Paweł T. Felis: Gdzie pan mieszka?
Haim Tabakman: W Jerozolimie.
Pytam o to, bo jak pokazują izraelskie filmy, zupełnie inny Izrael jest w Jerozolimie, o którym opowiadają „Oczy szeroko otwarte”, a zupełnie inny w Tel Awiwie, jak pokazuje choćby „Bańka mydlana” Eytana Foxa.
- Nie wiem, czy jest na świecie drugi kraj tak skrajnych kontrastów. Tel Awiw to jedno z najbardziej nowoczesnych miast na świecie. I najbardziej otwartych, również jeśli chodzi o homoseksualistów, ale istnieje w tym kraju także całkowicie inny świat. W Izraelu nie ma właściwie mainstreamu - są tylko ekstrema.
W moim filmie najważniejszy jest rodzinny i religijny dramat człowieka, który staje w obliczu pożądania, którego nie chce. Aaron nie akceptuje swojej homoseksualności, ale jednocześnie wierzy, że jeśli ten homoseksualizm stworzył Bóg, musiał mieć w tym jakiś cel. Chce pozostać czysty, zostać "koszernym" gejem. Traktuje to jak próbę, na którą wystawia go Bóg. Aż w końcu musi zadać sobie pytanie: czy jest sens w ciągłym umartwianiu się, odrzucaniu tego, czego chcemy? Dla niego to pytanie dramatyczne, bo oznacza przewartościowanie całego myślenia.
Dla mnie, chociaż nie jestem gejem ani nie jestem wierzący, ten film był zresztą bardzo osobisty. Musiałem zajrzeć w siebie, uporać się ze swoimi demonami. A potem wrzucić je w świat ortodoksyjnych Żydów, z których niektórzy - chociaż anonimowo - bardzo mi na planie pomogli.
Kwestia religii jest jednak w filmie fundamentalna. Mówi pan: „Jestem niewierzący”, ale powtarza też: „Czasem boję się Boga”.
- Ten strach cały czas jest gdzieś w tyle mojej głowy. Jeśli bym go stracił, oznaczałoby to, że straciłem ważny fundament. Bez tego strachu łatwo uznać, że wszystko wolno. Może więc trochę jednak wierzę.
Zna pan jakichś gejów z Mea Shearim?
- Tak, paru. Niektórzy mają swoje rodziny, są mężami i ojcami, ale nocą spotykają się z mężczyznami w parkach, czasem jeżdżą do Tel Awiwu albo do kogoś, kogo poznali przez internet. Jednak są też inni, którzy w pewnym sensie kastrują samych siebie.
Ezri staje się w filmie ofiarą brutalnego napadu „stróżów moralności”, chociaż dzień wcześniej sam Aaron w nieco podobny sposób atakuje z kolegami mężczyznę, który potajemnie się spotyka się z kobietą „obiecaną innemu”.
- Bo Aaron jest częścią tej wspólnoty, przyjmuje jej zachowania i rytuały w sposób naturalny, ale jednocześnie jest kimś, kto w ramach tej grupy się nie mieści. Zadaje pytania, ma wątpliwości. Również co do swojej seksualności. Dla ortodoksyjnych mężczyzn liczy się pismo, które mówi, że czegoś takiego jak homoseksualizm nie ma - są tylko seksualne praktyki między mężczyznami, "złe skłonności". A przecież sama kultura żydowska jest w podtekście bardzo homoerotyczna - nawet młodzi chłopcy, którzy studiują Talmud, odsuwają się od kobiet i większość czasu spędzają w parach.
Działania „stróżów moralności”, które pan pokazuje, oparte są na faktach?
- Niezupełnie. Tego rodzaju grupy funkcjonują w świadomości Jerozolimczyków jak fantom - wszyscy o nich słyszeli, wszyscy się ich boją, ale nikt ich tak naprawdę nie widział. Każdy może więc łatwo iść z kolegą i udawać takich stróżów - i tak właśnie jest w moim filmie.
To prawda, że część zdjęć kręcił pan w Mea Shearim?
- Tak, chociaż miałem duże opory. To przecież dzielnica, w której w ogóle nikt nie może kręcić filmów, nie może robić żadnych zdjęć. Kręciliśmy tam w końcu bardzo krótko, ale pomyślałem, że to ważne. Może kiedyś jakiś homoseksualista, który mieszka w Mea Shearim w poczuciu wstydu i beznadziei, zobaczy ten film - nie w kinie, bo ortodoksyjni Żydzi nie mogą chodzić do kina, ale np. na jakiejś pirackiej płycie DVD - i ten kawałek prawdziwej dzielnicy będzie dla niego ważny.
Źródło: Gazeta Wyborcza