Kiedy Simon Neil, wokalista i gitarzysta szkockiej kapeli
Biffy Clyro, otwierał czasami oczy podczas jarocińskiego koncertu, musiał być zaskoczony tym, co widzi. Pierwszego upalnego dnia festiwalu spod sceny wzbijały się bowiem co jakiś czas tumany kurzu. Powód? Najprawdziwsze, żywiołowe pogo, znak rozpoznawczy Jarocina w latach świetności.
Pożegnanie ze skansenem To było pogo nowoczesne, nieagresywne, po prostu świetna, ludyczna zabawa formą. - E, tam, co to za pogo, za dużo dziewczyn, a przecież dziewczyny mocno nie popchnę - narzekał obok mnie jakiś hardcore'owy fan twardych zwyczajów dawnego festiwalu. I w tym swoim smutku za minionymi latami paradoksalnie trafiał w dziesiątkę.
Bo dzisiejszy Jarocin, choć czerpie ze swojej przeszłości i legendy, buduje na nich po trosze swoją markę, jednak jest już inny, nie zmienia się w skansen. Jest współczesnym muzycznym świętem z nutką nostalgii. W tym roku świętem szczególnym, bo impreza sprzedała się znakomicie, bilety rozeszły się na długo przed rozpoczęciem pierwszego koncertu, a na polu koncertowym pojawiło się przeszło 12 tys. osób. Dzięki pracy najpierw Michała Wiraszki (dyrektora artystycznego dwóch poprzednich edycji), a teraz agencji Go Ahead marzenia, by za kilka lat Jarocin ściągał nawet kilkudziesięciotysięczną publiczność, są całkiem realne.
Triumf polskiej muzyki Tegoroczny Jarocin pokazał, że bzdurą są tezy wygłaszane przez ludzi usprawiedliwiających brak polskiej gitarowej muzyki w mediach. Że niby słuchacze jej nie chcą, nie potrzebują. Że nie wydadzą na nią złamanego grosza, że wybierają raczej darmowe imprezy, że raczej ukradną płytę z internetu, niż za nią zapłacą. Być może była to prawda jeszcze kilka lat temu, ale coś się zaczyna zmieniać, czego dowodem są tłumy na imprezie wypełnionej przecież w większości przez polskich artystów. Oczywiście najlepiej przyjmowane były największe gwiazdy: Hey,
Pidżama Porno, Dezerter. Hey, który jest w fenomenalnej formie, dał świetny koncert, przeplatając swoje najnowsze
piosenki, muzyczną podróżą do przeszłości. Ekipa Katarzyny Nosowskiej pokazała, jak długą drogę przebyła od debiutu w Jarocinie do światowego poziomu, który obecnie reprezentuje.
A to, co się działo podczas koncertu Pidżamy Porno, trudno opisać. Zespół reaktywował się specjalnie na ten jeden jarociński koncert i na pewno nie żałuje. Kilkanaście tysięcy gardeł wyśpiewujących teksty Grabaża, od rozpoczynającej "Glorii" Van Morrissona, po kończący "Ezoteryczny Poznań" musiało robić ogromne wrażenie nawet na tych, którzy poznański zespół traktują z rezerwą.
Ale świetnie przyjmowane były również inne polskie kapele: od kameralnych Pauli i Karola, przez
Lao Che, po Muchy. Nawet grający coś w rodzaju campowego death metalu Masturbator, który pojawił się na małej scenie przed koncertem Dezertera, został przyjęty rewelacyjnie, a jego zawołanie: "Czy jest tu piekło?" stało się nieoficjalnym hasłem festiwalu.
Czas na konkurs Zagraniczne gwiazdy wypadły w tym roku bardzo dobrze. Polityczny, zaangażowany przekaz i żywiołowa
muzyka Hiszpanów ze Ska-P rozruszały prawie wszystkich. Biffy Clyro pokazali, że można odwołać się do grunge'u w pomysłowy sposób, a Gallows pobili rekord świata w ilości "fucków" rzucanych ze sceny i rekord festiwalu, jeśli chodzi o muzyczną energię i charyzmę. Jarocin stał w tym roku na naprawdę imponującym poziomie. Czy można oczekiwać czegoś więcej po tym festiwalu? Wydaje się, że tak.
To miejsce ma potencjał, by spróbować promować młode polskie kapele, by wygrana w konkursie w Jarocinie ponownie stawała się przepustką do kariery, żeby, jak mówiła podczas koncertu Hey Nosowska, "po prostu przyjechać z domu i zaistnieć".
Nie będzie o to łatwo, bo po pierwsze, zmieniły się czasy, a po drugie, polski rynek muzyczny przypomina obecnie zombi w stanie rozkładu. Ale położyć większy nacisk na debiutantów, można na pewno i być może organizatorzy się na to zdecydują. Choć w rozmowach odżegnują się nieco od "misyjnych" pomysłów.
Tegoroczny konkurs wygrały wrocławskie Neony. W ich muzyce indie miesza się z gitarowym jazgotem, pomysłowymi aranżacjami i bardzo dobrymi tekstami. Na pewno warto ich posłuchać. Tak samo jak pominiętego przez jury zespołu Hellow Dog, wymykającej się muzycznym schematom grupy z Poznania ze zjawiskową Iwoną Skwarek na wokalu. Nagrodę publiczności zdobył Grin Piss.
W niedzielną noc festiwal zakończył koncert zespołu T.Love.