Po śmierci do nieba trafiają Chick Corea,
Herbie Hancock i Keith Jarrett. Corea głośno myśli: - Dlaczego tu trafiliśmy? Przecież nigdy nie byliśmy świętoszkami. Może Bóg uznał, że wszyscy trzej jesteśmy najlepszymi pianistami? - Zaraz, On mówił, że to ja jestem najlepszy! - wtrąca się Hancock. Na co Jarrett: - Nigdy niczego takiego nie powiedziałem.
Nie wiem, czy
Pat Metheny słyszał już ten dowcip. Jeśli nie, ktoś powinien mu go opowiedzieć. Zaproszony na tegoroczny festiwal Warsaw Summer Jazz Days miał być jego największą gwiazdą, ale chciał czegoś więcej. Parę dni przed rozpoczęciem imprezy przysłał do organizatorów e-maila, że nie godzi się, by jego supportem była polska kapela Pink Freud. Pink Freud wyleciał więc z Kongresowej na scenę klubu Powiększenie.
Sytuacja wprawiła w konsternację festiwalową publikę. W liście do niej Metheny tłumaczy, że od 30 lat nikt nie grał przed
Pat Metheny Group. Zapomniał tylko, że nie przyjechał tu na własny koncert, ale na międzynarodowy festiwal. Po koncercie oskarżył jeszcze szefa WSJD Mariusza Adamiaka, że zapalił światła na widowni, kiedy ten chciał jeszcze bisować. Choć przecież oświetlenie obsługiwała ekipa techniczna gitarzysty.
Tyle o ego artysty, a jak koncert? Szanuję Metheny'ego, ale trzeba być jego fanatycznym wyznawcą, żeby po raz setny słuchać niezmieniających się od lat kawałków, w których nawet improwizacje brzmią jak cytowane z książki.
Na szczęście na WSJD działo się jeszcze sporo. Bohaterem inauguracji był kapitalny nowojorski skład Mostly Other People Do the Killing, którego styl to muzyczny pastisz. Wszystkiego ze wszystkim, ostro i zabawnie.
Rozczarował legendarny saksofonista Pharoah Sanders, który wciąż znikał za kulisami na kilkunastominutowe przerwy, oddając pole do popisu członkom swego zespołu. Słabo też wypadł kompletnie niespójny z charakterem festiwalu projekt Crimson Garden, w którym grali nadający się bardziej na rockową imprezę muzycy ostatnich składów
King Crimson. Szkoda pozostawionego na finał tego samego wieczoru tria nowojorskiego pianisty Vijaya Iyera, bo powalająca fala dźwięków wywiała z Kongresowej ponad połowę słuchaczy i mało kto został, by posłuchać genialnych popisów Iyera.
W pamięci pozostanie za to ostatni dzień maratonu: czarujący i z inwencją interpretujący standardy wokalista Kurt Elling, ciekawie łączący elektronikę z jazzową furią kwartet hinduskiego saksofonisty Rudresha Mahanthappy oraz danie główne - czarnoskóra perkusistka Cindy Blackman, która ze swym zespołem (Vernon Reid - gitara, Marc Cary - klawisze, laptop, Felix Pastorius - bas) złożyła hołd guru jazzowych perkusistów Tony'emu Williamsowi.