http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Anda Rottenberg: Mogę wam to opowiedzieć

Juliusz Kurkiewicz
2010-07-20, ostatnia aktualizacja 2010-07-19 18:33

Przedstawiamy dwadzieścia książek nominowanych do nagrody Nike 2010. Dziś autobiograficzna opowieść "Proszę bardzo" Andy Rottenberg. -Od dzieciństwa miałam poczucie, że jestem inna, nie mieszczę się w żadnej grupie, również narodowościowej. Pomyślałam, że może ta książka będzie próbą wywalczenia praw dla osób, które - jak ja - mają niezdefiniowaną, mozaikową tożsamość - mówi autorka

''Proszę bardzo'', Anda Rottenberg
''Proszę bardzo'', Anda Rottenberg


Proszę bardzo

Anda Rottenberg

W.A.B., Warszawa



Już sam tytuł tej książki jest prowokacją. Tytułowe zawołanie skierowane jest do polskich parlamentarzystów, którzy w latach 90. zaproponowali ówczesnej dyrektorce "Zachęty" przeprowadzkę do Izraela. Do dziennikarzy z tabloidów, którzy opisywali sensacyjną historię zaginięcia jej uzależnionego od narkotyków syna. Do tych, którzy uważają, że literatura powinna zgłębiać tajemnice egzystencji, ale ładnie, dyskretnie, nie przekraczając nigdy granic ekshibicjonizmu.

Matka i ojciec Andy Rottenberg poznali się w środku II wojny, w syberyjskiej latrynie należącej do archipelagu Gułag. Ona była Rosjanką, której rodzina została dotkliwie doświadczona przez wszystkie etapy XX-wiecznej historii Rosji - rewolucję, wielki głód, stalinowskie czystki. Cudem przeżyła blokadę Leningradu. On - polskim Żydem z Nowego Sącza, który po wybuchu wojny uciekł do ZSRR z okupowanej przez Niemców Polski.

Ich małżeństwo i powrót do Polski nie były początkiem długiej i szczęśliwej historii. Osiedli w prowincjonalnej Legnicy, w której stacjonowały radzieckie wojska. Ona - kobieta silna i przedsiębiorcza, nie była w stanie spełnić swych artystycznych ambicji, nigdy nie przestała tęsknić za pozostawioną w Rosji rodziną. On - żył w cieniu Holocaustu, który odebrał mu większość bliskich, nie poszedł na kompromis z nową władzą, nie zrobił kariery. Nie stanowili dobrze dobranego małżeństwa. Rozsupływanie skomplikowanej genealogii rodzinnej jest symbolicznym "pogodzeniem się" z rodzicami, pozbawioną czułostkowości próbą zrozumienia ich życiowych wyborów. Dla Andy Rottenberg "Proszę bardzo" było zapewne - także - psychoterapią. Dla nas, czytelników, jest też czymś znacznie więcej. "Prawda jest bezforemna, a przez to niewygodna, nie daje się wtłoczyć w rytm frazy, nie wpisuje się w ramy kompozycji inaczej niż jako fikcja. A co z tym banałem codzienności, co z ciągiem nieudanych przyjaźni i romansów, gdzie podziać niespełnione marzenia i nudne wieczory, jak się przyznać do żałosnych klęsk zawodowych, finansowych i rodzinnych? Nie każde życie jest warte romansu (...). Ale ja nie potrafię zmyślać".

Książka Andy Rottenberg - w młodości żarłocznej czytelniczki Tołstoja i Flauberta - jest przede wszystkim opowieścią wymierzoną w kłamstwo literatury i jej efektownych opowieści. Także w kłamstwo kultury podpowiadającej nam, kim z racji płci, przynależności do religijnej, narodowej, państwowej wspólnot, powinniśmy być i jak się zachowywać. To opowieść o pogodzeniu się z bezforemnością i niekonkluzywnością życia i o prawie do porażki, która jest tego życia niezbywalną częścią. Dla tej opowieści autorka znajduje nieefektowną, ale wyrazistą formę - maeandrycznie poruszając się między biegunami rodzinnej prehistorii, autobiografii i niezrozumiałej teraźniejszości.





Juliusz Kurkiewicz: Pani książka jest konstatacją własnej inności, osobności. Po co składać takie deklaracje?

Anda Rottenberg: A po co swoją tożsamość ujawniają osoby homoseksualne? 

Czyli ta książka jest czymś w rodzaju coming outu?

- W jakiejś mierze, bo piszę w niej otwarcie o swoich złożonych korzeniach. Ludzie często wstydzą się swojego pochodzenia, chyba że są hrabiami. Miałam kolegę, który chował swoją mamę w jakimś ukrytym kąciku, kiedy przyjmował gości - on był już inteligentem, a ona ze wsi. Ale mój problem nie dotyczył pochodzenia społecznego, lecz etnicznego. Od dzieciństwa miałam poczucie, że jestem inna, nie mieszczę się w żadnej grupie, również narodowościowej. Pomyślałam, że może ta książka będzie próbą wywalczenia praw dla osób, które - jak ja - mają niezdefiniowaną, mozaikową tożsamość. Nie wszyscy w takiej sytuacji stają się silni, nie każdy uczy się boksować w wieku czterech lat. Wielu siedzi w kącie z depresją.

Ja czuję się akceptowana, ale mieszkam w wielkim mieście, coś zrobiłam w życiu. Gdybym mieszkała w małym miasteczku, w którym wszyscy są jednakowi, musiałabym się dookreślić, czyli zrezygnować z kawałka siebie.

Czy pisząc „Proszę bardzo”, postawiła sobie pani jakąś granicę szczerości? 

- Nie sądzę, żeby ktokolwiek, kto ma poczucie smaku, mógł napisać coś, po czym czułby się zażenowany. To naturalny, instynktowny rodzaj bariery. Ale to nie ma wiele wspólnego z odwagą. Zabierając się do pisania, nie miałam tej książki w głowie, nie było więc okazji, by zastanawiać się nad kwestią odwagi. Przestraszyłam się dopiero, kiedy była gotowa.

Czego?

- Strach jest czymś irracjonalnym. Nie do końca wiemy, czemu się rodzi, gdy dość intymne problemy stają się nagle publiczną własnością. Jakoś mnie zaskoczyło to, że książka stała się przedmiotem, który zaczyna żyć własnym życiem, że może mogłam kogoś dotknąć czy obrazić. Uprzedziłam tylko najbliższe osoby, które już wcześniej dostały poświęcone im fragmenty i zaakceptowały je. 

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów