Luchino ViscontiLaurence Schifanoprzeł. Elżbieta Radziwiłłowa
PIW,
Warszawa Luchino Visconti (1906-1976) jawi się w niej jako postać paradoksalna. Był to wszak arystokrata, a jednocześnie komunista, choć do włoskiej partii komunistycznej formalnie nigdy nie należał. Jeszcze w roku 1973 mówił: "Jestem komunistą od czasu Ruchu Oporu. Moje poglądy w tym względzie nigdy nie uległy zmianie. Dziś jeszcze stoję po stronie partii komunistycznej: co prawda - nie zawsze. Czasami mogę kwestionować stanowisko partii". Szczególnie bliski był Viscontiemu komunistyczny ideolog Palmiro Togliatti, który, i tu znów paradoks, zażarcie bronił jego wielkopańskiego "Lamparta" (1963): "Scena balu jest kulminacją i klęską. Mówią, że trwa za długo. Niesłusznie. Nie pozwól wyciąć ani jednego centymetra taśmy".
Arystokratyczność Luchino była zresztą znamienna. Był czwartym synem księcia Giuseppe Viscontiego di Modrone i Carli, z domu Erba. A rodzina Erba to byli fabrykanci (m.in. od produkcji olejku rycynowego). Więc Luchino to konsekwencja związku błękitnej krwi i pieniądza. Gdy się czyta opisy ceremoniału rodzinnej kolacji u Viscontich, podawanej na srebrnej zastawie, łatwo zrozumieć, dlaczego Luchino marzył przez lata o zekranizowaniu "W poszukiwaniu straconego czasu" Marcela Prousta, ale nigdy mu się to nie udało.
Następny paradoks Viscontiego: był człowiekiem z północy Włoch - mediolańczykiem - a z upodobaniem zajmował się włoskim Południem, m.in. w neorealistycznym filmie "Ziemia drży" (1948), o sycylijskich rybakach, czy w "Lamparcie" według powieści Giuseppe Tomasiego di Lampedusy (i nic nie zmieni tu tego, że ta książka w nowym, znakomitym zresztą, tłumaczeniu Stanisława Kasprzysiaka, zwie się teraz po polsku "Gepard"), w którym czasy jednoczenia Włoch (głównie lata 60. XIX wieku) oglądane są z perspektywy sycylijskiego arystokraty.
Paradoks kolejny - mimo że Visconti był zdeklarowanym homoseksualistą, wplątywał się w bolesne relacje z kobietami. W latach 30. był o krok od małżeństwa z księżniczką Irmą Windisch-Graetz (jej
rodzice kręcili nosem, on w końcu się obraził), a do pisarki Elsy Morante, żony Alberta Moravii, telefonował nocą, "namawiając ją do masturbacji". "Dwustronne" zainteresowania seksualne miał też resztą ojciec Luchina.
Osobna kwestia to upodobanie Viscontiego do związków burzliwych (łatwo dostrzec je także w jego filmach) - "pociągali go właśnie tacy, którzy potrafili stawić mu czoło, upokorzyć go, ukarać, podobnie jak on upokarzał ich i karał".
Co do kochanków Viscontiego, to wiadomo, że byli nimi m.in. jego asystent, a później samodzielny reżyser Franco Zefirelli (ten od "Hamleta" z Melem Gibsonem i "Poskromienia złośnicy" z Elizabeth Taylor i Richardem Burtonem) oraz aktor Helmut Berger (bohater jego "Ludwiga" z 1973 r.). Czy do tego grona należał także Alain Delon (gwiazda dwóch filmów Viscontiego), ta książka nie rozstrzyga, zapewne z obawy przed prawnikami mocarnego aktora.
