali, brakuje lekarstw, a lekarzom zakazuje się nawet informowania pacjentów o szerzących się epidemiach gruźlicy czy AIDS. Fakty te ignorują dyrektorzy wielkich koncernów, które bez zbrzydzenia negocjują kontrakty z turkmeńskimi oficjelami. "Zdajemy sobie sprawę z notowań Turkmenistanu. Ale trzeba patrzeć na to zagadnienie całościowo. Należy się zastanowić, jak najlepiej poprawić sytuację w tym kraju. A najlepszym sposobem może okazać się danie mu szansy na rozwój gospodarczy" - tłumaczyła autorom książki rzeczniczka robiącego milionowe interesy w Turkmenistanie niemieckiego Zeppelina.

Zasłużonym dla "rozwoju gospodarczego Turkmenistanu" jest Turek Ahmed Çalik. To on rozpoczął tradycję tłumaczenia "Ruhanmy" na obce języki. Był tak zaprzyjaźniony z Turkmenbaszą, że ten mianował go nawet ministrem. Firmy należące do holdingu Çalika zajmowały się w Turkmenistanie budownictwem, gazem. I bawełną. Do jej uprawy Turkmenistan wykorzystuje niemal niewolniczą pracę. Łapanki do zbiorów odbywają się w szkołach, urzędach i na bazarach. Tak zebrana bawełna trafia do fabryk wybudowanych przez Çalika. Wśród odbiorców towaru jest amerykański Wal Mart, a także: GAP, Calvin Klain, Esprit, H&M, Diesel, Levi's.

O względy satrapy, a co za tym idzie - o złote kontrakty rywalizował z Çalikiem francuski przedsiębiorca, dobry znajomy Nicolasa Sarkozy'ego Martin Bouygues. Związany z jego firmą architekt - nazwany przez autorów książki Albertem Speerem Turkmenbaszy - opracował plan przebudowy Aszchabadu. Majstersztykiem lizusostwa była telewizyjna mistyfikacja Bouyguesa, który jest także właścicielem programu francuskiej telewizji TF1. Na jego polecenie telewizja nagrała przychylny program o Nijazowie. Turkmeni z miejscowej w telewizji dowiedzieli się, że program został wyemitowany we Francji w najlepszym czasie antenowym. W rzeczywistości nigdy nie wyszedł poza studio filmowe.

Firmy udawały przed Nijazowem, że świat go podziwia, wydawały jego książki, a z drugiej strony robiły wszystko, by Zachód nie dowiedział się o ich propagandowych zabiegach na turkmeński użytek.

Firmy tłumaczą, że ich inwestycje w dyktaturach otwierają tamtejszym obywatelom okno na świat, dają im namiastkę tego, co mają ludzie Zachodu. Wielu usprawiedliwia interesy z dyktatorami naszym wspólnym dobrem. - Demokracji w Azji Środkowej i tak nie będzie, a kupując od nich gaz, polepszamy bezpieczeństwo energetyczne Europy - tłumaczyła mi ekspertka w polskim prestiżowym think thanku.

Autorzy "Cienia świętej księgi" są innego zdania. Wierzą, że opinia publiczna w demokratycznych krajach może wpływać i na firmy, i na polityków. Musi tylko nastąpić przełom w naszym myśleniu. "Prawa człowieka nie mogą być jedynie dodatkowym elementem łamigłówki, lecz muszą być centralną koncepcją, z której wypływają wszystkie pozostałe decyzje. Zbyt długo godziliśmy się na to, by traktowano je jak luksus, na który nie możemy sobie pozwolić".

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 7 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    18 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':