I jeszcze jeden paradoks. Pomimo wrodzonej dystynkcji i wielkiej kultury osobistej Visconti bywał ordynarny - do aktorki Clary Calamai grającej w "Opętaniu" (1943) wołał: "Słuchaj, co do ciebie mówię, albo wracaj do burdelu". Hamował się tylko względem Marii Callas, którą reżyserował w operze, a ta mówiła skądinąd: "Jeśli ośmieli się zwrócić do mnie podobnymi słowami, zdzielę go w twarz, że wszystkie zęby mu wylecą".
Do aktorów w ogóle podejście miał specyficzne, tłumacząc: "Trzeba rozumieć ich tak, jak się rozumie konia. Jeden koń musi co rano przebiec dwa kilometry, innemu wystarczy zwykły spacer. Jeśli każe się przebiec dwa kilometry temu, który wymaga spaceru - wszystko stracone". Tu trzeba dodać, że na koniach się Visconti znał, prowadził nawet stajnię wyścigową.
Od aktorów zawsze wyciągał, co chciał. Kręcąc "Rocco i jego braci" (1960) charakteryzację Renato Salvatoriego zamówił pewnego dnia na siódmą rano, by zdjęcia z nim zacząć o ósmej wieczór. Potrzebował wtedy Salvatoriego w scenie totalnego wkurzenia. I Salvatori był wkurzony.
Visconti wszystkich współpracowników zmuszał do aktywności. Do początkującego wówczas operatora Giuseppe Rotunna powiedział: "Nie oczekuj z mojej strony żadnej pomocy, sam pokaż, co potrafisz!". Był wymagający aż do granic zdrowego rozsądku - zdarzyło się, że Zeffirelli został zamknięty w szafie, ponieważ podczas przygotowań do sztuki "Tramwaj zwany pożądaniem" ośmielił się zapytać, "czy pończochy i bielizna w szufladzie komody koniecznie mają naprawdę być brudne i pogniecione, skoro nikt przecież do tych szuflad zaglądać nie będzie".
Visconti wymagał, ale też dawał. Na przykład cudowne prezenty. Zwłaszcza firmy
Louis Vuitton, bo podobało mu się, że są sygnowane jego inicjałami. W hojności nie znał umiaru. Podobnie w intensywności życia - wypalał dziennie 80 papierosów, sam sobie parzył kawę. Jeden z jego współpracowników wypił mu ją kiedyś i nie spał przez tydzień.
Tę książkę o Viscontim napisała po francusku autorka o włoskim nazwisku - Laurence Schifano, profesor uniwersytetu w Nanterre, specjalistka od Viscontiego i kina włoskiego jako takiego. Jej analiz filmów Viscontiego nie będę tu jednak cytował, bo byłaby to zbyt łatwa złośliwość (Schifano rzadko wychodzi poza wyświechtane banały o Viscontim jako kronikarzu europejskiej dekadencji). Kto szuka takowych, niech lepiej sięgnie po książkę Alicji Helman "Urok zmierzchu".
Schifano wykazuje się za to w czymś innym - świetnie maluje tło polityczno-historyczno-obyczajowe niezbędne dla biografii jej bohatera, który w faszystowskim więzieniu spędził 12 dni, będąc tam bity. Przeczytamy więc w niej, kto i o której bywał w słynnej mediolańskiej kawiarni Cova (śpiewak Fiodor Szalapin upijał się tam przed występem i natychmiast trzeźwiał), jak wyglądał król Wiktor Emanuel III, kiedy i dlaczego mediolańska arystokracja demonstracyjnie na premierę do La Scali posłała swoją służbę, jakie reformy przeprowadził w tejże La Scali Arturo Toscanini itd., itp.
Z tych wszystkich, tyleż cennych, co uroczych, drobiazgów lubię szczególnie anegdotę o spotkaniu dwóch włoskich piękności. Jedna mówi do drugiej: "Jeszcze jako mała dziewczynka wysłuchiwałam zachwytów mego ojca nad twoją urodą", na co druga: "Twój mąż całkiem niedawno powtarzał mi co wieczór, jak bardzo jesteś piękna".